Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 listopada 2021
w Esensji w Esensjopedii

Peter F. Hamilton
‹Upadek smoka›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułUpadek smoka
Tytuł oryginalnyFallen Dragon
Data wydania8 października 2012
Autor
PrzekładKrystyna Chodorowska
Wydawca Zysk i S-ka
ISBN978-83-7506-719-4
Format844s. 140×205mm
Cena39,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Wczesny Hamilton
[Peter F. Hamilton „Upadek smoka” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Trzeba mieć fantazję, by angielski tytuł „Fallen Dragon” przetłumaczyć na „Upadek smoka”. Trzeba mieć też sporo fantazji, by wymyślić taki opis książki, który nie ma z nią zbyt wiele wspólnego, a przy tym zdradza kluczowe elementy fabuły (choć to, jak zauważyłem, jest też problemem wersji oryginalnej). Czy mimo tych wydawniczych potknięć wydana ponad dekadę temu książka Petera Hamiltona zasługuje na uwagę? Niestety nie.

Miłosz Cybowski

Wczesny Hamilton
[Peter F. Hamilton „Upadek smoka” - recenzja]

Trzeba mieć fantazję, by angielski tytuł „Fallen Dragon” przetłumaczyć na „Upadek smoka”. Trzeba mieć też sporo fantazji, by wymyślić taki opis książki, który nie ma z nią zbyt wiele wspólnego, a przy tym zdradza kluczowe elementy fabuły (choć to, jak zauważyłem, jest też problemem wersji oryginalnej). Czy mimo tych wydawniczych potknięć wydana ponad dekadę temu książka Petera Hamiltona zasługuje na uwagę? Niestety nie.

Peter F. Hamilton
‹Upadek smoka›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułUpadek smoka
Tytuł oryginalnyFallen Dragon
Data wydania8 października 2012
Autor
PrzekładKrystyna Chodorowska
Wydawca Zysk i S-ka
ISBN978-83-7506-719-4
Format844s. 140×205mm
Cena39,90
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Jak pewnie wiecie, zaliczam się do fanów Hamiltona. I jak dotąd, mimo niektórych dłużyzn i rozczarowujących zakończeń, jego książki wydawały mi się przynajmniej dobre. Do lektury „Upadku smoka” (oryginalnie wydany po raz pierwszy w 2001, w wersji polskiej trafił w nasze ręce w ubiegłym roku) przystąpiłem więc pełen dość wysokich oczekiwań. Co dostałem w zamian? Dwie przeplatające się historie, klimat w niczym nie pasujący do tak lubianej przez samego Hamiltona space opery i mnóstwo nachalnych odniesień do kolonializmu, społeczeństwa, wolności i kilku innych kwestii.
Po latach intensywnej kolonizacji planet typu ziemskiego korporacjom na Ziemi zaczyna brakować środków, by kontynuować tę chwalebną tradycję. Zamiast tego raz na kilka lat wysyłają swoją flotę na już skolonizowane planety w celu zebrania „haraczu” pod postacią technologii i surowców. Jednym z regularnych członków tych ekspedycji jest Lawrence, żołnierz i dowódca specjalnego oddziału uderzeniowego. To właśnie wokół tej postaci kręci się większość fabuły: obserwujemy go jako zręcznego sierżanta dbającego o swoich ludzi, człowieka korporacji ze swoimi własnymi marzeniami i (w retrospekcjach) jako młodego i naiwnego chłopaka z prowincji.
To właśnie te retrospekcje, pozwalające nam spojrzeć na życie tego bohatera przed jego wstąpieniem na służbę korporacyjną, mają (jak sądzę) dodawać smaczku i głębi całej opowieści. Niestety, obserwowanie dojrzewania zbuntowanego nastolatka jest dość męczącą lekturą, a w połączeniu z jego romansem oraz (jak na Hamiltona przystało) licznymi scenami łóżkowymi stanowi chyba najsłabszy punkt powieści. Fabularnie dzieje Lawrence’a są również dość sztampowe. Co prawda w kilku miejscach mamy szansę na lepsze poznanie świata przedstawionego (bo akcja właściwa jest dość statyczna i skoncentrowana na Thallspring), ale to wyjątek od reguły.
Obok Lawrence’a możemy też poznać historię z punktu widzenia Denise, przedszkolanki i członkini ruchu oporu z Thallspring. Niestety, mimo jej ciekawych opowieści przekazywanych dzieciom oraz podziemnej aktywności, która szybko staje się o wiele ciekawsza od nudnych zajęć Lawrence’a, ten wątek powieści wydaje się wyjątkowo niedopracowany. Jeśli brać pod uwagę główny cel, jaki stał przed Denise i jej towarzyszami, cała intensywna walka z korporacyjnymi najeźdźcami wydaje się zwyczajną stratą czasu, która tylko im zaszkodziła. Być może nie do końca zrozumiałem niuanse powieści, ale wszystko wydaje się rozplanowane wyjątkowo bezsensownie.
Pisałem o nieadekwatnym do treści polskim tytule i jeszcze mniej przemyślanym opisie powieści. Jeśli chodzi o tytułowego smoka, to nie mamy wcale do czynienia z jego upadkiem – ani dosłownym, ani metaforycznym. Nie jest też tak, że Lawrence dowiaduje się czegokolwiek o jakiejkolwiek Świątyni Upadłego Smoka, nie organizuje też żadnej ekspedycji naukowej. Właściwie to opis nie tylko jest jawnym przekłamaniem fabuły powieści, ale też zdradza najważniejsze jej elementy, które Hamilton dozuje nam w bardzo oszczędny sposób (pierwsza wzmianka o smoku trafia do nas dopiero w okolicach połowy książki). Smok jest tajemnicą, którą dokładnie poznajemy dopiero na samym końcu. Tajemnicą, która nie zostaje zbyt rozsądnie rozwiązana (podobnie zresztą jak kwestia dostępu Lawrence’a do tajemniczego oprogramowania).
Kiedy wreszcie wszystkie karty zostają odsłonięte, Hamilton jak gdyby traci jakiekolwiek zainteresowanie powieścią i serwuje nam naiwne i sztampowe dyskusje na temat wolności, ewolucji, kolonializmu i temu podobnych kwestii. Oczywiście tematy te przewijają się przez całą książkę, ale ich fabularne przedstawienie (warto tu choćby wspomnieć kontakt Lawrence’a z żyjącymi w zgodzie z naturą mieszkańcami Szkocji) staje się o wiele bardziej akceptowalne niż zwyczajne dyskusje nad tym, co jest dobre, a co jest złe. To samo można powiedzieć o nagłym „nawróceniu” bohatera na „dobro” – element, który miał być wyjaśniony jego młodzieńczymi pasjami staje się zamiast tego dość trudną do zaakceptowania zmianą. W efekcie przy samym końcu zarówno Lawrence, jak i Denise (dająca nagle upust swojej fanatycznej naturze) zachowują się cholernie sztucznie.
Naturalnie Hamilton nie byłby sobą, gdyby nie zaserwował nam kilku niezwykle interesujących wizji przyszłości (z ziemskimi korporacjami pełniącymi rolę państw kolonialnych, ale, w co o wiele trudniej uwierzyć, mającymi swoje ludzkie oblicze), ludzkiej ewolucji (fascynujące zmiany na Santa Chico) oraz obcych (końcowe spotkanie). Niestety, wszystko to tonie w monotonnej fabule i jeszcze bardziej monotonnych retrospekcjach, zaś sam finał pozbawiony jest jakiejkolwiek przyczynowo skutkowej logiki. Jak dla mnie – olbrzymie rozczarowanie.
PS. Po lekturze „Upadku smoka” widzę wyraźnie, że recenzowana niedawno „Great North Road” opiera się na podobnych schematach; na szczęście po dziesięciu latach i dwóch monumentalnych cyklach Hamilton nauczył się lepiej wykorzystywać pisarską materię.
koniec
17 maja 2013

Komentarze

25 V 2013   23:39:51

Skąd "Upadek" - przede wszystkim stąd, że powieść opisuje agonię i smutny koniec lotów kosmicznych: idealistyczni odkrywcy, jak z ulubionego serialu bohatera, zmienili się w cynicznych windykatorów, którzy na koniec także okazali się nieopłacalni. To właśnie zjawisko eksploracji kosmosu i wszystkiego, co z nią związane, jest dla mnie tytułowym "smokiem", nie ten niedorzeczny alien. Po drugie, w powieści dosłowny upadek jak najbardziej występuje. "Smok", zamiast unosić się w przestrzeni, spada na planetę Thallspring i to właśnie krater pozostały po jego upadku podsuwa Lawrence'owi myśl o ukrytych skarbach. Po trzecie, smok wychowany przez ludzi nie dorównuje swoim braciom, w porównaniu do nich jest słaby i ułomny, więc to też w pewnym sensie upadek.

A jaka byłaby wersja recenzenta? :-)

28 V 2013   22:26:36

Być może to zwykła semantyka, ale to co ukazano w książce to tylko końcowy etap tegoż upadku (w odniesieniu do pierwszej interpretacji, z którą się zgadzam), który był nie tyle jakimś wydarzeniem, ile długotrwałym procesem. Z interpretacją drugą i trzecią także się zgadzam, tylko że w przypadku aliena (jak i w przypadku wielkich korporacji) mamy do czynienia ze smokiem, który JUŻ upadł (stąd angielska forma 'fallen'), a nie upada. W efekcie książka opisuje nie tyle sam upadek, co bardziej jego skutki.

Ale może się niesłusznie czepiam, bo sam nie mam lepszego pomysłu na tytuł ("Upadły smok" brzmiałby za bardzo jak 'kobieta upadła';-) ); po prostu tytuł w oryginale wydaje się idealnie pasować do treści, podczas gdy jego tłumaczenie wydaje się jakby niedoskonałe.

30 V 2013   13:44:42

Dlaczego "Wczesny Hamilton"? Książka powstała już po Trylogii Świtu Nocy...
Czy zasługuje rzeczywiście na tak niską ocenę (znacznie niższą od wymienionej?) 40% dostają zwykle gnioty...

05 VI 2013   09:43:22

Przyznaję, że próbowałem się wziąć za "Trylogię", ale szło mi to niesporo, podobnie zresztą jak sam "Upadek". W obu przypadkach lektura nie dorównuje temu, co stworzył Hamilton w cyklu "Wspólnoty" czy "Pustki" - dlatego właśnie wczesny.

Dla gniotów rezerwujemy niższe oceny; to da się czytać, ale jakoś tak (mimo kilku świetnych pomysłów) brak tu polotu. Cytując nasz system oceny: można sobie darować.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Urok małych książek: Sęp też człowiek
Wojciech Gołąbowski

27 XI 2021

Badacze uważają, że butlonosy nadają sobie imiona – określone dźwięki – i pamiętają o nich nawet po 20 latach rozłąki. Słonie urządzają pogrzeby zmarłym członkom stada, mają także swoje cmentarzyska, na które się udają, czując zbliżający się koniec. Czy tylko ludzie są obdarzeni inteligencją?

więcej »

Krótko o książkach: Obyś cudze dzieci uczył….
Agnieszka ‘Achika’ Szady

26 XI 2021

…to starożytna klątwa, której ofiarą padła autorka książki „Pani Kebab”. Możemy poznać zapiski pracującej w Leeds asystentki nauczyciela, czyli osoby pomagającej uczniom nieznającym języka angielskiego lub po prostu obarczonym różnymi deficytami.

więcej »

Dwóch panów w drodze (nie licząc lokaja)
Miłosz Cybowski

24 XI 2021

Trzy historie i trzech bohaterów… wróć! Trzy historie i trójka postaci (bo „bohaterami” nie można ich nazwać) zaprezentowane w tomie pierwszym „Opowieści o Bauchelainie i Korbalu Broachu” to zebrane w jedną całość opowiadania, przed laty wydane w osobnych tomach. Dobrze się stało, że Wydawnictwo Mag zdecydowało się na ich wznowienie, choć książka pozostaje dziełem, które trafi wyłącznie do fanów prozy Stevena Eriksona.

więcej »

Polecamy

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)

Stulecie Stanisława Lema:

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.