Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 7 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Clive Barker
‹Wąwóz Kamiennego Serca›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWąwóz Kamiennego Serca
Tytuł oryginalnyColdheart Canyon
Data wydania26 października 2003
Autor
PrzekładWojciech Szypuła
Wydawca MAG
ISBN83-89004-59-3
Format623s. 115x180mm
Cena40,-
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Zagubiony orgazm
[Clive Barker „Wąwóz Kamiennego Serca” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Na odwrocie okładki „Wąwózu Kamiennego Serca” Clive’a Barkera wydawca umieścił kilka zadań Quentina Tarantino, uznając widać, że reżyser „Od świtu do zmierzchu” powinien być znany miłośnikom horroru. Dawniej na tyłach książek Barkera widniały pochlebne słowa Stephena Kinga. Ów zwrot jest zapewne zwykłą sztuczką marketingową, lecz mnie wydaje się symboliczny.

Qualis

Zagubiony orgazm
[Clive Barker „Wąwóz Kamiennego Serca” - recenzja]

Na odwrocie okładki „Wąwózu Kamiennego Serca” Clive’a Barkera wydawca umieścił kilka zadań Quentina Tarantino, uznając widać, że reżyser „Od świtu do zmierzchu” powinien być znany miłośnikom horroru. Dawniej na tyłach książek Barkera widniały pochlebne słowa Stephena Kinga. Ów zwrot jest zapewne zwykłą sztuczką marketingową, lecz mnie wydaje się symboliczny.

Clive Barker
‹Wąwóz Kamiennego Serca›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWąwóz Kamiennego Serca
Tytuł oryginalnyColdheart Canyon
Data wydania26 października 2003
Autor
PrzekładWojciech Szypuła
Wydawca MAG
ISBN83-89004-59-3
Format623s. 115x180mm
Cena40,-
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Clive Barker to niegdyś młody gniewny prekursor horrorowego splattera a potem twórca powieści porównywanych z dokonaniami samego Kinga. Barker bowiem w niezwykły sposób zdołał połączyć swoje splatterpunkowe, krwawe korzenie z dobrą, rzetelną i błyskotliwą tkanką prozy. Było to coś, czego nie miał King, który wolał budować fabułę bardziej subtelnymi, długimi pociągnięciami słowa. Było to także coś, czego brakowało masowym produkcjom horrorowym (w stylu Grahama Mastertona czy niesławnego Guya Smitha) utopionym we wnętrznościach, spermie i ketchupie lecz pozbawionych w gruncie rzeczy większego sensu (nie mówiąc już o innych walorach literackich). Takie tytuły jak: „Kobierzec”, „Potępieńcza gra” czy „Wielkie Sekretne Widowisko” potwierdzały opinię polskiego czytelnika o klasie Barkera, który właśnie obok Kinga (i może jeszcze innego klasyka: Petera Strauba oraz, ostatnio, Kathe Koja) zdołał zrobić z gatunku „horror” i standardowych, stereotypowych elementów horrorowej scenografii, porządną literaturę. Barker wracając po latach z nową powieścią, musiał wiedzieć, iż mierzy się z swoją legendą – a jest to rzecz, jakiej nie warto robić, nie będąc absolutnie pewnym sukcesu…
„Wąwóz Kamiennego Serca” korzysta z typowego elementu prozy Barkera – Magicznego Katalizatora. Może to być, słynna już, kostka Cenobitów, Gobelin – czy, jak w przypadku omawianego tytułu, komnata wyłożona magicznymi kafelkami. Otwiera ona pewną przestrzeń wydarzeń – dając bohaterom nowe możliwości i początkowo nie upominając się zbyt nachalnie o swoją cenę (choć oczywiście cena taka istnieje…). Komnata jest osią, wokół której toczą się wydarzenia książki, a w jej fabularne sieci zaplątują się: znany aktor filmów akcji, jego gruba fanka i tajemniczo-wampiryczna była gwiazda z lat 30.
Oto zarys romansu: komnata, bohater, zła kusicielka i kopciuszek. Towarzyszy im kilka innych postaci, będących w zasadzie bardziej karykaturami profesji z Hollywood; agentka i producent filmowy. Wszyscy są wprowadzani na scenę praktycznie od razu, więc nie znajdziemy w „Wąwozie” nic z powolnego narastania grozy (a’la King) czy tajemniczej neurastenii zagrożenia (a’la Koja). Przestrzeń fabularna książki nie jest tak „duża” jak w poprzednich tytułach Barkera, przywodzi bardziej na myśl jedno z jego pierwszych dzieł – „Cabal” (czy też, opowiadania z serii „Księga Krwi”). Wyraźnie brakuje tu charakterystycznego „oddechu” dobrej prozy, która tworzy detaliczny w szczegółach, samodzielny świat (King uwielbia to robić). Autor jakby o tym zapomniał, tworząc coś na kształt monstrualnego (ponad 600 stron!) opowiadania, nie będąc go wszakże w stanie wypełnić przekonywającą, bogatą warstwą – przestrzeń pomiędzy bogatymi dzielnicami Los Angeles, willą na pustyni a światem Komnaty Diabła jest w istocie rzeczy maleńka…
Miłośnika nie tylko Barkera, a w ogóle dobrej literatury (choć może mniej czystego horroru), rozczarują przede wszystkim manekinowate, papierowe postacie. A przecież to człowiek tworzy przekonywającą fikcję prozy i to stworzenie człowieka przez autora książki jest prawdziwym dziełem bożym. Czytając zaś „Wąwóz” nie można się oprzeć wrażeniu, iż mamy do czynienia z karykaturami, pastiszami kulturowych stereotypów, a nie z żywymi ludźmi. Jest świętym prawem autora, tworzyć w sposób, jaki mu się żywnie podoba, tak samo jak jego świętym prawem jest tworzenie parodii, ale powstaje wyraźny zgrzyt, kiedy reszta scenografii stworzonego świata wcale na parodię nie wygląda. Todd, główny bohater niby miota się, czy może lepiej: tapla się w niskiej samoocenie – lecz czuje się przecież, że to nie on się tapla, lecz stereotypowa opinia o całej otoczce tworzenia filmów akcji czy miernocie intelektualnej produkcji filmowej rodem z Hollywood. Bohater czuje boleśnie kontrast pomiędzy swoim wizerunkiem na ekranie jako Herosa Akcji a realnym, pustym życiem, pomiędzy wypracowanym w siłowni wyglądem a mało ciekawym wnętrzem. Kontrast ów jest bardziej krytyką schizofrenii pop kultury z jej wyrafinowaną, starannie zaprojektowaną „żywiołową prostotą” niż czymkolwiek innym, a już najmniej prawdziwą próbą docieczenia przyczyn takiego stanu ducha Todda. Nie mówiąc już o tym, iż takie rozterki bardziej pasują dwunastolatkowi, któremu właśnie wyskoczył pierwszy pryszcz na nosie, niż dorosłemu facetowi. Ogólnie mówiąc, bohater zachowuje się jak gdyby nagle trafił do XXI wieku, nagle znalazł się w Hollywood, nagle odkrył znaczenie słowa „marketing”, myśląc przy tym, iż „bezrobocie” to wietnamska potrawa. Jest to absolutnie nieprzekonywające i nasuwa nieprzyjemne podejrzenia już nie li tylko o „papierowość” charakteru, lecz, co gorsza, o jego „ideologiczność”. A nie ma nic paskudniejszego dla literatury, niż ideologia, ponieważ zmusza ona czytelnika do zaprzestania myślenia – czytelnik ma już tylko słuchać…
Charakter Todda podkreślany jest przez, równie stereotypowe, postacie: Maxime, kobiety-agenta, oczywiście bezwzględnej i twardej – co wyraża się, między innymi, w kilku mało soczystych przekleństwach przez nią rzuconych – oraz Eppstadta, producenta bezwzględnego, oczywiście cynicznego, oczywiście żydowskiego, który także nie omieszka sobie pokląć bez większego przekonania. A proszę Barkera, kląć także trzeba umieć… W książce występuje mnóstwo innych nazwisk, część z nich jest znanych, a część zapewne stanowi zamierzone aluzje – ale dla czytelnika nie żyjącego plotkami Hollywood, nie czytającego „Gali” czy „Życia na gorąco” – owe niewinne gierki słowne nie mają większego znaczenia, poza ponownym wzmocnieniem wrażenia, iż Barker chciał pisać horror, a zaczęła mu wychodzić powieść-satyra dla znajomych. W tym kontekście Tarantino na tylnej okładce książki nagle zyskuje swoje właściwe znaczenie.
Wiarygodność drugiego z bohaterów książki – demonicznej Katyi – Barker opiera, niestety także zbyt niebezpiecznie, na stereotypie niewinnej z pozoru gwiazdy z końca ery kina niemego, która wszakże w zaciszu domowym staje się seksualnym huraganem. O ile brak sensowych motywów działania Todda można wytłumaczyć od biedy jego tłumokowatością tudzież niskim stopniem inteligencji, to czymże można usprawiedliwić Katyę? Jej zachowanie pozostaje niejasne – kobieta doświadczona, inteligentna, a zadurza się w Toddzie. Kobieta, która nie może się zdecydować, czy jest prawdziwą dominą ­- czy też nie – szalenie łatwo rezygnuje z gier seksualnych, by kiedy indziej przypisywać im bardzo ważną moc. Jej niepewność pasowałaby do niepewności Todda – i razem tworzyliby dobrą, wiarygodną parę – gdyby co rusz nie niszczyły tego ich zdecydowane działania i deklaracje. Todd równie zdecydowanie jej ulega jak i się jej sprzeciwia, a Katya właściwie nie wie, co ma z sobą robić…
Na tle tej dwójki znakomicie wypada skromna grubaska Tammy i co ciekawe, jest to postać właściwie nie-hollywoodzka, w której widać echo pazura charakterologicznego Barkera. Tammy, zwłaszcza pod koniec książki, jest postacią żywą, przekonującą i staranie nakreśloną. Właśnie to na jej tle główni bohaterowie zyskują swoją papierowość i nienaturalność. Nie sądzę przy tym, aby był to celowy zabieg pisarza, kontrastujący świat Hollywood z „resztą” populacji, bowiem zdaje się on zbyt poważnie traktować swoich głównych bohaterów (Todda i Katyę). Trzeba przyznać Barkerowi, iż nie zniżył się do rozwiązań, z których kpi i rzecz cała nie kończy się typowym happy endem – a rola Tammy także nie odpowiada roli zazwyczaj przypadającej podobnym postaciom w horrorach…
Sama Tammy nie jest w stanie uratować nastroju książki – główne postacie są zbyt irytujące swoją „papierowością”. Todd – tłumok z egzystencjalnymi problemami – których, nota bene, nie powinien mieć, skoro jest osobą o takim ilorazie inteligencji i charakterze. Katya nimfomanka i domina, która wszakże nie jest w stanie usidlić Todda – i nic w tym dziwnego, skoro robi to tak nieprzekonywająco, albo przeciwnie, jest to tym bardziej dziwne, im entuzjastyczniej Todd jej początkowo ulega…. Jeżeli Barker „gubi” u Todda jeden jego orgazm, to chyba świadczy o zamotaniu, „niedorobieniu” głównych postaci, snujących się tak, jak każe im nieprzekonywająca linia stereotypu. Co zabawniejsze, Todd przypomina sobie o swoim zagubionym orgazmie z 20 stron dalej po fakcie, lecz nie ma to żadnych sensownych konsekwencji, budząc po prostu śmiech. Psychologia bohatera nie musi być wcale „naukowa”, prawdę mówiąc nigdy taka być nie powinna, wystarczy tylko, aby nie pozwalała mu obrócić się w martwy papier…
1 2 »

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Sen o słodkiej Francji
Beatrycze Nowicka

7 XII 2021

Tym razem nietypowo – słów kilka o powieści obyczajowej czyli „Madame” Antoniego Libery.

więcej »

Pada śnieg, pachną świąteczne wypieki…
Joanna Kapica-Curzytek

6 XII 2021

W powieści „Kochany Święty Mikołaju” odnajdziemy wszystkie tradycyjne bożonarodzeniowe motywy. I nawet jeśli dobrze wiemy, co w niej znajdziemy, nic nie szkodzi; bo przecież w święta szczególnie chętnie wracamy do tego, co dobrze znamy.

więcej »

Każdy ma swoje demony
Marcin Mroziuk

5 XII 2021

Dla młodych czytelników lektura „Chuligani” jest okazją do poznania problemów rówieśników, którym życie nie rozpieszcza. Katarzyna Ryrych kreśli tutaj z dużą empatią intrygujący portret nastolatki muszącej stawić czoło światu po śmierci rodziców.

więcej »

Polecamy

Pogrzeb pośród mgławic

Stulecie Stanisława Lema:

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.