Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 28 maja 2020
w Esensji w Esensjopedii

Philip K. Dick
‹Na terenie Miltona Lumky’ego›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNa terenie Miltona Lumky’ego
Tytuł oryginalnyIn Milton Lumky Territory
Data wydania14 marca 2001
Autor
PrzekładRadosław Kot
Wydawca Rebis
ISBN83-7120-921-5
Format240s. 125×195mm
Gatunekobyczajowa
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Dziwne stany Ameryki
[Philip K. Dick „Na terenie Miltona Lumky’ego”, Lawrence Sutin „Philip K. Dick: Boże inwazje”, Philip K. Dick „Labirynt śmierci” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Na terytorium Miltona Lumky’ego” nie jest najlepszą powieścią Dicka. Nie jest to nawet dobra powieść. A na domiar złego, nijak nie da się jej przykleić etykietki z napisem fantastyka.

Marcin Wróbel

Dziwne stany Ameryki
[Philip K. Dick „Na terenie Miltona Lumky’ego”, Lawrence Sutin „Philip K. Dick: Boże inwazje”, Philip K. Dick „Labirynt śmierci” - recenzja]

„Na terytorium Miltona Lumky’ego” nie jest najlepszą powieścią Dicka. Nie jest to nawet dobra powieść. A na domiar złego, nijak nie da się jej przykleić etykietki z napisem fantastyka.
Ameryka nie jest ani snem, ani rzeczywistością, lecz hiperrzeczywistością. Hiperrzeczywistością zaś jest dlatego, że powstała jako od początku urzeczywistniona utopia. Wszystko jest tu rzeczywiste i pragmatyczne, ale jednocześnie nie daje pewności, że to nie sen.
— Jean Baudrillard „Ameryka”1)

Philip K. Dick
‹Na terenie Miltona Lumky’ego›

EKSTRAKT:40%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNa terenie Miltona Lumky’ego
Tytuł oryginalnyIn Milton Lumky Territory
Data wydania14 marca 2001
Autor
PrzekładRadosław Kot
Wydawca Rebis
ISBN83-7120-921-5
Format240s. 125×195mm
Gatunekobyczajowa
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
I
„Na terytorium Miltona Lumky’ego” nie jest najlepszą powieścią Dicka. Nie jest to nawet dobra powieść. A na domiar złego, nijak nie da się jej przykleić etykietki z napisem fantastyka. Rodzi się więc pytanie czy warto ją w ogóle. Odpowiedź jest prosta: TAK! TAK! TAK! Powód jest jeden ale za to bardzo istotny: przy całym zalewie chałowatej ohydy o smoczo-gnomo-elfich bzdurach, grafomanii i ogólnym amoku wydawców, którzy zdają się brać udział w zawodach o to, który z nich wyda jak najwięcej jak najgłupszych tytułów, miło wziąć do ręki książkę, po przeczytaniu której nie ma się torsji i która wbrew wszystkiemu udowadnia, że pisarze SF miewają coś istotnego do powiedzenia.
Nie polecam „Miltona Lumk’yego” tym, dla których najważniejsze w książkach są wartka akcja, humor, czy nieprzewidziane perypetie bohaterów. Nie jest to też powieść dla ludzi rozmiłowanych we wszelakiego rodzaju UFOkach, tudzież innych porażających bulwach z kosmosu. Nie ma tam także dynastycznych intryg, walk o magiczne duperele ni olśniewających brodatych dziadów, zwanych potocznie magami. Ku pewnemu zaskoczeniu nieletnich fanów Dicka, nie znajdziemy tam również żadnej wzmianki o narkotykach (no dobra, jest jedna: przekręcony skrót nazwy jednego z mormońskich kościołów), ani żadnej postaci z rozdwojeniem jaźni.
Aby jeszcze bardziej was zniechęcić, muszę napisać wprost, że jest to powieść OBYCZAJOWA! Fuj, no nie? O MIŁOŚCI! Błee! I o wielkiej SAMOTNOŚCI! Ohyda, co?
Wszystkim tym, którzy zdecydowali się porzucić czytanie tego artykułu, życzę miłego dnia i jak najszybszego wydania kolejnego tomu Dragonlance aby mieli czym zabić swój niesmak, natomiast resztę (tak, do was dwóch mówię!) zapraszam na przechadzkę przez świat Dicka.

Lawrence Sutin
‹Philip K. Dick: Boże inwazje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPhilip K. Dick: Boże inwazje
Tytuł oryginalnyDivine Invasions: A Life of Philip K. Dick
Data wydania1999
Autor
PrzekładLech Jęczmyk
Wydawca Zysk i S-ka
ISBN83-7150-468-3
Format456s. 130×200mm; oprawa twarda
Cena39,—
Gatunekbiograficzna / wywiad / wspomnienia
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
II
Dick nie miał szczęścia do swoich głównonurtowych powieści. Większość z nich była z miejsca odrzucana przez kolejnych wydawców, a te, które się ukazały, zbierały jak najgorsze recenzje. Część z nich w ogóle zaginęła i najprawdopodobniej już nigdy nie danym im będzie zmienić się w luksusowy produkt, zalegający na półkach z tanią książką. W amerykańskich recenzjach mainstreamowych powieści Dicka z lat 50-ych i 60-ych (a do tych właśnie zalicza się „Na terytorium Miltona Lumky’ego”) jak buddyjska mantra powtarzają się stwierdzenia typu: mętna, rozwlekła, nudna, ponura czy nierówna. Nawet taki fanatyk jak Sutin w swoich „Bożych inwazjach” nie pozostawia na nich suchej nitki. A ja, szara myszka, ze środka Europy, będę jednak się upierał jak wół, że „Człowiek o jednakowych zębach” (The Man Whose Teeth Were All Exactly Alike /1960/) i „Na terytorium Miltona Lumky’ego” (In Milton Lumky Territory /1958-59/) w niczym nie odbiegają jakościowo od pozostałych dokonań tego pisarza – także tych ortodoksyjnie fantastycznych.
„Milton Lumky” jest, jak już powiedziałem, opowieścią o miłości, ale także jest pewnego rodzaju portretem: portretem Ameryki okresu stagnacji, portretem Ameryki w przeddzień rewolucji obyczajowej, obrazem świata, który powoli odchodzi w niepamięć (gwoli ścisłości: w naszej pamięci to on prawie w ogóle nie zaistniał). W warstwie fabularnej nie dzieje się w tej opowieści praktycznie nic. Ot, taka sobie wynudzona historyjka o akwizytorach i nauczycielce. Ale też nie w fabule tkwi największa wartość tej książki.
Opis Ameryki w „Miltonie Lumky’m” może zaskoczyć naszych zapalonych amerykanofilów wychowanych na fotokomiksach typu „Melrose Place”. Nie znajdziemy tu żadnego splendoru, żadnych olśniewających cudów techniki, żadnego Disney’a czy keep smiling. Jest to Ameryka małych miasteczek, kraina przeniesiona jakby wprost z obrazów jednego z największych amerykańskich mistrzów realizmu malarskiego – Edwarda Hoppera. Oprócz podobnej tematyki, obu twórców łączą jeszcze inne konotacje. Jak pisze Barbara Rose: „(…) Jego [Hoppera] bezpretensjonalne obrazy, wyzbyte dążeń do heroizacji stwarzają trwałą i przekonującą wizję świata. Hopper obcując z banałem, nie ucieka się do szyderstwa czy ironii (…), on naprawdę rozumie tych zwykłych szarych spracowanych ludzi, którzy jedzą w kafeteriach i nocnych barach, mieszkają w umeblowanych pokojach hotelowych i którym życie nie przynosi wielkich, dramatycznych doznań, rozumie tych, którzy zażywają chwilowego odpoczynku czy rozrywki grzejąc się w słońcu na gankach albo w kinie. U Hoppera nawet pusty pokój jest tematem pełnym znaczeń.”2) Wystarczy teraz w powyższym cytacie zamienić Hoppera na Dicka i malarstwo na twórczość literacką, a dostaniemy wtedy pełny obraz Ameryki z „Na terytorium Miltona Lumky’ego.”
Bohaterowie tej powieści są zupełnie zwyczajnymi osobami, które starają się odnaleźć swoje miejsce w świecie. Zajmują się pracą, zakupami, interesami czyli najzwyklejszym telenowelowym życiem. I wszystko byłoby jak w tradycyjnym Harlequinie, gdyby nie konstrukcja głównego bohatera. Otóż Bruce „Skip” Stevens jest człowiekiem kompletnie pozbawionym warstwy emocjonalnej. Idzie przez życie kierując się wyłącznie ratio, analizując wszystko „na zimno”, bez jakichkolwiek uczuć. Stevens niezależnie od tego, czy podejmuje decyzje dotyczące ubicia kolejnego interesu, czy też decydując się na małżeństwo ze starszą od niego o 11 lat Susan, (która, notabene, była jego nauczycielką w szkole podstawowej), nie ma w sobie za grosz spontaniczności. Jest zimny, racjonalny i zamknięty w sobie. Konstrukcja tego bohatera momentalnie kojarzy się z inną postacią literacką, z głównym protagonistą powieści Maxa Frischa „Homo Faber”. Tam też, zimny racjonalista, intelektualnie nastawiony do świata inżynier (nie będę ściemniał, że pamiętam jak się nazywa, a nie chce mi się wstać żeby sprawdzić w biblioteczce) staje w obliczu katastrofy, którą w tym wypadku jest śmierć córki. U Frischa bohater przechodzi metamorfozę, Dick jednak nie wierzy w cudowne nawrócenie. Mimo porażki w interesach, mimo ekspresowego rozpadu małżeństwa (oh, shit – zdradziłem zakończenie – sorry!) Stevens pozostaje niewzruszony i do końca trwa we władzy logosu. Nie interesują go zupełnie inni ludzie, traktuje ich wręcz utylitarnie – pojawia się piękny pasaż, w którym Stevens rezonuje na temat swojego małżeństwa i przewidywanych korzyści wypływających z tego faktu. W gruncie rzeczy, Stevens jest jedną z najbardziej samotnych postaci w dziejach literatury, ale jest samotny samotnością specyficzną, można by rzec – typowo amerykańską. Aby trochę przybliżyć wam, czym jest owa amerykańska samotność, kolejny cytat:
„(…) Tysiące samotnych ludzi, biegnących bez celu i bez oglądania się za siebie, w oparach stereofonicznego fluidu, który wylewa im się z głów przez oczy, to już świat Łowcy androidów, to już świat po katastrofie. Pozostać niewrażliwym nawet na piękno naturalnego światła Kalifornii albo na ciągnący się przez dziesięć mil ogromny pożar, niesiony z gór podmuchem ciepłego wiatru i spowijający dymem platformy naftowe off-shore, nic z tego nie zauważać i tylko uparcie biec przed siebie pod razami limfatycznego biczowania, dopóki nie nadejdzie ofiarne wycieńczenie – oto znak zza grobu. Jak otyły, który wciąż tyje, jak płyta, która się zacięła, jak komórka rakowa, która się rozrasta, jak wszystko, co zapomniało hasła stop. Całe tutejsze społeczeństwo, ze swą czynną i twórczą częścią włącznie, ciągle biegnie przed siebie, bo nie pamięta hasła stop.”3)
Taki właśnie jest Skip Stevens: zabiegany, zapracowany, goniący za kolejnymi bezsensownymi – z naszego punktu widzenia – celami. Nie znajduje chwili na refleksję, nie przystaje nawet na moment. Jego świat składa się z ruchu, przestrzeni i kolejnych kilometrów do przejechania. Jadąc przez Amerykę, nie zauważa niczego, nie interesuje go mijany krajobraz. Symptomatyczna jest też jego niechęć do pustyni, jego nienawiść do Nevady – bowiem to on sam jest największą amerykańską pustynią.
Oprócz wspomnianej już tutaj sceny w której Stevens deliberuje nad swoim małżeństwem, pojawiają się jeszcze dwa momenty, które dopełniają jego charakterystyki.
W pierwszej z tych scen widzimy naszego bohatera, gdy po kilkuletniej absencji powraca do rodzinnego domostwa. Dzieje się to w kilka dni po ślubie, więc czytelnik spodziewa się, że cała ta wizyta ma na celu poinformowanie rodziców o zaistniałym fakcie. Nic z tego. Stevens zostawia świeżo poślubioną małżonkę w samochodzie przed domem, a sam wpada do środka, gdzie, zaraz na wstępie, zaczyna żądać pieniędzy. Dopiero gdy otrzymuje czek na tysiąc dolarów, przedstawia Susan rodzicom. Pomiędzy Brucem a rodzicami nie ma żadnych więzi, nie łączy go z nimi kompletnie nic. W jego mniemaniu są oni tylko i wyłącznie osobami, które od czasu do czasu mogą podreperować stan jego finansów i poza tym nie chce mieć z nimi żadnego kontaktu. W podejściu do tej pary steranych życiem staruszków, Stevens wykazuje taka samą ,wyjałowioną z emocji postawę, jak w kontaktach biznesowych.
Kilkanaście stron dalej widzimy go w trakcie podroży do San Francisco. Wraz z tytułowym Miltonem Lumky’m wyruszają w 800 milową trasę by zdobyć tanie maszyny do pisania. Milton Lumk’y jest akwizytorem, długoletnim przyjacielem Susan i ciężko choruje na nerki. W trakcie jazdy próbuje sprowokować Bruce’a do otwarcia się, do przyznania iż droga, którą obrał Stevens jest zła i do nikąd nie prowadzi. Stevens reaguje histerycznym śmiechem. Gdy tego samego dnia lądują w przydrożnym moteliku, Lumky’ego powala nagły atak choroby. Dla Bruca interes okazuje się jednak ważniejszy, a jedynym argumentem, który go powstrzymuje przed natychmiastowym wyjazdem jest fakt, iż bez Lumky’ego interes ten będzie zawarty na dużo mniej korzystnych warunkach. W końcu jednak chęć zysku przeważa i, pozostawiwszy Miltona w motelu, Stevens wyrusza w dalszą drogę.
Bruce Stevens jest jedną z najbardziej sugestywnych postaci Dickowego uniwersum. W niczym nie odbiega od tak przejmujących kreacji, jakimi są, wspomniany już tutaj Palmer Edritch, Deckard czy Nobosuke Tagomi. Mimo pozbawienia jego historii całego fantastyczno-naukowego sztafażu, wyczuwa się w nim ten element obcości, ten efekt kompletnego niedopasowania do zastanej rzeczywistości. Tak samo jak Eldritch, Stevens jest okrutnym manipulatorem, który nie liczy się z nikim i niczym. Nie zważając na powodowane szkody i bezustanne okaleczanie psychiki związanych z nimi ludzi, obaj dążą do obranych celów. U Eldritcha jest to potrzeba dominacji nad innymi, a u Stevensa objawia się to pragnieniem zaspokojenia własnego egoizmu. Tylko on ma prawo być we wszystkim najlepszy i tylko on ma we wszystkim rację. W wyniku tego obaj przez cały czas są samotni i nie potrafią z ową samotnością zupełnie sobie poradzić. Stevens niszczy samego siebie, nie potrafiąc wydostać się z magicznego kręgu, tworzonego przez jego własne pragnienia.. Doprowadza go to wreszcie do rozpadu całego jego świata.
Katalizatorem tego rozpadu staje się konfrontacja ze światem Susan. Jej świat jest zjawiskiem kompletnie nie do pojęcia dla Stevensa. Nieszczęściem tych postaci jest fakt, iż obie obdarzył Dick równie silnymi i upartymi osobowościami, co już na samym wstępie zapowiada brak możliwości jakichkolwiek kompromisów. Bruce nie poddaje się do samego końca ale, postawiony przed faktem coraz większego ograniczania własnego ego, decyduje się na ucieczkę. Po raz kolejny wybiera samotność i odizolowanie od świata.

Philip K. Dick
‹Labirynt śmierci›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLabirynt śmierci
Tytuł oryginalnyA Maze of Death
Data wydania1997
Autor
PrzekładArkadiusz Nakoniecznik
Wydawca Rebis
ISBN83-7120-410-8
Format200s. 135×200mm
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
III
Teraz się przyznam:
Philip K. Dick jest moim ulubionym pisarzem SF. To przez kontakt z „Labiryntem śmierci” wyleczyłem się z zadawnionej niechęci do całego gatunku, spowodowanej traumatycznym urazem, gdy w czwartej klasie szkoły podstawowej, nadgorliwa pani pedagog kazała nam czytać „Bajki robotów”. Po trzeciej opowiastce zapadłem w gorączkowej malignie i, krzycząc „Mamo, ten pan mnie straszy!”, zemdlałem. Od tego czasu, aż po osiemnasty rok życia, na hasło fantastyka reagowałem spazmatycznymi torsjami. Aż pojawił się Dick, kupiony zupełnie przypadkiem w jakiejś „taniej książce”.
To był świat skrojony na moją miarę. Fascynująca mieszanka paranoi, psychodelii i taniego mistycyzmu totalnie wpasowała się w mój ogląd rzeczywistości. I dokonał tego pisarz wywodzący się z gatunku, który dotąd uważałem za monstrualny płód sfrustrowanych maniaków, którzy śnią o zmutowanych istotach dybiących na nasz świat.
Od tego momentu było już z górki. Asimov, Herbert, Zelazny, Simak, Niven. Żaden ze starych mistrzów nie zdołał jednak dorównać Dickowi. Nikt nie był w stanie wykreować równie sugestywnej wizji świata i człowieka. I dlatego też, ta recenzja nie jest obiektywna. Człowiek, który w Dicku nie jest fanatycznie rozmiłowany, po przeczytaniu” Miltona Lumky’go”, dojdzie do wniosku, że jest to taka sobie chałowata historyjka o niczym – i co najgorsze, fatalnie napisana. I poniekąd będzie miał rację. Lecz ja jednak pozostanę przy swoim i będę się upierał, że jest to książka warta przeczytania – czego wielu innych nie da się powiedzieć. Zachęcam więc do lektury, jednocześnie ostrzegając, że może zakończyć się rozczarowaniem.
Ocena:
Dla antydickowców: 1
Dla pozostałych: 4
Dla mnie: 10
koniec
1 maja 2001
1) Jean Baudrillard „Ameryka”, tłum. Renata Lis, wyd. Sic, 1998 s. 40
2) Barbara Rose „Malarstwo amerykańskie dwudziestego wieku”, tłum. Halina Andrzejewska, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, 1991, ss.52-53
3) Cytat ów pochodzi z książki „Ameryka” wybitnego francuskiego filozofa i socjologa Jeana Baudrillarda i nieprzypadkowo powiązałem go z Dickiem. Oprócz przywołania przez Baudrillarda tytułu „Łowcy androidów” między oboma panami pojawiają się też o wiele głębiej sięgające konotacje. Jedną z nich jest pojęcie „simulacrum” czyli „operacji gdzie zamiast realnego procesu na pierwszy plan wysuwa się jego operacyjny sobowtór”. Wystarczy przypomnieć sobie „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, „Ubika” czy „Klany księżyca Alfy” by natychmiast rozpoznać ów schemat.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

PRL w kryminale: Kuszenie majora Downara
Sebastian Chosiński

28 V 2020

Opublikowany pierwotnie na łamach prasy „Detektyw z Mediolanu” był dziesiątą powieścią Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego, w której jako prowadzący śledztwo oficer Milicji Obywatelskiej pojawił się Stefan Downar. Po raz pierwszy było mu dane ścigać przestępców, mając na pagonach dystynkcje majora. A przecież poznaliśmy go nie tak dawno – zaledwie sześć lat wcześniej – w stopniu porucznika.

więcej »

Jak szmirus ze szmirusem
Joanna Kapica-Curzytek

27 V 2020

Raptularz, dziennik, łże-dziennik – tak właśnie nazywał autor tom swoich zapisków wydanych pod tytułem „Kalendarz i klepsydra”. To bez wątpienia coś więcej, a to „coś” okazuje się w dodatku zaskakująco aktualne.

więcej »

Krótko o książkach: Świat na opak
Miłosz Cybowski

26 V 2020

Nominowany do Hugo i nagrodzony BSFA „Odwrócony świat” Chrostophera Priesta to solidna porcja fantastyki w stylu retro, która jednocześnie zadaje jak najbardziej aktualne pytania o naszą percepcję rzeczywistości.

więcej »

Polecamy

Wszyscy jesteśmy androidami

Na rubieżach rzeczywistości:

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Narkotykowy trip z robalami w rolach głównych
— Sebastian Chosiński

Wasale i robale
— Katarzyna Piekarz

Wzloty i upadki
— Katarzyna Piekarz

Staronarodzeni i złowrodzy agenci Biblioteki
— Anna Nieznaj

Ziemia zginie. Na milion sposobów
— Jacek Jaciubek

Wyprawa poprzez umysły
— Jacek Jaciubek

Kopalnia pomysłów
— Jacek Jaciubek

Esensja czyta: Październik 2013
— Kamil Armacki, Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Paweł Micnas, Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Lipiec 2013
— Miłosz Cybowski, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Daniel Markiewicz, Paweł Micnas, Beatrycze Nowicka, Agnieszka Szady, Konrad Wągrowski

Moje paranoje
— Jacek Jaciubek

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.