Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 kwietnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Alastair Reynolds
‹Przestrzeń objawienia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPrzestrzeń objawienia
Tytuł oryginalnyRevelation Space
Data wydania2002
Autor
PrzekładPiotr Staniewski, Grażyna Grygiel
Wydawca MAG
CyklPrzestrzeń objawienia
ISBN83-89004-08-8
Format600s.
Cena35,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Kosmos obiecany

Esensja.pl
Esensja.pl
Obie książki stanowią też fragmenty większych całości (choć „Przestrzeń” jest bardziej samodzielna od „Dysfunkcji”). Czy mam ochotę na ich ciąg dalszy? Tak, chociaż dla częściowo różnych przyczyn: Reynoldsa – dla poznania dalszych tajemnic jego świata; Hamiltona – także dla jego bohaterów i ciekawości rozwoju intrygi. Największa część wspólna to tło: kosmos, artefakty Obcych, dzikie planety, melanż ekscentrycznych technologii, rozmach fantastycznej kreacji.

Jacek Dukaj

Kosmos obiecany

Obie książki stanowią też fragmenty większych całości (choć „Przestrzeń” jest bardziej samodzielna od „Dysfunkcji”). Czy mam ochotę na ich ciąg dalszy? Tak, chociaż dla częściowo różnych przyczyn: Reynoldsa – dla poznania dalszych tajemnic jego świata; Hamiltona – także dla jego bohaterów i ciekawości rozwoju intrygi. Największa część wspólna to tło: kosmos, artefakty Obcych, dzikie planety, melanż ekscentrycznych technologii, rozmach fantastycznej kreacji.

Alastair Reynolds
‹Przestrzeń objawienia›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPrzestrzeń objawienia
Tytuł oryginalnyRevelation Space
Data wydania2002
Autor
PrzekładPiotr Staniewski, Grażyna Grygiel
Wydawca MAG
CyklPrzestrzeń objawienia
ISBN83-89004-08-8
Format600s.
Cena35,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Istnieją takie rodzaje literatury, w których atrakcyjność utworu zasadza się bardziej na tym, CO on opisuje, aniżeli JAK to czyni. Liczy się nie tyle opowiadana historia czy oryginalne pomysły, co tło, na jakich zostają one pokazane, stałe elementy scenografii, jakie są w tym celu wykorzystywane.
Literaturą taką jest m. in. literatura marynistyczna, wojenna, alpinistyczna czy periodyczna (tzn. powieści historyczne poświęcone konkretnemu miejscu i czasowi). Nie znaczy to, że autorzy nie starają się tu o nowatorskie fabuły, ani że nie zdarzają się dzieła wybitne i całkowicie przeczące powyższej klasyfikacji. Lecz statystycznie i z punktu widzenia czytelnika, cechą przeważającą pozostaje scenografia i właściwości pozaliterackie.
Spróbujmy dotknąć owej fascynacji, prześledzić ścieżki wrażliwości. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z dwiema drogami: hobbystyczną oraz drogą uczestnictwa.
Droga hobbystyczna zaczyna się na obszarach nie mających nic wspólnego z literaturą. Ktoś interesuje się np. uzbrojeniem wykorzystywanym podczas II wojny światowej. To zainteresowanie zaprowadzi go do filmów i książek wojennych, i albo beletrystyka przypadnie mu do gustu, albo nie. Podobnie rzecz się miewa np. z utworami traktującymi o starożytnym Rzymie czy Rzeczpospolitej szlacheckiej (vide smakowite opowieści z „Wilczego gniazda” Komudy).
Droga uczestnictwa angażuje fascynacje znacznie głębsze. Atrakcyjność utworu nie wynika tu z suchej ciekawości badacza, kolekcjonera – „znawcy” – lecz z osobistych marzeń, fantazji. Np. marzymy o egzotycznych morzach, samotnych rejsach pod południowymi gwiazdami, słońcu zachodzącym w oceanie i sztormach czarnych; że kiedyś opłyniemy dokoła kulę ziemską. Tymczasem szanse na doświadczenie tego wszystkiego są przyzerowe – więc przynajmniej czytamy o tym, zadowalamy się substytutami wrażeń: nie żeglugą przez Karaiby, lecz opisem żeglugi przez Karaiby. I sugestywny opis potrafi wzbudzić dreszcze równie autentyczne.
Taka właśnie powinna być dobra fantastyka kosmiczna. Czy spełniają jej kryteria „Przestrzeń Objawienia” Alastaira Reynoldsa i „Dysfunkcja rzeczywistości” Petera F. Hamiltona, wydane ostatnio prawie równocześnie na fali odrodzenia podobnej SF?
Termin „space opera” posiada znaczenie nieco węższe, bo dodatkowo implikuje pewną pretekstowość, umowność wyjaśnień naukowych tudzież intrygę sensacyjno-wojenną; niemniej to zawsze jest SPACE opera. O co tu chodzi? O kosmos, o rozmach cywilizacji rozciągających się na kiloparseki sześcienne, o oddech wielkich przestrzeni i otchłanie milionleci, o obce planety, tajemnicze artefakty, jasne jądra galatyk i zimną próżnię na iluminatorem. A jeśli dostaniemy krwistych bohaterów, inteligentną intrygę i ładnie ciekawą zagadkę – to już będzie niekonieczny bonus.
Zaniżam standardy? Nie, po prostu konstatuję obyczaje autorów i przyzwyczajenia czytelników. Częstokroć narzekam na sztampowość kreacji fantasy, w szczególności ich światów, stanowiących w większości kopie jednej i tej samej archetypicznej krainy. Żeby być uczciwym, muszę zauważyć, że podobne zjawisko zachodzi w przypadku space oper. Istnieje tu wszelako jedna okoliczność łagodząca: większość cech wspólnych tych space operowych wszechświatów wynika logicznie z podobieństwa założeń.
I tak: aby międzygwiezdne wojny były w ogóle możliwe, ludzkość musi dysponować środkami podróży z szybkością nadświetlną lub przynajmniej przyświetlną – co już zawęża spektrum możliwych dróg rozwoju cywilizacji. Musi też mieć z kim się bić – stąd albo trzeba ten wszechświat zaopatrzyć w stosownie liczne zastępy Obcych, albo rozproszyć ludzkość po okolicznej galaktyce, dzieląc ją na autonomiczne kolonie między poszczególne planety, księżyce i habitaty próżniowe, aby Homo sapiens mieli polityczne usprawiedliwienie dla kosmicznych starć. A najlepiej, oczywiście, spełnić obydwa te warunki.
Tak oto rodzi się ów standardowy (defaultowy) wszechświat przyszłości. Ramy czasowe: minimum sto lat od dzisiaj, przeważnie 300-600, rzadko wchodzi się w skalę tysiącleci (i Hamilton, i Reynolds startują z XXVI wieku). Ramy przestrzenne: minimum kilkanaście lat świetlnych od Słońca, często cała Mleczna Droga, rzadko wszakże wychodzi się poza galaktykę; space opery ograniczające się do Układu Słonecznego zdarzają się na zasadzie wyjątków (Hamilton i Reynolds trzymają się w zasadzie naszego zakątka Mlecznej Drogi, acz Hamilton, wprowadziwszy napęd FTL, ma większą scenę). Cywilizacja rozrzucona jest po kilku-kilkuset ośrodkach, ze starą Ziemią odgrywającą jeszcze mniejszą lub większą rolę (czasami zdegenerowaną, czasami – stolicą imperium).
Jak bardzo serio traktowane są owe założenia? Czy jest to pisane z przekonaniem o nadejściu takiej przyszłości, a choćby z wiarą, nadzieją na nią? Nie; te wizje pochodzą jeszcze z połowy XX wieku. Bez wątpienia natomiast powstaje owa literatura z t ę s k n o t y za tą przyszłością. Kosmos został nam o b i e c a n y.
Kolejny wymóg konwencji: należy te rozproszone kultury maksymalnie zróżnicować. Po pierwsze: pomoże to uzasadnić przyszłe konflikty. Po drugie: da bogatą i kolorową scenografię. Po trzecie: umożliwi w zgodzie z logiką, bez łamania wcześniejszych założeń, wprowadzanie (np. w następnych tomach cyklu) dowolnych cudów techniki, manipulacji genetycznych oraz wariacji społecznych i politycznych (nierzadko w jednym planie czasowym współistnieją struktury klanowe, feudalne, demokratyczne i anarchistyczne – tak jest zarówno u Hamiltona, jak i u Reynoldsa).

Peter F. Hamilton
‹Dysfunkcja rzeczywistości. Początek›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDysfunkcja rzeczywistości. Początek
Tytuł oryginalnyThe Reality Dysfunction. Part 1: Emergence
Data wydaniaczerwiec 2002
Autor
PrzekładDariusz Kopociński
Wydawca Zysk i S-ka
CyklŚwit nocy
ISBN83-7150-946-4
Format670s.
Cena35,—
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Uzyskuje się owo zróżnicowanie trojako: albo przez utrzymanie prędkości światła jako nieprzekraczalnej bariery tempa migracji, co oddziela poszczególne kolonie wielkimi przepaściami czasowymi i wymusza samodzielne ewolucje w nieprzewidywalnych kierunkach (tak się dzieje w „Przestrzeni Objawienia”); albo przez zaordynowanie kilkuwiekowego okresu „zapaści cywilizacyjnej”, Ciemnych Wieków, gdy stare technologie (w tym podróży kosmicznych) zostały zapomniane, i zanim je na powrót odkryto, ludzkość zdążyła się mocno zdywergencjonizować („Fundacja” Asimova czy „Barrayar” Bujold to klasyczne przykłady); albo przez polityczne uzasadnienie specjacji kulturowej, gdy kolejne planety zasiedlane są przez zamknięte społeczności jednolite etnicznie, językowo, religijnie, czy wręcz rozmaite ekscentryczne sekty kulturowe, narzucające sobie prywatne konstytucje i rozwijające się ku różnym przedziwnym podgatunkom człowieka, czasami w dosłownym sensie biologicznym (Tomek Kołodziejczak w „Dominium Solarnym” pociągnął tę metodę chyba najdalej).
Dla wzmocnienia efektu można oczywiście zastosować dwa lub trzy powyższe sposoby naraz, albo skleić je w rozwiązania hybrydowe (jak John Barnes lub Dan Simmons w swoim cyklu hyperiońskim, w którym w inteligentny sposób uzasadnił świat, gdzie ograniczenie do prędkości światła zarówno obowiązuje, jak i nie obowiązuje, a potem jeszcze zaserwował nam Wieki Ciemne).
Skoro już spisuję tu taki minipodręcznik dla domowej konstrukcji space oper, nie wolno mi zapomnieć o tym, o czym regularnie zapominają autorzy: o ekonomii. Ekonomiczne uzasadnienia masowej emigracji w kosmos, jak również kosmicznych wojen, pozostawiają – eufemistycznie mówiąc – wiele do życzenia. Rzadko autor zbuduje świat, w którym koszt podróży międzygwiezdnej jest na tyle niski, by uczynić opłacalnym przewóz ludzi, żywności, rud metali itp. – a jednak tym właśnie zajmują się owi przysłowiowi „galaktyczni kupcy”. Stosunkowo największe uzasadnienie posiada „handel technologiami”, zwłaszcza w przypadku kolonii odseparowanych barierą czasu/przestrzeni – i podobne rozwiązanie przyjmuje Alastair Reynolds. Milionowe migracje, handel zbożem z obcych planet, transporty minerałów – tego typu gospodarkę opisuje natomiast Peter Hamilton i, nawet mimo lotów FTL, znacznie trudniej to przełknąć myślącemu czytelnikowi.
Analogiczny problem stanowi ekonomia wojen gwiezdnych. Po pierwsze: o co mieliby się bić? Po drugie: jakie wojny prowadzone na taką skalę byłyby w ogóle opłacalne? Hamilton jako powód destrukcji całych planet czy wręcz gwiazd podaje prawo do eksploatacji asteroidów bogatych w metale. Nieporównanie bardziej wiarygodne wydają mi się powody otwarcie bazujące na ludzkiej irracjonalności: czysto ideologiczne, religijne; ksenofobie kulturowe. Tak wyglądały Wojny Świtu u Reynoldsa, taka była wojna we „Wspomnij Phlebasa” Banksa. Ideologie z zasady żyją wszak wbrew rozumowi.
W przypadku niektórych space oper pretekstowość kosmicznej scenografii i świadome rozluźnienie rygorów logicznych przez autora rzucają się w oczy tak wyraźnie, że byłoby zgoła nieuczciwością recenzować je serio. Tak przedstawia się sytuacja cykli Davida Webera (batalistyka marynistyczna przemianowana na SF) czy Mike’a Resnicka (western w kostiumie SF), poniekąd także Lois McMaster Bujold (romans i przygoda w scenografiach SF). Na drugim biegunie znajdują się space opery „dla myślących”, szukające oryginalności i budujące intrygi na elementach nieprzetłumaczalnych z SF na inne konwencje: „Dominium Solarne” Kołodziejczaka, cykl hyperioński Simmonsa.
I Reynolds ze swoją „Przestrzenią Objawiania” lokuje się blisko tego krańca skali. Hamiltonowska „Dysfunkcja rzeczywistości” przesunięta jest ku przeciwnemu biegunowi, chociaż i tu widać, że autor miał frajdę z wymyślania różnych gadżetów i technologii: żywe statki, gen telepatii – same w sobie nie są to pomysły oryginalne, ale przynajmniej budują w miarę oryginalny świat. W sensie technologicznym są to bowiem space opery nowoczesne, oferujące „przyszłość aktualną”, tzn. dotrzymującą kroku wizjom współczesnej SF: virtual reality, zaawansowana inżynieria genowa, nanotechnologie, modyfikacje neuralne – to są już elementy obowiązkowe, które należy sensownie wpleść w obraz jutra, i Reynolds z Hamiltonem podejmują to wyzwanie (w odróżnieniu właśnie od Weberów, Bujold i Resnicków). Hamilton wykazuje się mniejszą konsekwencją, bardziej poddaje się tradycji konwencji „SF kolonizacyjnej” – ale jemu z kolei należy się duży plus za odwagę wprowadzenia pomysłu całkowicie wyłamującego się z konwencji, tzn. duchów, duchów w znaczeniu dosłownym (chociaż w części pierwszej nie jest on jeszcze rozwinięty).
Jak wszelako te dwie powieści prezentują się jako powieści? Gdyby za ocenę jakości literatury odpowiadał zmysł dotyku, „Przestrzeń Objawienia” spoczęłaby mi w dłoniach ciężką, kanciastą bryłą, kłującą skórę, nieporadnie skleconą dla zachowania jedności masy, niepotrzebnie dopełnioną ołowiem. „Dysfunkcja rzeczywistości” byłaby przedmiotem jeszcze większym, lecz miękkim, przyjemnym w kontakcie, spływającym przez palce długimi pasmami, z pozoru amorficznym. Co ja usiłuję w ten sposób powiedzieć: „Dysfunkcja” to zgrabne czytadło; „Przestrzeń” lekko zniechęca drewnianym językiem i mechaniczną narracją. Zapewne jest to naturalna różnica między debiutantem a pisarzem mającym na koncie już kilka pokaźnych tomiszczy.
Obaj autorzy poddali się natomiast owej modzie we współczesnej epice, nakazującej rozsnucie opowieści na maksymalną ilość wątków i bohaterów. W „Przestrzeni” jest to o tyle konfundujące, że, z uwagi na opóźnienia relatywistyczne, nawet ciągłość czasu nie zostaje zachowana. Na dodatek jest to jedno z najmniej starannie zredagowanych wydawnictw MAG-a.
Obie książki stanowią też fragmenty większych całości (choć „Przestrzeń” jest bardziej samodzielna od „Dysfunkcji”). Czy mam ochotę na ich ciąg dalszy? Tak, chociaż dla częściowo różnych przyczyn: Reynoldsa – dla poznania dalszych tajemnic jego świata; Hamiltona – także dla jego bohaterów i ciekawości rozwoju intrygi. Największa część wspólna to tło: kosmos, artefakty Obcych, dzikie planety, melanż ekscentrycznych technologii, rozmach fantastycznej kreacji. Polecam więc te powieści warunkowo; każdy sam musi sobie bowiem odpowiedzieć na pytanie, jakiego rodzaju dreszczy szuka w literaturze i właściwie co takiego fascynuje go w fantastyce.
koniec
1 marca 2003

Komentarze

18 III 2011   18:06:53

Za długa ta recenzja i ciężko dobrnąć do końca.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Mała Esensja: Zagadka królowej myszy - recenzja
Marcin Mroziuk

20 IV 2019

W „Zagadce królowej myszy” – podobnie jak w poprzednich tomach „Detektywów z Tajemniczej 5” – młodzi czytelnicy mogą obserwować swoich rówieśników, którzy na własną rękę próbują rozwiązać interesującą zagadkę kryminalną. Warto dodać, że tym razem Marta Guzowska przy okazji przemyca też trochę informacji o Oldze Boznańskiej, gdyż to właśnie jej obraz zostaje skradziony.

więcej »

Zakochani i buntownicy
Joanna Kapica-Curzytek

17 IV 2019

Powieść „mówi” Szekspirem i rozbrzmiewa piosenkami Eda Sheerrana. „Niespodziewanie jasna noc” można uznać za manifest pokoleniowy dwudziestolatków. Młodym ludziom zawsze niełatwo jest pogodzić swoje marzenia z rzeczywistością współczesnego świata.

więcej »

Pani detektyw Delicado
Joanna Kapica-Curzytek

13 IV 2019

Ósmy tom barcelońskiej serii kryminalnej z parą detektywów Petrą Delicado i Ferminem Garzanem przykuwa uwagę ciekawym historycznym kontekstem. Ale akcja „Milczenia krużganków” i finał zwracają się zupełnie w inną stronę.

więcej »

Polecamy

Kto tu jest chory?

Na rubieżach rzeczywistości:

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Prawda Absolutna kontra prawdy subiektywne
— Marcin Knyszyński

Gra w życie
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.