Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 16 października 2021
w Esensji w Esensjopedii

Gaja Grzegorzewska
‹Betonowy pałac›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBetonowy pałac
Data wydania28 sierpnia 2014
Autor
Wydawca Wydawnictwo Literackie
ISBN978-83-08-05375-1
Format480s. 150×225mm
Cena39,90
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Przaśne Pulp Fiction
[Gaja Grzegorzewska „Betonowy pałac” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Z najnowszą, szóstą w dorobku, powieścią kryminalną Gai Grzegorzewskiej wiązano niebezpodstawne nadzieje. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru z 2011 roku za „Topielicę” przeszła do dużego wydawnictwa, nie rezygnując jednak ze swej ulubionej bohaterki – prywatnej detektyw Julii Dobrowolskiej. Podstawowy problem z „Betonowym pałacem” jest taki, że nie sposób stwierdzić, czy jest to książka napisana w pełni na poważnie, czy też należy ją odczytywać jako niewysublimowaną grę z czytelnikiem, autoironiczny żart, zgrywę z czytelnika, z konwencji i autorki z samej siebie.

Jacek Jaciubek

Przaśne Pulp Fiction
[Gaja Grzegorzewska „Betonowy pałac” - recenzja]

Z najnowszą, szóstą w dorobku, powieścią kryminalną Gai Grzegorzewskiej wiązano niebezpodstawne nadzieje. Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru z 2011 roku za „Topielicę” przeszła do dużego wydawnictwa, nie rezygnując jednak ze swej ulubionej bohaterki – prywatnej detektyw Julii Dobrowolskiej. Podstawowy problem z „Betonowym pałacem” jest taki, że nie sposób stwierdzić, czy jest to książka napisana w pełni na poważnie, czy też należy ją odczytywać jako niewysublimowaną grę z czytelnikiem, autoironiczny żart, zgrywę z czytelnika, z konwencji i autorki z samej siebie.

Gaja Grzegorzewska
‹Betonowy pałac›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBetonowy pałac
Data wydania28 sierpnia 2014
Autor
Wydawca Wydawnictwo Literackie
ISBN978-83-08-05375-1
Format480s. 150×225mm
Cena39,90
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Książkę Grzegorzewskiej wiele łączy z filmem „Pulp Fiction”, choć to rozrywka w wydaniu typowo polskim, przaśnym. Podobnie jak w filmie Tarantina główny bohater wraca z dalekich wojaży i natychmiast wraca na stare śmieci. Z filmowym Vincentem, granym przez Johna Travoltę, łączy Profesora fryzura, choć gdy w Los Angeles jest ona raczej wyznacznikiem stylu, w Krakowie jedyne, co można za nią dostać to oskarżenie o bycie pedałem. Bohater filmu wplątany zostaje w opiekę nad niegrzeczną żoną swojego bossa, Profesor zaś musi odnaleźć zaginioną Sophie, żonę Opiekuna, o której wiadomo tyle, że wsiąkła gdzieś na barce zacumowanej do wiślańskiego nabrzeża, a wraz z nią zaginął jej ochroniarz. Oczywiste jest, że cała sprawa przyniesie mu wyłącznie kłopoty.
Podobieństw zauważyć można więcej: charakterystyczni przestępcy, mafijne konwenanse, oderwane od rzeczywistości sceny i tak dalej, ale wszystko to w formie mało wyrafinowanej. Wiele zarzutów, które wytoczyłem swego czasu przeciwko powieści „Cicha przystań” Marty Mizuro mogę powtórzyć w przypadku „Betonowego pałacu”. Po pierwsze i najważniejsze razi niesamowita wulgarność, prostactwo, chamstwo i ograniczenie umysłowe większości bohaterów. Na kartach książki Grzegorzewskiej mamy do czynienia prawie wyłącznie z tępakami, narkotyzującymi się karkami, degeneratami, ludźmi z marginesu, gangsterami, pedofilami, wykolejeńcami, psychopatami (lista jest naprawdę długa) i choć rozumiem, że nie posługują się oni na co dzień językiem wykładowcy wyższej uczelni, to użycie do ich sportretowania przede wszystkim wulgaryzmów i rynsztokowych kawałów świadczy o ograniczonym potencjale twórczym autora, który nie znalazł literackich zamienników. Za świetny przykład odmiennego podejścia może posłużyć twórczość Raymonda Chandlera, który opisywał bandziorów jeszcze gorszych niż ci wykreowani przez polską pisarkę, a mimo to nie posługiwał się przy tym językiem tak prymitywnym. Rozumiem, że jest to pewna stylizacja, a Grzegorzewska obroniłaby może swój koncept chęcią oddania życia Osiedla i jego mieszkańców w sposób szczery i prawdziwy, wierzę jednak, że można to zrobić z pomocą ciekawszych, mniej jednoznacznych narzędzi językowych i stylistycznych.
Tak przedstawieni bohaterowie nie tylko nie przekonują, oni w ogóle nie zasługują na literackie istnienie – ich kalekie mózgi krążą tylko wokół seksu i przemocy, seksu i przemocy, seksu i przemocy. Aha, i jeszcze używek. Nie sposób im współczuć, trudno wczuć się w ich emocje, a ich problemy wydają się nie tylko nieistotne, ale i śmieszne. Bez więzi emocjonalnej z przynajmniej jedną z postaci trudno spojrzeć przychylnie na książkę, a tu tej więzi brakuje. Każde spotkanie dwojga głównych bohaterów, Profesora i Julii, kończy się w ten sam sposób: kłótnią i/lub bójką. Ten schemat szybko staje się nudny. Jeśli autorka postawiła sobie za cel wzbudzenie obrzydzenia do przestrzeni Osiedla i jego chorych mieszkańców to udało jej się to perfekcyjnie.
Podstawowym narzędziem służącym Grzegorzewskiej do tak zwanego budowania klimatu jest wulgarny język, żenujący humor i wtręty z młodzieżowo-gangsterskiego slangu. Są to jak rozumiem wyznaczniki „męskiej” prozy, „mrocznej”, charakternej i pokazującej prawdziwy świat. Albo, jak uważa aktorka Magdalena Cielecka, prozy „błyskotliwej i intrygującej, mrocznej i jednocześnie finezyjnej”. Do tego trochę krwi, plastyczne opisy, obrzydliwi bohaterowie i mamy komplet. Ponadto książka bez przerwy odjeżdża w rejony czysto komiczne, by nie rzec absurdalne, jak w polskich filmach kryminalnych w rodzaju „Kilera” czy „Chłopaki, nie płaczą”. Dlatego nawet wstrząsające z założenia sceny morderstw budzą niezamierzenie uśmiech, bo wydają się komicznie przejaskrawione. I znów powraca pytanie: czy tu cokolwiek jest na poważnie?
Komizm podkreślany jest również przez przerysowane kreacje postaci, zwłaszcza kompletnie odklejonej od rzeczywistości Julii Dobrowolskiej – jednocześnie siostry przyrodniej i dawnej (z czasów nastoletnich) kochanki Profesora, pobitej przez niego swego czasu bez litości. Oboje nienawidzą się, ale nie potrafią bez siebie żyć. Ona jest celebrytką często pojawiającą się w mediach i najlepszym prywatnym detektywem Krakowa. Do tego zabiła kilku ludzi, nie czyta książek i ubiera się niezwykle wyzywająco. W mojej ocenie to jest jakieś ko(s)miczne wyobrażenie o detektywie, jakby rodem z kiepskiego kabaretu. Równie dziwaczną personą jest obecny partner Julii, obrzydliwie bogaty, mieszkający w wypasionej willi Aaron Goldenthal, policjant z wielkimi koneksjami, który z kaprysu wstąpił do służb mundurowych – bo nie miał nic lepszego do roboty. W pewnym momencie Goldenthal bez mrugnięcia okiem przelewa na konto Profesora 100 tysięcy złotych tylko po to, by ten drugi wyjechał z kraju. Później okazuje się, że ten postrach świata przestępczego był również trzymany w szachu przez Opiekuna. Jak, dlaczego – tego nie wiadomo.
Ponadto w książce znaleźć można wiele rozwiązań co najmniej budzących wątpliwości. Zupełnie niezrozumiałe są zachowania Profesora: po co właściwie ciągle wraca na Osiedle, skoro jest ścigany przez policję, oskarżany o pomoc w detronizacji poprzedniego władcy dzielnicy (później zresztą uważa się, że jest nie jego detronizatorem, lecz ostatnim zaufanym człowiekiem) i grozi mu śmierć – to tak jakby na siłę pakował cały czas głowę do szamba. Nawet gdy jest już właściwie uratowany, po raz kolejny wraca w to znienawidzone miejsce. Niedorzeczne jest rozwiązanie tak sprawy Rzeźnika, jak i wątku nastoletniej prostytutki Lilianny – oboje okazują się być kimś zupełnie innym, niż się cały czas sugeruje, ale rozwiązania te są bardzo wydumane. Nie wiedzieć czemu policja natychmiast olewa morderstwo popełnione prawdopodobnie przez Rzeźnika na Osiedlu, bo, jak można przypuszczać, zadziałał wpływ bossa Opiekuna. Brzmi to tym bardziej niezrozumiale, że w innych miejscach książki podkreślana jest jego niewielka w sumie rola w światku przestępczym Krakowa. Z innych nonsensów warto wspomnieć wyprawę na policyjny bal celem wywęszenia kto komu daje łapówki, kto i jak na komendzie pierze forsę, kto jest wtyczką Opiekuna itp., jakby nieuczciwi policjanci tylko czekali, by na wielkiej imprezie odbywającej się w blasku medialnych reflektorów dać wszystkim dowody swej podwójnej działalności. Julia zabiera tam zresztą ze sobą świeżo pobitego do nieprzytomności brata i forsuje pomysł, by podejrzewanego o bycie wtyką policjanta Szyszkę poszczuć dwoma niepełnoletnimi gejami – wszystko razem wygląda na pomysł rodem z głupkowatego sit-comu, a nie z mrocznego kryminału.
Do tego dorzucić jeszcze trzeba kilka rozwiązań typu deus ex machina i jeden z najczęstszych błędów pisarzy kryminałów: monologi-spowiedzi szwarccharakterów. Osobną sprawą jest bardziej mityczna niż rzeczywista postać Opiekuna, zawiadującego niemalże baśniową, kompletnie odrealnioną przestrzenią Osiedla – miejscem zbudowanym raczej z wyobrażeń niż faktów. Czytelnik wręcz zarzucany jest przymiotnikami określającymi tego człowieka: groźny, niebezpieczny, bezwzględny, niecofający się przed niczym, wszechwładny itp., kłopot w tym, że Grzegorzewska nie przechodzi od słów do czynów, w efekcie nie dowiadujemy się, skąd właściwie wzięła się zła sława i ogromna władza admina Osiedla. Autorka ogranicza się do budowania mitu złej, mściwej, pozbawionej ludzkich odruchów kreatury, która wzięła się nie wiadomo skąd, a jej mit opiewany jest przez wszystkie bez wyjątku postaci. Wielka tajemnica? Czy raczej wielki bubel?
Grzegorzewska egzorcyzmowała dla literatury po raz kolejny bohatera prostackiego, bandytę, karka, schaba czy jakkolwiek go nie nazwać – mam wątpliwości, czy wnosi on do literatury jakąś wartość. Autorka wprawdzie usilnie kreuje go na błądzącego po ciemnej stronie inteligenta, lecz brzmi to nad wyraz fałszywie. Profesor został ustawiony na granicy dwóch światów i musi raz udawać człowieka z jednej strony, to znów bywalca drugiej. Między seksem z podstarzałą prostytutką a bójką z jakimś zbirem zdarza mu się cytować na przykład Tennysona czy innych poetów. Próbuje nam się wmówić, że toczą w nim walkę dwa żywioły, ale wsadzenie w rękę neandertalczyka paczki zapałek nie uczyni go nagle homo sapiens.
Gdyby wziąć „Betonowy pałac” w wielki cudzysłów, nie traktować dosłownie – to powieść jakoś by się broniła. Można by ją wtedy traktować jako średnio zabawne czytadło o pozbawionych skrupułów krakowskich gangsterach w oparach absurdu, nieprzeciętnie wulgarne i nie zmuszające odbiorcy do myślenia. Ale wcale nie jestem pewien, czy właśnie o to chodziło Grzegorzewskiej, wręcz przeciwnie, odnoszę silne wrażenie, że ten odrealniony nastrój wyszedł jej niejako przy okazji i nie w pełni zamierzenie. Może zatem autorka stworzyła ten świat i wypełniających go prostackich bohaterów całkowicie na poważnie? Niezależnie od tego, jaki był jej zamysł i jak ewoluował w trakcie pisania, „Betonowy pałac” raczej nie zapisze się w pamięci czytelników. To prosta, żeby nie powiedzieć prostacka, napisana podwórkowym stylem, nie skłaniająca do refleksji bajeczka o zasiedlających Kraków wulgarnych prymitywach mających w głowie tylko dupy, alko i dragi. Niestety tylko tyle.
koniec
26 stycznia 2015

Komentarze

26 I 2015   02:06:28

Istotnie, nie jest to książka dla wszystkich. Niektórzy ludzie powinni ją omijać szerokim łukiem. Przede wszystkim ludzie bez poczucia humoru oraz dystansu ;). Oraz ci, którzy nigdy nie mieli styczności z tym dużo bardziej niżby się chciało, rzeczywiście istniejącym światem :|.

Polecam recenzje z http://lubimyczytac.pl/ksiazka/227331/betonowy-palac/ - absolutnienieperfekcyjna, krimifantamania, piotrkopka, krytycznymokiem, noircafe, tramwajnr4, alexkuklov i wiele innych - oni znacznie lepiej wyczuli i zrozumieli, o co chodzi w tej książce.

Natomiast tym, którzy nie cierpią powieści innych od klasycznych, humor Tarantino jest dla nich dziecinny, a absurdalne i wisielcze żarty biorą dosłownie - zdecydowanie sugeruję wybrać inną książkę.

26 I 2015   12:13:07

Czytałam niedawno. Jestem trochę w szoku, jak przeczytałam tę recenzję.

"nie sposób stwierdzić, czy jest to książka napisana w pełni na poważnie, czy też należy ją odczytywać jako niewysublimowaną grę z czytelnikiem, autoironiczny żart, zgrywę z czytelnika, z konwencji i autorki z samej siebie."

Naprawdę nie sposób? Panie Jacku... Proszę się na przyszłość bardziej kierować intuicją, dobrze Panu podpowiadała :)

29 I 2015   16:45:26

W sumie nawet miło, że ktoś zaryzykował i opublikował niezbyt przychylną recenzję tej modnej obecnie książki. Przeczytałem, odłożyłem na półkę. Śmiem twierdzić, że nie przypadła mi do gustu. Śmiem też twierdzić, że posiadam pewne pokłady poczucia humoru oraz dystansu do siebie i świata. Jeżeli komuś styl autorki się podoba - świetnie, o gustach się nie dyskutuje. Ale od razu nazywać ją "królową polskich kryminałów"?!

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Mała Esensja: Gwiazdy i piwo
Marcin Mroziuk

16 X 2021

W „Wędrując po niebie z Janem Heweliuszem” Anna Czerwińska-Rydel nie tylko w przystępny sposób przybliża młodym czytelnikom postać gdańskiego uczonego, ale również pozwala im poznać podstawowe informacje z zakresu astronomii. Lekturę dzieciom uprzyjemniają też znakomite ilustracje Asi Gwis.

więcej »

PRL w kryminale: Skradziony samochód z niespodziewanym bagażem
Sebastian Chosiński

15 X 2021

Kradzieże samochodów stały się prawdziwą plagą w Polsce dopiero w latach 90. XX wieku, ale już dekadę wcześniej nie brakowało – zwłaszcza w dużych miastach – zorganizowanych grup, które polowały na wybrane marki. Ten właśnie proceder Danuta Frey(-Majewska) traktuje jako punkt wyjścia fabuły „Fiata z placu Teatralnego” – kolejnej jej mikropowieści wydanej w serii „Ewa wzywa 07…”.

więcej »

Cudzego nie znacie: Krew ojców
Miłosz Cybowski

14 X 2021

„Ceremony of Ashes” Jaysona Roberta Ducharme’ego to krótka nowela o zemście. Taka, w której brak szczęśliwych zbiegów okoliczności i happy endu.

więcej »

Polecamy

Zawsze szach, nigdy mat

Stulecie Stanisława Lema:

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe
— Jacek Jaciubek

Zabójczy ziemniak
— Jacek Jaciubek

Szpiega wynajmę
— Jacek Jaciubek

Suchość w ustach
— Jacek Jaciubek

Wszystkie odcienie szarości
— Jacek Jaciubek

Królestwo za kafelek
— Jacek Jaciubek

Historia wiary znaczona krwią
— Jacek Jaciubek

Człowiek-puzzle
— Jacek Jaciubek

Poprzez góry, poprzez lasy
— Jacek Jaciubek

Misja na Marsa
— Jacek Jaciubek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.