Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 października 2020
w Esensji w Esensjopedii

Alan Akab
‹Świat pułapka. Lekcja przetrwania›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułŚwiat pułapka. Lekcja przetrwania
Data wydania18 sierpnia 2015
Autor
Wydawca RW2010
ISBN978-83-7949-142-1
FormatPDF
Cena15,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz czytniki w
Skąpiec.pl
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup

Nudna lekcja fantastyki
[Alan Akab „Świat pułapka. Lekcja przetrwania” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Nie udało mi się znaleźć informacji o tym, czy „Świat pułapka. Lekcja przetrwania” Alana Akaba jest porzuconym początkiem cyklu, czy może powieść doczekała się następnej części – konwencja przygód Wybrańca wskazuje na to, że autor być może przewidywał kontynuację, w której Nordon dokonałby czegoś znaczącego. „Lekcja przetrwania” była dla mnie jednak na tyle nudną i irytującą lekturą, że nie wybieram się na następne zajęcia.

Zofia Marduła

Nudna lekcja fantastyki
[Alan Akab „Świat pułapka. Lekcja przetrwania” - recenzja]

Nie udało mi się znaleźć informacji o tym, czy „Świat pułapka. Lekcja przetrwania” Alana Akaba jest porzuconym początkiem cyklu, czy może powieść doczekała się następnej części – konwencja przygód Wybrańca wskazuje na to, że autor być może przewidywał kontynuację, w której Nordon dokonałby czegoś znaczącego. „Lekcja przetrwania” była dla mnie jednak na tyle nudną i irytującą lekturą, że nie wybieram się na następne zajęcia.

Alan Akab
‹Świat pułapka. Lekcja przetrwania›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułŚwiat pułapka. Lekcja przetrwania
Data wydania18 sierpnia 2015
Autor
Wydawca RW2010
ISBN978-83-7949-142-1
FormatPDF
Cena15,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz czytniki w
Skąpiec.pl
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Wyszukaj / Kup
Początek powieści zawiera dwa zdania, które niepodejrzewający niczego czytelnik może łatwo zignorować: „(…) nie chcę niczego ułatwiać, jeśli idzie o rozrywkę lub zabawę. Powiem, co mam do powiedzenia, na mój sposób, a gdy idzie o zanudzanie, wiek rządzi się swoimi prawami”. Nie wiem, jak zdanie wypowiedziane przez narratora odnosi się do wieku autora, ale trzeba przyznać, że w kwestii zanudzania i braku rozrywki słowa dotrzymał.
Zaczyna się sztampowo: chłopiec z małej wioski, którego nazwisko zdradza jakieś powiązania z elfami, zostaje oddany na naukę milkliwemu mędrcowi, uczy się władania bronią, czyni szybkie postępy, dostaje tajemniczy magiczny miecz, mistrz znika nagle w równie tajemniczych okolicznościach. Questu i drużyny brak, są za to trzy próby do przejścia dla 10-letniego śmiałka. W powieści wspomina się (choć ani razu się nie pojawiają) elfy, orki, krasnoludy i smoki – na zasadzie tradycyjnego zbioru motywów, z których niewiele wynika. Wydaje mi się, że elementy wprowadzane do powieści powinny mieć jakąś funkcję poza tym, że są zbiorem rekwizytów pozwalających automatycznie określić przynależność gatunkową: Elfy są? Są. Krasnoludy, orki, magowie? Obecni. Magiczne miecze? Jedna sztuka. Wspaniale, czyli to książka fantasy!
Autorski wkład w kreację świata przedstawia się skromnie – głównie w postaci jednego gatunku zwierząt (pegrenów) i ptasio-zwierzęcych chimer, oraz własnej miary czasu w saratuskach i dziesiędnicach. Ze zwierzętami jest też pewien problem nazewniczy: narrator wspomina o koniach (nie „wierzchowcach”, dokładnie „koniach”), a potem opisuje ich przycięte poroże. I nie są to „magiczne rogate konie” w rozumieniu bohaterów, tylko całkiem zwykłe konie z porożem. Koń, jaki jest, każdy widzi… Wprowadzanie fantastycznych zwierząt jest jak najbardziej w porządku, ale byłoby lepiej, gdyby jednak nazywały się inaczej, niż realnie istniejące gatunki – chyba, że autorowi zależy na tym, by przez resztę powieści czytelnik zastanawiał się, czy słowo „niedźwiedź” nie oznacza przypadkiem wyjątkowo dużej wiewiórki. Co do miar czasu i odległości - w całym tekście sprawiają wrażenie sztuczności, elementu wstawionego na siłę; narrator wyjaśnia, co oznaczają „saratuski” dopiero po osiemdziesiątej stronie.
Większa część książki sprawia wrażenie ćwiczenia literackiego: weźmiesz bohatera - chłopca, najlepiej sierotkę, ale to nie jest obowiązkowe, dasz mu mistrza i magiczny miecz, a potem wyślesz na bezsensowne wyprawy, gdzie będzie walczył i zwyciężał oraz okazjonalnie cierpiał, bo to mu zyska przychylność czytelników. „Bezsensowność” oczywiście nie dotyczy tutaj idei questu jako takiego, tylko po pierwsze – faktu, że Nordon nie ma żadnego celu, zadania przed sobą, niczego nie szuka, przed niczym nie ucieka. Po drugie zaś odnosi się np. do całej pierwszej „przygody” w nawiedzonym zamku – okazuje się ona jedynie wizją bohatera, który zasnął w śniegu. (Od tego momentu moja czytelnicza dobra wiara ustąpiła irytacji: nie warto zwracać uwagi na działania bohatera, bo zaraz się okaże, że wszystko mu się śniło i podobnie jak zdarzenia w zamku nie ma najmniejszego wpływu na dalszy bieg akcji.) Być może chodziło o przekazanie czytelnikowi mądrości w stylu „jeśli jesteś nieletnim bohaterem, wszyscy chcą cię wykorzystać”. Kapłani z zasady są źli, chciwi, okrutni i podstępni – to tradycja howardowska; w dodatku o „oczywistej” niegodziwości kapłanów z pełnym przekonaniem mówi dziesięciolatek, który nigdy wcześniej nie wyściubił nosa z zabitej dechami wioski: „Dziwnym trafem, choć święci mężowie głosili pochwałę ubóstwa, jedynie garstka na całym Świecie godziła się żyć wedle swych nauk”. Zdaniem chłopca uczucia religijne doznawane w świątyni wynikają z tego, że kapłani na pewno dodają narkotyków do kadzidła, a bogów Nordon wprawdzie wzywa w potrzebie, i to często, ale prawdziwa wiara wydaje mu się czymś kuriozalnym: "No dobra, bywało, że się modliłem, odruchowo, z przyzwyczajenia albo bo tak robili inni, ale tak na poważnie…? Nawet gdy odwoływałem się do bogów, będąc w niebezpieczeństwie, bardziej czyniłem to dla spokoju ducha niż z wiary, że mi pomogą. No, przeważnie. Czysta wiara to jedno, ale wiara w coś niesprecyzowanego, w wizję jakąś, siłę wyższą czy porządek, a nie w bogów z krwi i mocy… Rzecz zaś druga to odpowiedź na pytanie, czy ta siła zwraca uwagę na modlitwy bądź inne gesty. Nie byłem ani za, ani przeciw, jednak z racji mego rozczarowania ludźmi głębokiej wiary byłem tym, który wątpi”. Obrabowanie świątyni nie budzi zastrzeżeń moralnych, jedynie strach przed schwytaniem. Dziwnie cyniczna postawa, jak na „niewinne dziecko”.
Dopiero końcówka książki przynosi w miarę oryginalny pomysł z rodziną magów-naukowców żyjących na odludziu, by w spokoju prowadzić badania. Niestety, na koniec autor uznał, że niezbędnym elementem ćwiczenia z pisania fantastyki jest scena „zabili go, ale uciekł”, powtarzana w wersji z trucizną, śmiertelną klątwą i finałowym bełtem z kuszy - która w założeniu może miała być podniosła, ale moim zdaniem wyszła groteskowo. Fabuła w ogóle zyskałaby na obcięciu powtarzających się wydarzeń – Nordon pięć razy przemierza te same bagna, później trzy razy obraża się i odchodzi z domu magów…
I tu pojawia się następny problem: bohater jest dla mnie kompletnie nieprzekonujący, pozbawiony uczuć (opuścił dom nagle, bez pożegnania, jako 9-latek – na każdej stronie drobiazgowo roztrząsa swoje stany psychiczne, ale ani razu nie pojawia się konkretne wspomnienie domu, choćby twarz czy imię matki – i to po niecałym roku od opuszczenia rodziny), jeśli nie liczyć użalania się nad sobą, i prowadzenia pretensjonalnych pseudofilozoficznych dywagacji („Czułem się, jakby stanęła przede mną sama personifikacja losu, czy Świata, by w milczeniu, samym wzruszeniem ramion, niedbałym gestem dłonią i znaczącym spojrzeniem uświadomić mi, że tak się po prostu nie da, że w ten sposób obaliłbym jakąś fundamentalną regułę wszechświata; że ludzie muszą być oszukiwani przez ludzi, tak samo jako woda musi zimą zamarzać”). Dlaczego po zniknięciu mistrza nie odwiedził niezbyt odległej rodzinnej wioski? Nie miał wyznaczonego żadnego celu do osiągnięcia ani nie ścigali go wrogowie – mógłby po prostu odwiedzić krewnych, bo rok to chyba jednak zbyt mało, żeby wyzbyć się wszelkich uczuć do nich. Sam bohater przyznaje, że nie przyszło mu to do głowy – a tekst nie wskazuje żadnego wątku, dla którego miałby powody unikać spotkania z bliskimi. Później spędza całą zimę w domu starych górali, którzy uratowali go od zamarznięcia – ale wspomina o tym jednym zdaniem, nie podając nawet ich imion. O tym, że drugoplanowi bohaterowie są nieistotni, świadczy też brak opisów – nie znajdziemy ani słowa na temat wyglądu członków rodziny magów, która przygarnęła Nordona, czy choćby zakochanej w nim dziewczynki. Obojętny, zarozumiały chłopiec („Miałem tak, odkąd pamiętam – w sytuacjach, gdy dzieci zwykle uciekają z wrzaskiem, ja szedłem dalej, wierząc, że potrafię lepiej niż inni”, „już za młodu byłem wyuczony w przeróżnych dziedzinach, wytrenowany we władaniu bronią”), raczy trochę starszą od siebie Ilyię głęboką mądrością: „Świat nie jest miejscem dla dziewczynek”… Wygląda na to, że magiczny miecz i wpadanie w kłopoty to za mało, żeby uczynić protagonistę sympatycznym. I nawet rozbrajająca szczerość („Zgoda, zachowywałem się jak obrażone dziecko, ale byłem obrażonym dzieckiem i miałem do tego pełne prawo”) Nordona nie jest w stanie sprawić, by zyskał moją sympatię.
Autor stosuje dość pokrętny zabieg, żeby jego nieletni bohater jednocześnie był maszyną do zabijania i niewinnym dzieckiem. Z jednej strony Nordon jest przedstawiony jako wojownik, w końcu w pierwszej przygodzie zostaje gladiatorem (dziesięciolatek po rocznym, choćby i magicznym treningu…), z drugiej z jego wrogami rozprawiają się szczęśliwe przypadki doprowadzone do granicy absurdu: opętany krwiożerczy rycerz przewraca się na miecz i przypadkiem podrzyna sobie gardło, dwoje innych ścigających bohatera wrogów zabija się nawzajem, kiedy walczą ze sobą w bagnie; wróg z trzeciej przygody nie zastrzelił się sam ze swojej kuszy zapewne tylko przez niedopatrzenie. I to wszystko jest traktowane ze śmiertelną powagą… Trudno powiedzieć, czy bardziej męczące w lekturze jest rozchwianie między sposobem myślenia wojownika i użalającego się nad sobą dzieciaka, czy napuszone mądrości życiowe (pięć stron rozważań o naturze bólu…), które chłopiec co jakiś czas serwuje. Nawet, jeśli przyjmiemy, że pochodzą one nie od 10-letniego bohatera, tylko od starego Nordona, który snuje wspomnienia – nie przestają być irytujące. W miejscach, gdzie przydałoby się więcej wyjaśnień, jak w przypadku roli elfów w przedstawionym świecie, dostajemy mgliste napomknienia, za to autor nie szczędzi rozwlekłych opisów bagien, traktów i poglądów górali na praktyczne aspekty posiadania konia.
Niezręczności językowe również nie ułatwiają i nie uprzyjemniają lektury. Dotyczy to przede wszystkim niezdarnej stylizacji gwarowej. Nordon mówi „kiej wrócim”, „dzie jedziem” – ale w następnym zdaniu chłopak zaczyna wysławiać się zupełnie inaczej („Będę cię zwał umilkłym mistrzem”, „lekcja złych manier”) – co demaskuje przyłataną „gwarowość”. Absurdalne przerysowanie („Dyćże tropa dalej ja nie widział inszy niż mój”, „Toć ino ze trzyćki wiersty musi będzie”) sprawia wrażenie, że autor albo nie ma pojęcia, że dialekty są czymś bardziej skomplikowanym, niż dowolnie poprzekręcane słowa, albo usiłuje przedstawić „prostych wieśniaków” jako bełkoczących idiotów. Poza tym pojawia się „kapłańska sukmana” (chyba sutanna), ciekawa deklaracja Selii „nie jestem byle pierwszą ślepą głupią” - no i rogatego konia z rzędem temu, kto wyjaśni takie zdanie ”Biedne stworzenia, nazbyt były pochłonięte wojną (…), by zabrać się za kastrowanie owocu swojej krótkowzroczności”. Nie brak i innych niedostatków w tekście, choćby logicznych: skoro upiorny pan zamku porywa wszystkich mężczyzn z okolicznych wiosek, to jakim cudem: „Wioska dostarczała aż nadto zboża; nikt nie głodował, ani w zamku, ani na zewnątrz”? Oczywiście można wszystkie niekonsekwencje tłumaczyć magią, ale w takim wypadku po co w ogóle konstruować taką połataną fabułę?
Samo funkcjonowanie magii też jest wprowadzone w schematyczny sposób: żadnej metafizyki, magia musi mieć pozory racjonalności jako rodzaj nauki. Pułapką dla autorów fantasy jest kurczowe trzymanie się schematu kosztem własnej wyobraźni, co w efekcie prowadzi do powielania nic nieznaczących fabuł z pretekstowymi bohaterami bez właściwości w świecie bez metafizyki i etyki. Protagonista, podobnie jak „modelowy odbiorca”, ma zaszczepione „standardowe” wyobrażenia np. wspomnianych wcześniej kapłanów czy elfów, których nigdy wcześniej nie spotkał: „W takich warunkach tylko szczękający zębami elf mógłby zachwycać się naturą, zamiast myśleć o przemarzniętych stopach, ale ta rasa już tak ma.” Pretekstowość bohaterów u Alana Akaba wyraża się chociażby tym, że brakuje opisów ich wyglądu, tonu głosu, stroju – bo przecież każdy odbiorca fantasy wstawi sobie we właściwe miejsce „starego mistrza” czy „córkę maga”, więc kogo obchodzi, czy te postaci w ogóle mają jakieś cechy jednostkowe? Jakiego koloru mają oczy, w co się ubierają, jak chodzą? Pojawia się paladyn z Zakonu Światła, ale ani o zakonie, ani o wyglądzie rzeczonego paladyna nie znajdziemy ani słowa. Paladyn to paladyn, jeśli, czytelniku, chcesz wiedzieć, jak wygląda, to poszukaj karty postaci z dowolnej gry w konwencji fantasy. Obowiązkowym rekwizytem jest magiczny miecz – co prawda Nordon nie ma pojęcia, na czym polega jego magiczność, bo w żaden sposób się nie ujawnia, ale grunt, żeby pozycja z listy się zgadzała.
Tym, co przydałoby się książce, jest fabuła mająca jakiś cel, choć odrobinę bardziej sympatyczny bohater, szczypta oryginalności i trochę poczucia humoru. Ponieważ brak tego wszystkiego, „Lekcja przetrwania” jest długą i nudną lekcją, z której wiele razy podczas lektury miałam ochotę uciec. I niczego ciekawego się nie dowiedziałam.
koniec
26 grudnia 2016

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Narodziny i upadek piekła kobiet
Marcin Mroziuk

26 X 2020

Można było się obawiać, że powrót po ponad trzydziestu latach do świata znanego z „Opowieści podręcznej”, jest dla Margaret Atwood jedynie odcinaniem kuponów od zwiększonego zainteresowania tą powieścią, które wywołała serialowa ekranizacja. Na szczęście tak nie jest, bo „Testamenty” nie tylko pozwalają nam lepiej przyjrzeć się stosunkom panującym w Gileadzie, ale mają też naprawdę ciekawie skonstruowaną fabułę.

więcej »

Ten okrutny rok 2050
Sławomir Grabowski

25 X 2020

Być może książka „Rozmowy o przyszłości” mówi jedynie o tym, jak sobie wyobrażano odległą o 30 lat przyszłość w roku 2020, i jest wyłącznie świadectwem epoki – ale i tak warto po nią sięgnąć.

więcej »

Mała Esensja: Staruszek nie trzeba się bać
Marcin Mroziuk

24 X 2020

Historia przedstawiona przez Dominikę Gałkę nie jest ani długa, ani specjalnie skomplikowana i w sumie dość łatwo przewidzieć rozwój wydarzeń. Poczucie humoru autorki, pogodny klimat tej opowieści i mądre przesłanie sprawiają jednak, że „Baba Jadzia z parteru” powinna przypaść do gustu zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom.

więcej »

Polecamy

Kochać to nie znaczy zawsze to samo

Na rubieżach rzeczywistości:

Kochać to nie znaczy zawsze to samo
— Marcin Knyszyński

Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.