Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

N.K. Jemisin
‹Sto Tysięcy Królestw›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSto Tysięcy Królestw
Tytuł oryginalnyThe Hundred Thousand Kingdoms
Data wydania8 grudnia 2011
Autor
PrzekładKinga Składanowska
Wydawca Papierowy Księżyc
CyklTrylogia Dziedzictwa
ISBN978-83-61386-11-7
Format450s. 143×205mm
Cena37,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Bo z bogiem chaosu najlepszy jest seks
[N.K. Jemisin „Sto Tysięcy Królestw” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Debiutancka powieść N.K. Jemisin zawiera kilka ciekawych pomysłów. Aż szkoda, że im dalej w „Sto tysięcy królestw”, tym bardziej powieść zbacza w stronę paranormal romance.

Beatrycze Nowicka

Bo z bogiem chaosu najlepszy jest seks
[N.K. Jemisin „Sto Tysięcy Królestw” - recenzja]

Debiutancka powieść N.K. Jemisin zawiera kilka ciekawych pomysłów. Aż szkoda, że im dalej w „Sto tysięcy królestw”, tym bardziej powieść zbacza w stronę paranormal romance.

N.K. Jemisin
‹Sto Tysięcy Królestw›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSto Tysięcy Królestw
Tytuł oryginalnyThe Hundred Thousand Kingdoms
Data wydania8 grudnia 2011
Autor
PrzekładKinga Składanowska
Wydawca Papierowy Księżyc
CyklTrylogia Dziedzictwa
ISBN978-83-61386-11-7
Format450s. 143×205mm
Cena37,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
O powieści N.K. Jemisin przeczytałam jakiś czas temu w Internecie – „Sto tysięcy królestw” miało być przykładem feministycznego fantasy. W notce okładkowej również wspomniano o feministycznych poglądach autorki, ponadto informowano o licznych nominacjach do nagród – w tym Hugo i Nebuli. Zaciekawiło mnie to na tyle, bym sięgnęła po książkę. Już podczas lektury naszła mnie pewna dość smutna (w kontekście przekonań Jemisin) refleksja – mianowicie nie mogłam przestać myśleć, że prawdopodobnie lepiej by się stało, gdyby tę powieść napisał mężczyzna. Mam bowiem nieodparte wrażenie, że w twórczości kobiet piszących fantasy, pewne motywy, schematy, sposoby prowadzenia fabuły, nastrój, czy nawet niektóre dialogi powtarzają się zdecydowanie częściej niż ma to miejsce w przypadku utworów tworzonych przez mężczyzn. W szczególności dotyczy to sytuacji, gdy autorki znajdują się na początku swej pisarskiej drogi a główną bohaterką czynią młodą kobietę1).
Tak właśnie jest w przypadku „Stu tysięcy królestw”, w których pierwsze skrzypce gra dziewiętnastoletnia arystokratka Yeine Darr, wezwana z dalekiej prowincji na królewski dwór. Szybko zostaje tam wplątana w intrygi snute przez ludzi i bogów. Nie można odmówić Jemisin wielu dobrych koncepcji, na których oparła swoją powieść. Rozbudowany wątek mitologiczny jest ciekawy, zwłaszcza, że kolejne fakty odsłaniane są przed czytelnikiem stopniowo. Historia wojny bogów, jej przyczyny i konsekwencje stanowią bardzo istotną część powieści, same bóstwa zaś są tutaj jednymi z głównych bohaterów. Pomysł, by pokonani nieśmiertelni zostali uwięzieni w ludzkich ciałach i oddani w niewolę przedstawicielom rodu lojalnego względem zwycięzcy niebiańskiego konfliktu uważam za bardzo dobry. Spętani bogowie wykonują rozkazy ludzi, z czego ci drudzy skwapliwie korzystają – muszą to jednak czynić bardzo ostrożnie, gdyż wystarczy jedno nieprecyzyjnie wydane polecenie, by słowa żądającego zostały obrócone przeciwko niemu. Ponadto, śmiertelnicy dysponują magią. Niestety, w tym przypadku wyjaśnienia autorki bywały dosyć niespójne i sprawiały wrażenie podporządkowanych wymogom fabuły a nie jakiejś nadrzędnej koncepcji.
Nienajgorzej prezentuje się też sam zrąb fabularny – pogmatwana historia rodzinna, nienawiść, zemsta, rozgrywki polityczne. Kiedy na początku powieści, Yeine zostaje (ku swojemu zdumieniu) ogłoszona pretendentką do tronu a zaraz potem dowiaduje się, że jest jeszcze dwóch kandydatów a głową rodu może zostać tylko jedno z nich, czytelnik wręcz zaciera ręce w nadziei, że za chwilę rozpocznie się bezpardonowa walka o przetrwanie i władzę. Do tego dochodzi jeszcze kwestia morderstwa matki głównej bohaterki i spisku uwięzionych bogów.
Nadzieja jednak szybko zostaje rozwiana, gdy autorka słowami drugoplanowej postaci wyjaśnia, że tak naprawdę większość mieszkającej w pałacu arystokracji wcale nie pragnie wpływów a jedynie rozrywek. Suma summarum okazuje się, że tak naprawdę na pozycji zwierzchnika rodu Aramerich zależy tylko jednej osobie i tak wątek rywalizacji o tron idzie się kochać… a przepraszam, kochać się idzie ktoś inny, ale o tym zaraz. Śledztwo Yeine też ogranicza się do przeprowadzenia kilku rozmów, odwiedzenia komnat, które zamieszkiwała jej matka, zanim wyrzekła się swojego dziedzictwa i opuściła pałac oraz przeglądnięcia starych listów.
Tam, gdzie powinien być rozmach i różnorodność nagle wszystko się zawęża. Muszę tu przyznać, że ostatnio coraz bardziej podziwiam Martina, który potrafił przedstawić wiele postaci o sprzecznych interesach i ich wzajemne rozgrywki. U Jemisin z arystokratów i dworzan liczy się jedynie główna bohaterka a zarazem narratorka, na dalszym planie pałacowy ochmistrz oraz mag (tu zwany skrybą), jeszcze dalej zaś jej dziadek – obecny władca, kuzynka i kuzyn. Trochę to blado wypada, gdy weźmie się pod uwagę, że akcja toczy się w ośrodku władzy całego świata. Szczególnie, że i wyżej wymienieni (poza samą Yeine oczywiście) zostali w zasadzie tylko naszkicowani. A szkoda, gdyż zapowiadali się całkiem interesująco i rozbudowanie ich wyszłoby „Stu tysiącom królestw” na dobre.
Podobnie rzecz się ma ze światem. Zostają wspominane różne nacje i języki, ale cała akcja (z wyjątkiem dwóch krótkich wypadów bohaterki) toczy się w pałacu Aramerich. Miejsce to ma swój charakter, jednak znów odnosi się wrażenie, jakby Jemisin zabrakło umiejętności, by „wygrać” swoje pomysły. Yeine błąkająca się w tę i z powrotem po perłowych korytarzach siedziby swojego rodu i rozmawiająca z kilkoma ledwie osobami to zdecydowanie za mało, by nadać powieści wagę. Gdzie tytułowe „Sto tysięcy królestw”, skoro świat ogranicza się do kilku komnat?
Owszem, być może autorka chciała uwypuklić w ten sposób fakt, że jej protagonistka w zasadzie jest więźniem pałacu – rodzina wezwała ją z powrotem i wyznaczyła ściśle określoną rolę. Tylko że sam nastrój powieści nie jest ani nazbyt mroczny, ani klaustrofobiczny. Czytając, „Sto tysięcy królestw” miałam pewne skojarzenia z „Trylogią Kusziela” Carey (która akurat jest znacznie lepsza od debiutu Jemisin pod względem kreacji świata i bohaterów). Nie chodzi tu tylko o pierwszoosobową narrację, prowadzoną z perspektywy osoby wspominającej swoje dzieje, ale właśnie o charakter świata przedstawionego. Rzecz zasadza się nie tyle na wydarzeniach, co na sposobie ich przedstawiania i rozłożeniu akcentów. W „Stu tysiącach królestw” pojawiają się zbrodnie, tortury i cierpienie, ale przeważnie nie wywołują one w czytelniku silniejszych uczuć – obawy o losy postaci, litości, czy sprzeciwu. Owszem, w pewnym momencie przyszłość Yeine rysuje się w bardzo ponurych barwach. Tylko co wtedy robi bohaterka, która przed przybyciem do stolicy była wojowniczką i wodzem swojego plemienia? Ano zamiast wziąć los w swoje ręce, narzeka i zaciąga do łóżka kolejnych facetów.
Tym, co zostaje przedstawione dosyć drobiazgowo, są relacje Yeine ze zniewolonymi bogami, a szczególnie dwojgiem z nich. Młoda szlachcianka darzy swoich nowych towarzyszy bardzo ciepłymi uczuciami i zdaje się nieustannie zabiegać o ich sympatię. Wydaje się to nieco dziwne, gdyż po pierwsze dziewczynę wychowywano w przekonaniu, że upadłe bóstwa są złem wcielonym a po drugie – czego bohaterka dowiaduje się stosunkowo szybko – boskie plany nie przewidują dla niej niczego dobrego. Zresztą, nieśmiertelni także mają na punkcie dziewczyny słabość. Trzeba powiedzieć, że w „Stu tysiącach królestw” jest całkiem sporo udanych scen z udziałem Yeine i bogów. Szczególnie na początku, gdy dziewczyna się waha, czy powinna im zaufać a autorka pokazuje różnorakie oblicza nadprzyrodzonych istot. Ciekawie pokazane zostaje rozgoryczenie zniewolonych bóstw i to, jak usiłują zachować swoją godność.
Uwagę zwraca przede wszystkim Sieh, patron oszustw, najczęściej przyjmujący postać małego chłopca. Sieh zachowuje się, a czasami nawet myśli jak dziecko, ale to tylko część prawdy, gdyż poza tym jest istotą starą i potężną, pomysłodawcą intryg, bez skrupułów wykorzystującym swój niewinny wygląd do manipulowania innymi. Jemisin udało się oddać tę złożoność, pokazać, jak w mgnieniu oka dziecięca twarz zastyga w maskę, zza której wygląda coś znacznie bardziej obcego.
Drugi bóg, niestety, już od pierwszego rozdziału, w którym się pojawia, zostaje przeznaczony dla głównej bohaterki. I chociaż miewa swoje lepsze momenty, za często występuje w scenach typowo romansowych i przedstawiany jest na modłę bohaterów powieści o wampirach i temu podobnych. Nahadoth, Pan Ciemności, bóg chaosu, zniszczenia, zmian i pożądania, najstarszy z nieśmiertelnych jest oczywiście mroczny, samotny, udręczony, diablo przystojny, niebezpieczny, drapieżny, ale skrywający w sobie okruch dobra. Jak to już swego czasu pisała Anna Kańtoch – marzenie kobiet – maszyna do zabijania, pod wpływem partnerki ujawniająca pokłady czułości i oddania. Podobnie, jak jego liczni towarzysze z jakże modnych ostatnio książek dla nastolatek Nahadoth często wygłasza kwestie w rodzaju „tak długo na ciebie czekałem” albo „pragniesz mnie”, obcałowuje bohaterkę, tańczy z nią na balu i niczym Edward ze „Zmierzchu” obawia się, że uprawiając seks ze śmiertelną kobietą uczyni to tak brutalnie, że biedaczka tego nie przeżyje. Oczywiście „biedaczka” w tym czasie snuje erotyczne fantazje, duma nad „zakazaną fascynacją” i święcie wierzy, że wybranek będzie się umiał powstrzymać przez wzgląd na uczucie, które do niej żywi.
Tak oto „Sto tysięcy królestw” początkowo powoli, a potem coraz szybciej dryfuje w stronę romansu, gdzie jednym z głównych wątków jest znalezienie przez bohaterkę partnera – i to nie byle jakiego, a najpotężniejszego i najprzystojniejszego (czy dopatrywanie się w tym nieuświadomionego zapewne przekonania, że wyznacznikiem wartości kobiety, jest jej mężczyzna to nadinterpretacja?). Zresztą sama Yeine zapytana, czego tak naprawdę chce od życia po dłuższym namyśle dochodzi do wniosku, że faceta, po czym skwapliwie wyznaje „Zrób ze mną, co chcesz, Panie Ciemności” i oddaje się w jego ręce (czy może raczej – sądząc z opisu – należałoby napisać macki). Po prostu feminizm pełną gębą2).
Jeśli więc ktoś nastawi się na intrygi, politykę i rodzinne zbrodnie, najpewniej zawiedzie się srodze. Z drugiej strony, powieść Jemisin może podobać się wielbicielkom wątków romansowych. Narracja prowadzona na zasadzie nie zawsze chronologicznie przytaczanych wspomnień, przerywanych dygresjami, czy wizjami wypada dosyć ciekawie i na pewno bardziej oryginalnie niż standardowa narracja trzecioosobowa. Tłumaczenie niestety pozostawia nieco do życzenia – np. nie wiedzieć czemu używane jest słowo „sigil” zamiast „pieczęć” a kiedy któryś z bohaterów wykrzyknie „o boże” nazywane jest to przysięgą (podejrzewam, że w oryginale mogło paść słowo „swear”). Najbardziej jednak szkodzą niewłaściwe zaimki i końcówki czasu przeszłego – czasami naprawdę nie wiadomo przez to, kto co powiedział, czy zrobił, albo o kim była mowa. Niezbyt fortunnie wyglądają też oderwane sceny, w których bohaterka w wizjach współdzieli wspomnienia mężczyzny. Używanie wtedy formy czasu przeszłego w rodzaju żeńskim jest naprawdę mylące, zwłaszcza, że to, o kogo chodzi, czytelnik musi wywnioskować na podstawie wcześniejszych informacji, lub też skojarzyć dopiero później. Mimo tych drobnych niedogodności, lekki, przyjemny styl jest atutem „Stu tysięcy królestw”. Uważam tę powieść za przykład zmarnowanego potencjału, jednak wciąż może ona stanowić niezobowiązującą rozrywkę – z tym, że raczej dla czytelniczek.
koniec
6 lipca 2012
1) Feliks W. Kres napisał niegdyś o nadsyłanych do niego utworach początkujących autorów następującą rzecz – mianowicie, opowiadania dziewczyn częstokroć bywały lepsze warsztatowo, ale mężczyźni byli w stanie zdobyć się na większy dystans do swoich bohaterów. Wydaje mi się, że sporo w tym prawdy i nie dotyczy to tylko początkujących autorów. Oczywiście są od tego wyjątki.
2) Inna sprawa, że przeglądając bloga autorki natrafiłam na wpis, z którego wynikało, że Jemisin marzy się rozkwit „heroic fantasy” z bohaterkami w głównej roli i rozbudowanymi wątkami romansowymi. Więc, jeśli o to chodzi, „Sto tysięcy królestw” spełnia założenia… tylko co tutaj jest heroiczne – chyba podboje miłosne Yeine i to, że zamiast pokonywać mrocznych a pradawnych bogów teraz się ich obłaskawia w łóżku. Na fali wywołanych tą wypowiedzią luźnych rozważań na temat „kobiecej fantastyki” podumałam sobie jeszcze, co by było gdyby Lovecraft był kobietą… Z pewnością to urocze nazwisko mogłoby mieć więcej wspólnego z treścią książek a i Cthulhu odkryłby swoją prawdziwą naturę wrażliwego romantyka.

Komentarze

07 VII 2012   11:42:09

„Inna sprawa, że przeglądając bloga autorki natrafiłam na wpis, z którego wynikało, że Jemisin marzy się rozkwit „heroic fantasy” z bohaterkami w głównej roli i rozbudowanymi wątkami romansowymi. Więc, jeśli o to chodzi, „Sto tysięcy królestw” spełnia założenia… tylko co tutaj jest heroiczne – chyba podboje miłosne Yeine i to, że zamiast pokonywać mrocznych a pradawnych bogów teraz się ich obłaskawia w łóżku.”

Cóż, takie czasy. Kiedyś Czerwony Kapturek musiał być ratowany z opresji przez Myśliwego. Dziś kobiety biorą sprawy w swoje ręce, czyli Babcia i Czerwony Kapturek zabijają Myśliwego a następnie wespół z Wilkiem zakładają komunę propagującą ochronę zagrożonych wyginięciem gatunków i alternatywne praktyki seksualne.

Z drugiej strony, kontrolowanie mężczyzn seksem ma długą tradycję, także w literaturze. To mężczyźni z reguły zdobywali i utrzymywali władzę mordując, grabiąc, gwałcąc i torturując, podczas gdy kobiety przedkładały bardziej subtelne, pokojowe i obopólnie satysfakcjonujące rozwiązania (choć oczywiście baty i kneble znajdą swoje zastosowania także w alkowie).

„Na fali wywołanych tą wypowiedzią luźnych rozważań na temat „kobiecej fantastyki” podumałam sobie jeszcze, co by było gdyby Lovecraft był kobietą… Z pewnością to urocze nazwisko mogłoby mieć więcej wspólnego z treścią książek a i Cthulhu odkryłby swoją prawdziwą naturę wrażliwego romantyka.”

Przypadek Gośki i Zenka

Rozdział 1

Gośka, Zenek i Chuthulu tworzyli trójkąt. A dokładniej trójkąt asymptotyczny. Fakt ten działał Zenkowi coraz bardziej na nerwy. Boki równoległe trójkąta asymptotycznego to półproste, co prawda o nieskończonej długości, ale jednak tylko półproste. Pozostawał jeszcze trzeci bok, najkrótszy, zwany skończonym, więc równie nieadekwatny, choć z nieco innych powodów.

07 VII 2012   23:01:14

Co do manipulowania mężczyznami za pomocą seksu - owszem i nie miałabym nic przeciwko takim wątkom. Problem polega na tym, że u wielu piszących kobiet wątki miłosno-erotyczne są przedstawiane kiczowato.
@Pink Floyd - dziękuję.

08 VII 2012   11:18:54

she-roic fantasy

08 VII 2012   12:28:08

@gardenphilia
"she-roic fantasy" - padłam :D

A recenzja dobra :D

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wszyscy jesteśmy neandertalczykami (w jakichś dwóch procentach)
Miłosz Cybowski

18 X 2021

Do popularyzacji nauki niezbędne są dwie rzeczy: dogłębna znajomość tematu oraz umiejętność przystępnego pisania o nim. O ile tego pierwszego Rebecce Wragg Sykes nie sposób odmówić, to już w drugiej kwestii „Krewniacy” pozostawiają nieco do życzenia.

więcej »

Człowiek
Joanna Kapica-Curzytek

17 X 2021

Czy wydarzenia rozgrywające się w XII wieku mogą obudzić zainteresowanie nas, współczesnych czytelników? Po lekturze „Czerwonych tarcz” nie brakuje refleksji dotyczących naszych czasów, a także mechanizmów władzy i politycznych układów.

więcej »

Mała Esensja: Gwiazdy i piwo
Marcin Mroziuk

16 X 2021

W „Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem” Anna Czerwińska-Rydel nie tylko w przystępny sposób przybliża młodym czytelnikom postać gdańskiego uczonego, ale również pozwala im poznać podstawowe informacje z zakresu astronomii. Lekturę dzieciom uprzyjemniają też znakomite ilustracje Asi Gwis.

więcej »

Polecamy

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!

Stulecie Stanisława Lema:

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Gniew ojca, miłość matki
— Dominika Cirocka

Sięgając po magię
— Dominika Cirocka

Kilka końców świata
— Dominika Cirocka

Susan Ivanova albo eutanazja, aborcja i in vitro
— Beatrycze Nowicka

Tegoż autora

Jawnobójstwo deklinacji
— Beatrycze Nowicka

Górska kraina deszczu, niepowodzeń, sępów i złych kobiet
— Beatrycze Nowicka

Jest piękny i ma wspaniałe mięśnie
— Beatrycze Nowicka

Gdzie uczciwość to grzech śmiertelny
— Beatrycze Nowicka

Jak to u nas w wiosce było…
— Beatrycze Nowicka

Razem na złe i na jeszcze gorsze
— Beatrycze Nowicka

Sentymenty
— Beatrycze Nowicka

Bajka o księżniczce i łotrzyku
— Beatrycze Nowicka

Z wizytą w mieście dżinnów
— Beatrycze Nowicka

Przekraczając granice lecz nie limit znaków
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.