Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 23 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Ted Chiang
‹Siedemdziesiąt dwie litery›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSiedemdziesiąt dwie litery
Data wydania5 sierpnia 2010
Autor
PrzekładMichał Jakuszewski, Jolanta Pers, Dariusz Kopociński, Agnieszka Sylwanowicz
Wydawca Solaris
ISBN978-83-7590-063-7
Format384s. oprawa twarda
Cena45,90
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Z wizytą u zegarmistrza
[Ted Chiang „Siedemdziesiąt dwie litery” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Wielokrotnie nagradzane opowiadania Teda Chianga, zebrane w zbiorze „Siedemdziesiąt dwie litery” są dziełem błyskotliwego i zdyscyplinowanego umysłu.

Beatrycze Nowicka

Z wizytą u zegarmistrza
[Ted Chiang „Siedemdziesiąt dwie litery” - recenzja]

Wielokrotnie nagradzane opowiadania Teda Chianga, zebrane w zbiorze „Siedemdziesiąt dwie litery” są dziełem błyskotliwego i zdyscyplinowanego umysłu.

Ted Chiang
‹Siedemdziesiąt dwie litery›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSiedemdziesiąt dwie litery
Data wydania5 sierpnia 2010
Autor
PrzekładMichał Jakuszewski, Jolanta Pers, Dariusz Kopociński, Agnieszka Sylwanowicz
Wydawca Solaris
ISBN978-83-7590-063-7
Format384s. oprawa twarda
Cena45,90
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
W ostatnich latach niejednokrotnie wieszczono śmierć hard SF. Twórczość Chianga szczęśliwie pokazuje, że owszem – można i warto nadal tak pisać. Nie ma tu podróży międzygwiezdnych i światów odległej przyszłości, ale jest to, co moim zdaniem stanowi istotę hard SF: dobra podbudowa teoretyczna oraz wewnętrzna spójność i intelektualna dyscyplina. Zebrane w zbiorze utwory są pisane klarownym, precyzyjnym stylem, w których najważniejsza jest myśl autora. Jeśli chodzi o naukę – owszem, w tekstach Chianga pojawiają się leki, terapie czy urządzenia, których mechanizm działania nie zostaje wyjaśniony, jednak zazwyczaj są to pojedyncze elementy, zaś wszystko dookoła stanowi logiczną konsekwencję ich pojawienia się. Jeśli natomiast przedstawiony zostaje świat oparty na innych zasadach, widać, że owe zasady zostały dogłębnie przemyślane. Ponadto autor każdorazowo zadał sobie trud zgłębiania materiałów źródłowych. Chwilami jego teksty brzmią niemal jak artykuły popularnonaukowe – choć sposób zobrazowania niektórych kwestii doceni przede wszystkim ten, kto już je poznał.
Podobnie, jak wiele klasycznych już utworów SF, opowiadania Chianga są oparte na skrupulatnie opracowanym koncepcie. Sądząc po częstotliwości ukazywania się nowych utworów Amerykanina, oraz wspominanej w Wikipedii sytuacji, w której pisarz sprzeciwił się nominacji jednego z jego tekstów do nagrody Hugo, tłumacząc to tym, że wskutek ingerencji wydawców ów nie spełnia autorskich założeń, Chiang wydaje się perfekcjonistą, poświęcającym czas i uwagę danemu projektowi tak długo, aż leżące u jego postawy idee nie zostaną w pełni wyrażone w odpowiedniej formie. Niewątpliwą zaletą jest w tym przypadku jasność przekazu i uroda samych pomysłów, nierzadko stanowiących skomplikowane konstrukcje. Po raz pierwszy zdarzyło mi się, że czyjeś opowiadania bardzo mnie wciągnęły nie z powodu wartkiej akcji i obaw co do dalszych losów bohaterów, ale ze względu na budzące zaciekawienie koncepcje i estetyczną przyjemność, płynącą z ich odkrywania. Wadą może być przewidywalność – i tak na przykład stosunkowo wcześnie można domyślić się kształtu świata z „Wieży Babilonu”, w chwili, gdy w „Historii twojego życia” bohaterowie omawiają zasadę załamania światła, staje się jasne, dlaczego od samego początku główna bohaterka snuje swoje wspomnienia w czasie przyszłym, zaś w „Wydechu” praktycznie od razu wiadomo jaka jest bezpośrednia przyczyna obserwowanej anomalii. Ponadto widać, że Chianga interesuje przede wszystkim jego idea – gdy autor uznaje, iż wybrzmiała ona w pełni, kończy tekst, nierzadko „ucinając” losy bohaterów.
Czytając kolejne utwory, łatwo zauważyć ich elementy wspólne. Często pojawia się kwestia determinizmu i wolnej woli, powraca motyw dostrzegania we wszechświecie wzorca, wiedzy, której pojęcie wykracza możliwości umysłowe człowieka, nadludzi, dysponujących ulepszonym mózgiem oraz podziw dla złożoności świata. Dwukrotnie opisany zostaje język zapisywany skomplikowanymi ideogramami.
Wydany przez Solaris zbiór zawiera jedenaście utworów, co stanowi zdecydowaną większość dorobku Chianga (w chwili wydania „Siedemdziesiąt dwie litery” zawierały wszystkie opowiadania, od tej pory ukazały się jeszcze dwa). Otwierająca go najwcześniejsza „Wieża Babilonu” stanowi przyjemne wprowadzenie – nie jest to najambitniejszy z tekstów, ale przedstawia interesującą wizję. Opis tytułowej wieży i jej mieszkańców robi wrażenie – skądinąd skojarzyły mi się rodzime „Vertical” i „Most nad otchłanią”.
Drugie opowiadanie, „Zrozum”, jest moim prywatnym numerem jeden zbioru – to historia mężczyzny, zyskującego nadludzkie możliwości intelektualne w wyniku terapii nowym lekiem. Chiang unika schematów, słusznie zakłada, że jeżeli jego bohater rzeczywiście tak dalece przewyższa innych ludzi, nie da się im głupio przechytrzyć. W dodatku nie czyni ze swojego protagonisty szalonego geniusza zła, ani nikogo w tym rodzaju – w miarę jak Greco osiąga kolejne stopnie oświecenia, zwykli śmiertelnicy po prostu przestają mieć dla niego znaczenie. Za ogromny atut uważam interesującą próbę pokazania, jak mógłby myśleć nadludzko inteligentny geniusz.
„Dzielenie przez zero” wypada już słabiej – bardziej przekonuje jako wykład dotyczący matematycznych zagadnień oraz ich implikacji, niż jako opowieść o małżeńskim kryzysie.
Kolejny tekst, wielokrotnie nagrodzona „Historia twojego życia” zbudowane zostało na podobnej zasadzie, co utwór poprzedni – konsekwencje zrozumienia teorii i zdobycia wiedzy przekładają się na prywatne życie bohaterki. W swojej warstwie „naukowej” „Historia…” opowiada o kontakcie z obcymi, zagadnieniach lingwistycznych i postrzeganiu czasu, w interesujący sposób rozważa także podejście(wiarę?), wedle którego matematyka powinna być wspólna dla wszystkich istot, które przekroczyły pewien poziom inteligencji. W warstwie „prywatnej” opowiadanie przedstawia relację matki z córką. Poza rozbudowaną częścią teoretyczną, jest to też tekst, w którym chyba najwięcej (spośród opublikowanych w zbiorze opowiadań) uwagi autor poświecił emocjom. Być może to właśnie owo przeplecenie kosmicznej i indywidualnej perspektywy zadecydowało o uznaniu krytyków. Choć oczywiście można się zastanawiać, czy swego rodzaju oświecenie, jakiego dostąpiła główna bohaterka miało prawo zmienić jej psychikę aż tak bardzo, by pozbawić ją typowo ludzkiego odruchu – próby zapobieżenia tragedii.
„Siedemdziesiąt dwie litery” – wedle kabały tyle znaków wymaga zapisanie pełnego imienia Boga. W wykreowanym na potrzeby tekstu świecie ta liczba liter jest potrzebna do stworzenia imienia potrafiącego animować obdarzony nim obiekt. Wykorzystując dawne koncepcje filozoficzne, mistyczne i alchemiczne oraz obalone w naszym świecie teorie biologiczne autor stworzył alternatywną biologię. Teoria, którą zgłębiają bohaterowie opowiadania doprowadza ich do koncepcji samoreplikacji – w tym momencie alternatywna nauka zbiega się z „naszą”. Sam pomysł jest bardzo elegancki – można się jednak zastanawiać, dlaczego postaci Chianga nie mają żadnych zawahań natury moralnej i religijnej. Wystarczy spojrzeć, jakie kontrowersje w rzeczywistym świecie wzbudza klonowanie – przy pracach Strattona wydaje się ono drobnostką. Bohaterowie Chianga próbują stworzyć od nowa człowieka i z zapałem eksperymentują na sztucznie indukowanych embrionach. Logicznym wydaje się, że przynajmniej niektórzy powinni się zastanawiać, choćby np. czy uzyskiwane przez nich płody mają duszę, albo czy nie występują wbrew boskiej woli. W końcu wszystko dzieje się w alternatywnym wieku XIX, czasach, kiedy część ludzi wyliczała czas istnienia Ziemi, opierając się na ilości pokoleń wymienionych w Biblii. Chyba że założy się, iż w świecie Chianga odpowiednik Oświecenia doprowadził do znacznie większej rewolucji w mentalności.
Krótkie „Co z nami będzie” i „Ewolucja ludzkiej nauki” trudno nawet nazwać opowiadaniami – to bardziej surowe ilustracje koncepcji – w pierwszym przypadku jest to hipotetyczna sytuacja, w której determinizm został udowodniony, w drugim zaś Chiang prognozuje, że w pewnym momencie dalsze uprawianie nauki stanie się niemożliwe bez wprowadzenia ulepszeń mózgu – a gdy to nastąpi, powstanie przepaść pomiędzy wiedzą dostępną dla zwykłych ludzi a nowo zdobywaną. Zważywszy na to, jaka bariera komunikacji występuje już teraz pomiędzy specjalistami rozmaitych dziedzin a laikami, istotnie można spodziewać się pogłębienia tego problemu w przyszłości – a także tego, że opis świata przekroczy możliwości pojmowania Homo sapiens (zresztą ten proces również już się zaczął – ot, choćby kwestia dualizmu korpuskularno-falowego).
Najbardziej niejednoznacznym tekstem wydało mi się „Piekło to nieobecność Boga”, osadzone w świecie, gdzie absolutnie pewne jest istnienie Boga – na porządku dziennym są objawienia anielskie, czy wizje nieba i piekła, wiadomo też dokąd trafiają dusze. Można odczytywać je jako ilustrację absurdu, jakim jest wewnętrznie sprzeczny obraz Boga w oczach niektórych wiernych – istoty okrutnej, którą jednak należy kochać ze strachu i w nadziei na nagrodę. Można też uznać, że jeżeli przyjęlibyśmy, iż wszystkie wydarzenia dziejące się w „naszym” świecie są realizacją woli Boga, tekst Chianga jest ekstrapolacją tych tendencji przy założeniu, że tym razem dochodzi do materializacji bytów nadprzyrodzonych – aniołowie kroczą po ziemi, jednak chaos i niesprawiedliwość pozostają.
„Co ma cieszyć oczy. Reportaż” zwraca uwagę nietypową paradokumentalną formą. W niedalekiej przyszłości wynaleziono lek pozwalający „wyłączać” postrzeganie piękna twarzy. Społeczeństwo podzieliło się – jedni popierają pomysł upowszechnienia procedury – ba, wręcz uczynienia jej przymusową, inni oponują. Na utwór składają się wypowiedzi zwolenników i przeciwników „terapii” – za ich pomocą Chiang naświetla problem z rozmaitych stron i demonstruje różne punkty widzenia.
W „Kupcu i wrotach alchemika” Chiang powraca do orientalnych klimatów – opowieść tytułowego kupca służy tutaj zilustrowaniu pętli czasowych i paradoksów.
Na koniec zaś „Wydech” – opowiadanie, w którym koncepcja zaczerpnięta z filozofii starożytnej została użyta jako podstawa dla funkcjonowania opisanego przez Chianga świata, zamieszkanego przez sympatyczne mechanizmy. Szczególnie zmyślnie i obrazowo przedstawiono sposób działania robocich mózgów. Przede wszystkim jednak „Wydech” jest przepyszną ilustracją prawideł termodynamiki. Świat robotów stanowi model naszego świata, jego śmierć zaś jest odbiciem losu czekającego nasz wszechświat. W perspektywie nieuchronnej zagłady główny bohater opowiadania zachowuje jednak optymizm. Wieńczące tekst głęboko humanistyczne przesłanie, przypominające puentę opowiadania George’a Aleca Effingera pt. „Jeden”, jest jednym z najbardziej wzruszających fragmentów zbioru.
Twórczość Chianga wyróżnia się na tle wielu innych utworów SF przejrzystością i spójnością koncepcji. Skłania do refleksji, prowokuje dyskusje oraz poprawia humor – jak zawsze gdy ma się okazję obcować z bardzo inteligentnym człowiekiem. Chiang pisze świetnie na poziomie intelektualnym, natomiast – w moim odczuciu – nie można tego powiedzieć o stronie emocjonalnej. Jego bohaterowie to przede wszystkim elementy konstrukcji, nośniki idei. Kiedy Chiang pisze o nauce, czyni to w sposób fascynujący, gdy przedstawia uczucia – wychodzi mu to zdecydowanie gorzej. Sądzę, że wynika to z podejścia do języka. Dla autora „Siedemdziesięciu dwóch liter” język zdaje się pełnić funkcję informacyjną, służy jasnemu, klarownemu i konkretnemu przekazaniu jego zamysłów. W ten sposób przedstawione zostają zarówno koncepcje teoretyczne, jak i emocje. O ile w pierwszym przypadku to się sprawdza, „nazywane po imieniu” uczucia mają mniejszą siłę oddziaływania. Literatura to nie tylko słowa – ale też to, co zostaje przekazane pomiędzy nimi, „rezonans” wywoływany przez pewne zestawienia wyrazów, klimat danego obrazu, wydźwięk danej sceny, przenośne znaczenie takiego a nie innego poprowadzenia danego wątku, przeczucie głębi. Są to rzeczy ulotne, częściowo tylko uświadomione, trudne do zwerbalizowania, a tym bardziej do oceny. W tytułowych „Siedemdziesięciu dwóch literach” nomenklator Stratton rozmawia z kabalistą Rothem. Obaj mężczyźni poświęcili swoje życie badaniu i tworzeniu imion. Dla Strattona liczy się przede wszystkim funkcja użytkowa imienia, możliwości stworzonego za jego pomocą mechanizmu. Roth zaś zgłębia sekrety imion, by medytując nad nimi zbliżyć się do Boga. Chiang w swoim podejściu wydaje się bliższy Strattonowi. Czy to źle? Sądzę, że trudno byłoby pogodzić obydwie postawy.
PS. Muszę to napisać – okładka zbioru nie tylko jest szpetna, ale też wywołuje błędne wrażenie odnośnie treści.
koniec
12 sierpnia 2012

Komentarze

13 VIII 2012   00:38:54

"Choć oczywiście można się zastanawiać, czy swego rodzaju oświecenie, jakiego dostąpiła główna bohaterka miało prawo zmienić jej psychikę aż tak bardzo, by pozbawić ją typowo
ludzkiego odruchu – próby zapobieżenia tragedii."

A potem fatum wymuszające tragiczny finał niezależnie od rozpaczliwych prób powstrzymania tragedii? Chianga stać na więcej.

Zastanawiać się można i warto. M.in. na tym polega dobre sf, że skłania do zastanawiania się. Uważam, że w powyższym fragmencie recenzji zawarłaś zamierzone 'clou' opowiadania, takie do przemyślenia właśnie. Sam rozumiem je tak, jak następuje.

Bohaterka nie mogła zapobiec tragedii, ponieważ kiedy myślała na sposób Siedmionogów i wspominała przyszłość, wtedy widziała jedyną realną ścieżkę swojej historii. Odczuwała ją jako konieczność i niedopuszczalna była jednoczesna myśl o zmianie zdarzeń. Tak naprawdę pewność wiedzy o zdarzeniu z przyszłości i możliwość jego zmiany logicznie się wykluczają. (Pomińmy wyrafinowane pomysły, np. koncepcję światów alternatywnych). Zauważ, że pod koniec opowiadania lingwiści wiedzą, iż Siedmionogi odlecą, ale wojskowi - nie. Wydaje się, że - zgodnie z zamysłem autora - wiedza o przyszłości zdobyta dzięki rozumieniu języka obcych nie jest możliwa do zakomunikowania ani wykorzystania w jakikolwiek inny sposób.

Można to sobie dalej wyjaśniać na przykład tak, że kiedy adepci języka Siedmionogów zaczynają myśleć w sposób "sekwencyjny", naturalny dla nas, wgląd w przyszłość się wyłącza i pozostaje tylko coś na kształt niepokoju spowodowanego wiedzą o nieuchronności losu.

Jeśli chodzi o brak poezji u Chianga (tak w uproszczeniu ujmę tę cechę języka, o którą się upominasz w recenzji), w szczególności w opisie zachowań postaci - wierzę, że wynika on z przyjętej przez autora konwencji. Dlatego nie powinnaś Chiangowi czynić z tego zarzutów. Twoim oczywistym przywilejem jest woleć literaturę, w której postaci są wyraziste i rozbudowane, lecz obawiam się, że ze względu na ten brak "poezji" obniżyłaś ocenę zbioru opowiadań, co wydaje mi się nieuprawnione.

Dlaczego konwencja? Bo uważam, że to część przemyślanej formuły, która pozwala na uwydatnienie tego, co dla Chianga ważne, meritum jego opowiadań i że niektórzy pisarze sf stosowali tę formułę od zarania gatunku.

Ty chciałabyś, żeby poezja wyeksponowała przeżycia bohaterów. Dobrze użyta z pewnością by to uczyniła. Jestem przekonany, że Chiang rozmyślnie unika takiego eksponowania. Skupianie się na przeżyciach bohaterów, epatowanie emocjami, które odczuwają, zagłębianie się w ich mniej istotne rozterki, niepotrzebnie odciągałoby uwagę od tego, co u Chianga najważniejsze, czyli od przemyślanej wizji rzeczywistości. Rzeczywistości często nietypowej, misternie zbudowanej wokół ciekawego pomysłu, interesującej z punktu widzenia naukowego lub filozoficznego. Co do ostatniego zdania - o tym piszesz w recenzji, więc chyba pora skończyć ten post :-)

21 VIII 2012   21:15:40

Dziękuję za wypowiedź.

Co do fatum - cóż - wola autora. Bardziej "normalne" wydawałoby mi się to, gdyby matka przynajmniej rozpaczała, jeśli nawet nie próbowałaby zapobiec. "Walka z przeznaczeniem" wydaje mi się jedną z typowo ludzkich cech. Ale prawdą jest też to, że ten temat był bardzo eksploatowany. Chociaż nadal nie umiem sobie wyobrazić matki, która przyjęła by taką wiedzę spokojnie - i w gruncie rzeczy to dobrze, bo dobrze świadczy o mojej matce, która - jak mniemam - dla mnie i brata zrobiłaby wszystko co w jej mocy.

Co do "poezji" - zgodzę się. Co do oceny - cóż, daję taką, jaką uważam za słuszną a przy okazji staram się wyjaśnić dlaczego, by każdy mógł sam sobie odpowiedzieć, czy dana wada/zaleta jemu przeszkadza/podoba się.

11 IX 2012   14:29:44

Pozwolę sobie na dygresję - w tekście wspominałam o Georgu Allecu Effingerze - ostatnio natrafiłam na jego opowiadanie pt. "Kociątko Schrodingera" z 1988 roku (w starej antologii pt. "Don Wollheim proponuje - 1989: Najlepsze opowiadania science fiction roku 1988"). Bardzo interesujący tekst, zresztą też nagrodzony Hugo i Nebulą.

Czemu o tym piszę? Ponieważ metoda konstrukcji była w tym przypadku taka sama, jak u Chianga (choć pewnie należałoby to ująć odwrotnie, z uwagi na chronologię).
Jest pomysł ściśle naukowy (związany z mechaniką kwantową), który potem zostaje przedstawiony bezpośrednio (w jednym z wątków bohaterka współpracuje ze słynnymi fizykami), jak i poprzez samą konstrukcję tekstu i leżący u jego podstaw pomysł, oparty na konkretnej hipotezie.
Rzecz warta uwagi i polecenia.

14 X 2013   15:05:51

Popełniłem ostatnio publicznie paszkwil na temat niektórych opowiadań Chianga - tych opowiadających o dziedzinach nauki, na których wydaje mi się, że wystarczająco się znam. Próbuję zaciekle znaleźć jakiekolwiek inne krytyczne podejście do jego opowiadań i to jest chyba jedynym, które wydaje się nie być bałwochalczym.

Moim zdaniem stwierdzenie "Chwilami jego teksty brzmią niemal jak artykuły popularnonaukowe – choć sposób zobrazowania niektórych kwestii doceni przede wszystkim ten, kto już je poznał." jest pięknym przykładem zdania naraz fałszywego i prawdziwego. Owszem, opowiadania Chianga przypominają artykuły naukowe, ale te z "FOCUSa" i innych podobnych poziomem - skupiają się na obrazkach i na wyrwanych z kontekstu znaczeniach. Ten, kto poznał dziedziny, o których pisze Chiang ma właśnie kłopoty z czytaniem jego opowiadań, gdyż autor dosłownie topi czytelnika w sofizmatach, ale tak sprawnie, że o ile ten jest laikiem, klaszcze, zamiast się oburzyć.

Powiedziałbym wręcz, że u Chianga fanom S-F podoba się najbardziej to, co normalni ludzie znajdują w mainstreamie, czyli opis ludzkich myśli i uczuć. Całe "science" jest wyłącznie pretekstem i to miejscami słabym. Najlepiej opracowanym pod tym względem tekstem w zbiorze są tytułowe '72 litery', w których autor opiera się być może na swoim doświadczeniu informatycznym i dlatego całość ma miejsce i nogi. A może to ja za mało się znam na programowaniu, nie wiem.

Możliwe jednak, że ja zwyczajnie nie umiem czytać takiej literatury, gdyż w dosyć dokładnie opisanym powyżej opowiadaniu 'piekło to nieobecność boga' autor wydaje się stawiać pytanie "Co, gdyby anioły chodziły po ziemi, a istnienie Boga byłoby pewnikiem, nie zaś kwestią wiary?", a potem odpowiadać na nie "Otóż zupełnie nic". Wydaje się to takim absurdem, że chyba z konieczności dowodzi złego odczytania tej historii.

14 X 2013   15:53:01

Hmm, powiem tak - to też kwestia układu odniesienia. W porównaniu z poziomem "science" z jakim spotykam się najczęściej, czytając SF (choć, od razu dodam, częściej jednak fantasy czytam, także dlatego, żeby się nie irytować podczas lektury) to jest bardzo hard. Czasami aż się człowiek za głowę może złapać, jakie bzdury są wypisywane.

A w kwestii "Piekła..." - z początku to opowiadanie mnie mało obeszło, ale po ponad roku mogę stwierdzić, że ono dalej we mnie "siedzi" i - niestety - koresponduje z moim wychowaniem religijnym.

"Nade wszystko bój się Boga" - ale, jak zauważa de Mello - człowiek nienawidzi tego, czego się boi, chce od tego uciec. Zatem niektórzy chrześcijanie wychowani w takim podejściu widzą Boga jako istotę złą i mściwą, która tylko czyha na ludzkie potknięcia, żeby później wymierzyć kary (znam przykład kobiety, której syn się utopił i ona do dziś się zastanawia, czy to nie dlatego, że jej mąż podczas kłótni podarł święty obrazek). Idąc dalej tym sposobem myślenia - ale przecież Boga trzeba kochać, żeby nie pójść do Piekła i nie być torturowanym przez wieczność. Zatem taki chrześcijanin nienawidzi Boga i obwinia go o wszelkie zło w jego życiu, ale rozpaczliwie usiłuje go pokochać, żeby nie zostać ukaranym - co wciąż pozostaje nieuczciwą próbą przekupienia (co Bóg jako wszechwiedzący widzi, zatem trzeba się bardziej postarać pokochać go tym razem mocno i szczerze, aby tylko nie skrzywdził - i błędne koło się zamyka) i owocuje wewnętrzną szarpaniną. Wydaje mi się, że opowiadanie Chianga jest ilustracją takiego rozumowania.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Duch czy Demiurg?
Sławomir Grabowski

23 X 2021

„Gnoza” Michała Cetnarowskiego nie rozczarowuje jako pełnoprawna powieść SF z trochę wyższej półki – może trochę epigońska, ale nadrabiająca ciekawym konceptem, choć dalekim od naukowej ortodoksji.

więcej »

PRL w kryminale: Striptizerka Mariola bez strusiego pióra
Sebastian Chosiński

22 X 2021

W „Damie ze strusim piórem” – kolejnej „powieści milicyjnej” Danuty Frey(-Majewskiej) opublikowanej w serii „Ewa wzywa 07…” – jest to wszystko, co decydowało o sensacyjności dzieła w drugiej połowie lat 80. XX wieku. Mamy więc zdradzającego męża i striptizerkę z „Kongresowej”, cenne dzieło sztuki i tajemniczą zbrodnię. A na finał szaleńczy pościg ulicami Warszawy.

więcej »

Mała Esensja: Pod opieką Matki Bożej Ostrobramskiej
Marcin Mroziuk

21 X 2021

W sercu tytułowej bohaterki książki Andrzeja Perepeczki na lata pozostała tęsknota za miastem, które dziewczynka musiała opuścić z powodu zmiany polskich granic. Podobnie było z jej krewnymi mieszkającymi na Wileńszczyźnie, a z lektury „Irenki” możemy się również dowiedzieć, w jaki sposób udało im się przetrwać aż cztery okupacje.

więcej »

Polecamy

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!

Stulecie Stanisława Lema:

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Jasna strona wszechmożliwości
— Sławomir Grabowski

Esensja czyta: Luty 2018
— Dawid Kantor, Joanna Kapica-Curzytek, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Katarzyna Piekarz, Konrad Wągrowski

Ja chcę więcej!
— Anna Kańtoch

Tegoż autora

Jawnobójstwo deklinacji
— Beatrycze Nowicka

Górska kraina deszczu, niepowodzeń, sępów i złych kobiet
— Beatrycze Nowicka

Jest piękny i ma wspaniałe mięśnie
— Beatrycze Nowicka

Gdzie uczciwość to grzech śmiertelny
— Beatrycze Nowicka

Jak to u nas w wiosce było…
— Beatrycze Nowicka

Razem na złe i na jeszcze gorsze
— Beatrycze Nowicka

Sentymenty
— Beatrycze Nowicka

Bajka o księżniczce i łotrzyku
— Beatrycze Nowicka

Z wizytą w mieście dżinnów
— Beatrycze Nowicka

Przekraczając granice lecz nie limit znaków
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.