Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 sierpnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Ewa Białołęcka
‹Piołun i miód›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPiołun i miód
Data wydania11 lipca 2018
Autor
Wydawca Jaguar
CyklKroniki Drugiego Kręgu
ISBN978-83-7686-698-7
Format380s. 135×200mm
Cena34,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Meandry
[Ewa Białołęcka „Piołun i miód” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Piołun i miód” okazał się ciekawszą lekturą niż tom poprzedni, trudno jednak na jego podstawie zgadywać, jak rokuje będąca w trakcie pisania kontynuacja.

Beatrycze Nowicka

Meandry
[Ewa Białołęcka „Piołun i miód” - recenzja]

„Piołun i miód” okazał się ciekawszą lekturą niż tom poprzedni, trudno jednak na jego podstawie zgadywać, jak rokuje będąca w trakcie pisania kontynuacja.

Ewa Białołęcka
‹Piołun i miód›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPiołun i miód
Data wydania11 lipca 2018
Autor
Wydawca Jaguar
CyklKroniki Drugiego Kręgu
ISBN978-83-7686-698-7
Format380s. 135×200mm
Cena34,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Początek „Piołunu i miodu” to roszady w drużynie bohaterów, które są dla mnie kolejnym dowodem braku przemyślanego szkieletu fabularnego cyklu. W „Kamieniu na szczycie” młodzi magowie martwili się perspektywą rozpadu swojej grupki i mieli nadzieję, że do niego nie dojdzie. Tymczasem w otwierającym rozdziale okazuje się, że gromadka postaci została znacznie okrojona, co w dodatku zostało opisane nader lakonicznie.
W części trzeciej Wiatr na Szczycie nieformalnie dowodził grupą, lecz teraz okazało się, że wolał zostać w rodzinnych stronach. Ta decyzja wydaje się logiczna, choć jak się głębiej zastanowić, to tej postaci równie dobrze mogłoby wcale nie być i fabuła niewiele by na tym straciła. Realistyczny jest też wybór Nocnego Śpiewaka, który przecież ma rodzinę – tyle że jego akurat szkoda. Na podstawie ilości miejsca, jakie Białołęcka poświęciła niepokornemu Stworzycielowi w pierwszym tomie, sądziłam, że będzie on kluczową postacią cyklu. Poza tym, to przecież z jego powodu młodzi magowie zostali banitami.
Wątek związku Kamyka i Jagody, na który autorka zdawała się nie mieć ani ochoty ani pomysłu, został gwałtownie zakończony już w tomie poprzednim – teraz tylko wspomniane zostało, że dziewczyna nie wyruszy w dalszą drogę. Znów można się zastanowić, po co on w ogóle był i w jakim celu wprowadzono postać Obserwatorki. Dziwi też to, że bohaterowie ze sobą nawet nie porozmawiali. Znali się od paru lat, od pewnego czasu byli kochankami (dla każdego z nich zresztą był to pierwszy poważniejszy związek), a kiedy nagle Jagoda zaczęła unikać Tkacza Iluzji, ten nawet nie spytał dlaczego, tylko rozeszli się bez słowa. Najdziwniejsza wydała mi się decyzja dotycząca Pożeracza Chmur. Pod koniec „Kamienia…” zostało wspomniane, że młodego smoka przeraża perspektywa życia bez przyjaciela u boku, a w „Piołunie…” w kilku suchych zdaniach czytelnik zostaje poinformowany, że przyjaciele się rozdzielili. Odsunięcia smoka mi żal z tej samej przyczyny, która dotyczyła Śpiewaka – z treści „Naznaczonych błękitem” można by wnosić, że cykl będzie przede wszystkim opowiadał o przygodach Kamyka i Pożeracza. A tymczasem na tym etapie nic już prawie nie zostało z historii o przyjaźni głuchoniemego chłopca ze smokiem. Sam Kamyk, choć bierze udział w opisywanych w tej części wydarzeniach, jakby wyblakł. Przemyka gdzieś na uboczu, zaś jego talent nie znajduje zbyt wielu zastosowań.
W recenzjach fantasy czasem pojawia się określenie „magia fabularna”, gdy brakuje spójności koncepcji i możliwości czarodziejów dostosowane są do zamysłu autora odnośnie prowadzenia akcji. W „Kronikach Drugiego Kręgu” mamy natomiast „fabularną” przyjaźń i miłość – w zależności od kaprysu autorki związki pomiędzy postaciami nagle się rozluźniają. Dotyczy to nie tylko wyżej wspomnianego lekką ręką wprowadzonego rozdziału drużyny. Jeśli na przykład Białołęcka chciała opisać scenę odsieczy, bohaterowie lojalnie ratowali przyjaciela, ale gdy umyśliła sobie taką, gdzie ktoś inny siedzi przez dłuższy czas w lochu, rzekomo zżyta kompania nagle straciła ochotę, by z kolegą chociaż porozmawiać i zapewnić go o staraniach czynionych w celu wydostania go z kłopotu w sposób dyplomatyczny. Odbiera to postaciom psychologiczną wiarygodność.
Mimo wyżej wspomnianych kwestii lektura części czwartej okazała się zdecydowanie przyjemniejsza niż tomu poprzedniego. Odniosłam wrażenie, że akcja toczy się nieco płynniej. Miejsca, do których trafili bohaterowie, uważam za ciekawsze od tych opisanych w „Kamieniu…”. Pojawiło się też kilka nowych, sympatycznych postaci, niestety, chyba lepiej się do nich nie przywiązywać, bo kto wie, czy jeśli w końcu powstanie kontynuacja, nie zostaną oni porzuceni jak szereg poprzednich. Otwarcie było dynamiczne, choć wyglądało trochę tak, jakby autorka sama zauważyła, że jej bohaterowie nie są już dziećmi i chciała to zaakcentować aż do przesady (wcześniej młodzi czarodzieje wszystko głęboko przeżywali, a teraz urządzili istną rzeźnię). Potem znów książkę zdominowały scenki obyczajowe – przy czym wątek, nazwijmy to, dyplomatyczny uważam za udany. Ponadto, jak już wspomniałam w poprzedniej recenzji, lubię Promienia1), a w „Piołunie…” poświęcono mu sporo uwagi.
Pomału rozwijany jest wątek wojny, tyle że na razie czytelnik dowiaduje się jedynie o tym, co dzieje się na tyłach. A i koncepcja rodem z fantasy sprzed dekad wielu – złowrodzy, fanatyczni najeźdźcy, cudowna tudzież szlachetna królewska para rządząca zaatakowanym krajem oraz główni bohaterowie, wspomagający „tych dobrych” na wyraźne życzenie sił wyższych2). Trudno mi sobie wyobrazić, jak miałaby wyglądać właściwa konfrontacja – przy dobrym planowaniu i twórczym wykorzystaniu mocy grupka głównych bohaterów samodzielnie byłaby w stanie powstrzymać armię, nie ryzykując przy tym nadmiernie własnym życiem3).
Gdyby „Piołun i miód” był tomem drugim a nie czwartym, można by odnieść wrażenie, że fabuła może nie zachwyca oryginalnością, ale cykl zaczyna zmierzać ku jakiemuś rozstrzygnięciu. Niestety, mając w pamięci poprzednie zawirowania, nie da się prorokować zbyt wiele. Równie dobrze może się okazać, że wojna zostanie zakończona na pierwszych kilkudziesięciu stronach, a garstka tych spośród bohaterów, których autorka w momencie pisania będzie lubić najbardziej, wyruszy gdzieś dalej4). „Kroniki Drugiego Kręgu” pozostawiły mnie z uczuciem zmarnowanego potencjału. Mam też wrażenie, że nie oparły się próbie czasu.
koniec
21 sierpnia 2018
1) Wyjąwszy może jego nadmierny zapał do polowań.
2) Przy okazji zastanawiam się, jak bohaterowie godzą naukowe poszukiwania dotyczące dziedziczenia magicznych talentów z treścią własnych objawień (wszak jednemu z chłopaków bogini powiedziała, że obdarowała go zdolnościami o określonej przez nią mocy). Jeśli chodzi o inne niespójności – o ile na początku Stworzyciele chętnie wytwarzali jedzenie, w części trzeciej było już wspomniane, że na dłuższą metę może ono szkodzić. W „Piołunie i miodzie” zaś pojawia się kolejna wersja – magiczna produkcja pożywienia kosztuje o wiele więcej energii. Czemu? Gdyby powodem było to, że to materia organiczna, to przecież przemiana drewna w chleb powinna być dziecinnie prosta i niekosztowna!
3) Choćby tak – Obserwatorzy poznają ruchy wroga i namierzają dowódców, których potem można by wyeliminować, korzystając z talentu Wędrowców. Wędrowcy mogliby też strącić podniebną flotę, przecinając liny utrzymujące gondole i/lub dziurawiąc balony. Iskra mógłby wysadzić składy amunicji. A jakże skuteczne byłoby na przykład przeniesienie kilku ton rozgrzanej magmy z wnętrza jakiegoś wulkanu nad trzon armii wroga, najlepiej, gdy ten wejdzie w zagłębienie terenu, lub będzie wspinał się na stok wzgórza. Albo zrzucenie kawałka skały na namiot, w którym odbywałaby się narada wojenna wodza wrogiej armii. Tak niestety bywa, jeśli obdarzyć bohaterów rozległymi możliwościami.
4) O ile oczywiście tom piąty się ukaże, gdyż sama autorka nie kryje, że ma kłopoty z dokończeniem cyklu.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Nekrofil z Poznania
Sebastian Chosiński

17 VIII 2019

To zaskakujące, że spośród wszystkich polskich seryjnych morderców, ten najbardziej odrażający jest najmniej znany. Ukazała się wprawdzie na jego temat przed pięcioma laty książka, ale jej nakład był niewielki. Dobrze więc, że przed paroma tygodniami „Martwe ciała” Michała Larka i Waldemara Ciszaka zostały wznowione. Szkoda tylko, że w opowieści o Edmundzie Kolanowskim autorzy tak mało miejsca poświęcają jego biografii.

więcej »

Ten okrutny XX wiek: Podróż, w którą nikt nie chciałby się wybrać
Sebastian Chosiński

16 VIII 2019

Niemieccy czytelnicy poznali powieść Ulricha A. Boschwitza dopiero osiemdziesiąt lat po jej powstaniu, polscy czekali na nią tylko rok dłużej. I bardzo dobrze, ponieważ pisana na gorąco, w pierwszych tygodniach po „Nocy kryształowej”, opowieść o berlińskim kupcu żydowskiego pochodzenia Ottonie Silbermannie jest wstrząsającym portretem nadchodzącej wielkimi krokami Zagłady. Czytając „Podróżnego”, nie można mieć wątpliwości – to nie mogło skończyć się inaczej.

więcej »

PRL w kryminale: Prezes Werwolfu i reflektor śmierci
Sebastian Chosiński

15 VIII 2019

Nie był może „człowiekiem renesansu”, ale na pewno miał co najmniej kilka talentów. Napisał teksty do kilku nieśmiertelnych przebojów, sporo książek dla dzieci i niemało kryminałów. Jak jednak przypomniano niedawno, zadebiutował tuż po drugiej wojnie światowej powieścią z gatunku political fiction, która pod wieloma względami przypomina przygody późniejszego agenta 007. Chodzi o Zygmunta Sztabę i sensacyjną opowieść „Eryk Müller poszukuje siostry”.

więcej »

Polecamy

Prawdziwe kłamstwa

Na rubieżach rzeczywistości:

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Rozterki magicznej dzieciarni
— Beatrycze Nowicka

Lengorchia na lato
— Beatrycze Nowicka

Błękitna szarfa
— Magdalena Kubasiewicz

Coś lekkiego
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: III kwartał 2008
— Michał Foerster, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Michał Kubalski, Daniel Markiewicz, Paweł Sasko, Konrad Wągrowski, Marcin T. P. Łuczyński

Wiedźma z laptopem
— Agnieszka Szady

Smok, rock i cmok-cmok
— Agnieszka Szady

Księga urwisów
— Agnieszka Szady

Smok i jego chłopiec
— Agnieszka Szady

Tkaczka Pieśni
— Joanna Słupek

Tegoż autora

Sowoniedźwiedź na stercie martwych bardów
— Beatrycze Nowicka

O sześćdziesiąt dni za długo
— Beatrycze Nowicka

Całkiem zacny zestaw
— Beatrycze Nowicka

Trzynastu twórców
— Beatrycze Nowicka

Lamy, lisy, obcy i latające okręty
— Beatrycze Nowicka

Zatrzymać koło
— Beatrycze Nowicka

Powrót do Belorii
— Beatrycze Nowicka

Wracać wciąż do domu
— Beatrycze Nowicka

Smoki wiecznie żywe
— Beatrycze Nowicka

Sernik bez rodzynek
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.