Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 4 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Simon R. Green
‹Człowiek ze złotym amuletem›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCzłowiek ze złotym amuletem
Tytuł oryginalnyThe Man With The Golden Torc
Data wydania18 maja 2012
Autor
PrzekładDominika Schimscheiner
Wydawca Fabryka Słów
CyklSecret Histories
ISBN978-83-7574-699-0
Format125×205mm
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

I w szaleństwie jest metoda
[Simon R. Green „Człowiek ze złotym amuletem” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Człowiek ze złotym amuletem” Simona R. Grena jest jak sałatka, w której oprócz warzyw wylądował także śledź, suszona pomarańcza, krakersy, cynamon i pół słoika truskawkowego dżemu, wszystko zaś zostało zaprawione majonezem, budyniem i pastą łososiową.

Jarosław Loretz

I w szaleństwie jest metoda
[Simon R. Green „Człowiek ze złotym amuletem” - recenzja]

„Człowiek ze złotym amuletem” Simona R. Grena jest jak sałatka, w której oprócz warzyw wylądował także śledź, suszona pomarańcza, krakersy, cynamon i pół słoika truskawkowego dżemu, wszystko zaś zostało zaprawione majonezem, budyniem i pastą łososiową.

Simon R. Green
‹Człowiek ze złotym amuletem›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCzłowiek ze złotym amuletem
Tytuł oryginalnyThe Man With The Golden Torc
Data wydania18 maja 2012
Autor
PrzekładDominika Schimscheiner
Wydawca Fabryka Słów
CyklSecret Histories
ISBN978-83-7574-699-0
Format125×205mm
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Napisać, że „Człowieka ze złotym amuletem” czyta się dziwnie, to jak nic nie napisać. Jest to coś w stylu radosnej grafomanii, skrojonej jednak na tyle zręcznie i wartko, a przy tym nieszkodliwie kiczowato, że lektura przypomina zjazd bez trzymanki po wysmarowanej jakimś gliwiejącym, organicznym świństwem lodowej rynnie. Niby jest przyjemnie ślisko, a wiatr świszczy w uszach, ale gdzieś tam w „czesiu” wciąż dręczy świadomość, że ze względu na upaćkane ciuchy powrót do domu będzie katorgą, a rachunek za pralnię przyprawi nasz portfel o zawał. Uparte brnięcie w lekturę trąci więc masochizmem, opartym głównie na ciekawości – czegóż też jeszcze autor nie wymyślił i jakiego bzdurstwa tam nie wcisnął.
Początek powieści przypomina autorskie samobójstwo – bohaterem jest super-hiper-agent, wzorowany z jednej strony na Bondzie (nazywa się Szaman Bond), z drugiej na Świętym (jeździ autem marki Hirondel), należący do liczącej setki, o ile nie tysiące osób rodziny Droodów, dbającej o to, by na świecie z grubsza panowała równowaga między dobrem i złem. Każdy członek rodziny jest od urodzenia spojony ze specjalną, złotą obręczą, która – aktywowana magicznym słowem – zapewnia złotą cud-zbroję. Delikwent jest wówczas niewidzialny, niewykrywalny, nieubijalny, a do tego jest supersilny, superszybki i w ogóle boski. Zaraz na wstępie pojawia się więc w głowie czytelnika pytanie – któż może być jego przeciwnikiem, skoro literalnie nic nie można mu zrobić? Skoro żadna broń nie przebije zbroi, żadna krata nie stanowi dla niego przeszkody, a tak w ogóle to wcale go nie widać?
Żeby było bardziej abstrakcyjnie, istnienie setek Droodów jest tajne i nikt – może poza złoczyńcami – nie ma świadomości ich potęgi i sięgających w każdy zakątek świata macek. Bardzo szybko okazuje się też, że obok Droodów istnieją jeszcze w naszym świecie elfy, koboldy, trolle, demony, wiedźmy i szaleni naukowcy, i to w takiej ilości, że już czystą głupotą jest zakładanie, że nikt nigdy niczego nie zauważył. Autor jednak bez mrugnięcia okiem wmawia nam, że każdą większą bijatykę, w której ludzie mrą setkami, walą się w gruzy dziesiątki budynków, a fajerwerki widać z kilku kilometrów, ot tak można zatuszować, a tysiącom ludzi w mgnieniu oka wymazać z pamięci okres walki. W pewnym momencie robi się z tego wszystkiego czysta groteska, mająca niestety niewiele wspólnego z pastiszem czy robieniem sobie jaj z konwencji. Owszem, sporo tutaj humoru i mrugnięć okiem do czytelnika, ale co i rusz daje się odczuć, że całość – jako fantasy – była jednak pisana na serio.
Na to nakłada się wyraźny smrodek grafomanii, z godnym lepszej sprawy wyjaśnianiem niektórych rzeczy, z chwaleniem się oczytaniem czy osłuchaniem, a także z bezprzytomnym ładowaniem do rozgrywki wszelkich bzdur, jakie nawinęły się podczas uprzednich lektur, wliczając w to obcych, podróże w czasie, inne wymiary, mordercze owady, gryfy, mięsożerne samochody i kupę innego literackiego i filmowego śmiecia, który – naturalnie bez większych kłopotów – jest seryjnie eliminowany przez bohatera. No bo przecież ma złotą zbroję i jest superzręcznym, superszybkim, supersprytnym agentem.
Przez to wszystko trudno traktować opisywany świat jako nasz, bo istnieje w nim takie nagromadzenie piekielnych portali, demonicznych morderców, poupychanych tu i ówdzie zmumifikowanych trupów, czarnych terenówek, sterowców z magiczną bronią i innych tego typu wariactw, że wychodzi z tego najprawdziwszy tęczowy rzyg, nie mający nic wspólnego z ewentualną rzeczywistością. I tu trzeba przyznać jedno – „Człowiek ze złotym amuletem” broni się zaskakująco dobrze właśnie jako bajęda, nieznośnie kiczowata, bzdurna psychologicznie i pozbawiona podstawowej logiki. Czyta się bowiem szybko, ciekawi rozwojem akcji i proponuje rozrywkę wspinającą się na takie wyżyny absurdu, że już nic nie może zdziwić. Nie znaczy to jednak, że książka jest dobra i warta polecenia. Ot, jest błahym, kolorowym czytadłem do autobusu czy pociągu, nie przedstawiającym większej wartości intelektualnej, ale pozwalającym umiarkowanie przyjemnie spędzić kilka godzin. Z tego zresztą powodu zwolennicy niezobowiązującego kiczu powinni sobie dorzucić do podanej przeze mnie oceny dodatkowe 10%. Szkoda tylko, że – jak to w Fabryce Słów – na naszym rynku ukazał się jedynie pierwszy tom cyklu, liczącego na chwilę obecną jedenaście książek. Po co tak wyskubywać fragmenty cykli i zaraz je porzucać – nie wie nikt…
koniec
3 lipca 2017

Komentarze

03 VII 2017   17:45:32

Pod tą sałatką musi być jakaś "głębsza głębia". Agent jako figura odnosząca się do odbiorcy chłonącego i porzucającego kolejno różnorakie wytwory i tematy popkultury; narracja odzwierciedlająca całościowe konsumenckie doświadczenie w epoce post-prawdy i w świecie pozbawionym fundamentalnych odniesień. Tak, coś w tym stylu, ale sam na dno tej miski nie zajrzę. Dzięki za ostrzeżenie ;)

03 VII 2017   18:54:22

W momencie, gdy pojawiają się seriale z mięsożernymi samochodami, parodiujące SERIAL! "Od zmierzchu do świtu", takie dziełka przestają dziwić.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Jesteśmy tylko nośnikami
Miłosz Cybowski

2 XII 2021

Zarówno pozbawiony emocji styl, jak i niektóre tezy stawiane przez Richarda Dawkinsa mogą budzić instynktowny sprzeciw. „Samolubny gen” nie na darmo uchodzi za książkę kontrowersyjną, choć może wraz z rozpowszechnieniem nauki o genetyce to wrażenie nieco przygasło.

więcej »

Mała Esensja: W oczekiwaniu na Boże Narodzenie
Joanna Kapica-Curzytek

1 XII 2021

Ponownie spotykamy się z sympatycznym myszkiem wykreowanym przez autora i ilustratora Alexa T. Smitha. „Winston wraca na święta” pozwoli młodszym (i starszym czytelnikom) odliczać dni do Gwiazdki!

więcej »

Spektaklu akt drugi
Beatrycze Nowicka

30 XI 2021

„Dziesięć Żelaznych Strzał” – kolejny tom cyklu Sama Sykesa o Sal Kakofonii – uważam za lepszy od pierwszego.

więcej »

Polecamy

Pogrzeb pośród mgławic

Stulecie Stanisława Lema:

Pogrzeb pośród mgławic
— Mieszko B. Wandowicz

O korzyściach z bycia ślimakiem (śluzem na marginesie „Głosu Pana”)
— Mieszko B. Wandowicz

List znad Oceanu
— Beatrycze Nowicka

Lem w komiksie
— Marcin Knyszyński

Przeciętniak w swym zawodzie
— Agnieszka Hałas, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Jam jest robot hartowany, zdalnie prądem sterowany!
— Miłosz Cybowski, Adam Kordaś, Marcin Mroziuk, Marcin Osuch, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Zawsze szach, nigdy mat
— Marcin Knyszyński

Świadomość jako błąd
— Marcin Knyszyński

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Danie w średnim stanie
— Jarosław Loretz

Podboje i wyboje
— Jarosław Loretz

Wątpliwa reklamówka
— Jarosław Loretz

Krok w dobrą złą stronę
— Jarosław Loretz

Zabiedzona flota: Nielotny
— Jarosław Loretz

Kryminalna grabież czasu
— Jarosław Loretz

Anioł w zielonych kaloszach
— Jarosław Loretz

Nazwobójca
— Jarosław Loretz

Siódma dusza po kisielu
— Jarosław Loretz

Wąż zwany Hydrą
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.