Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 sierpnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Wełnicki
‹Testament Damoklesa›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułTestament Damoklesa
Data wydania16 listopada 2011
Autor
Wydawca Bellona, RUNA
CyklŚmiertelny bóg
ISBN978-83-89595-79-9
Format528s. 125×195mm
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Więcej macek!
[Marcin Wełnicki „Testament Damoklesa” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Testament Damoklesa” Marcina Wełnickiego to mieszanina cyberpunku, alternatywnej historii i horroru (przedwiecznego – ten horror niewątpliwie jest przedwieczny), czarno ponura i rozegrana z pełną powagą. Bo już chyba nie było innego wyjścia – jak się bawić, to się bawić i trzeba iść na całość.

Anna Nieznaj

Więcej macek!
[Marcin Wełnicki „Testament Damoklesa” - recenzja]

„Testament Damoklesa” Marcina Wełnickiego to mieszanina cyberpunku, alternatywnej historii i horroru (przedwiecznego – ten horror niewątpliwie jest przedwieczny), czarno ponura i rozegrana z pełną powagą. Bo już chyba nie było innego wyjścia – jak się bawić, to się bawić i trzeba iść na całość.

Marcin Wełnicki
‹Testament Damoklesa›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułTestament Damoklesa
Data wydania16 listopada 2011
Autor
Wydawca Bellona, RUNA
CyklŚmiertelny bóg
ISBN978-83-89595-79-9
Format528s. 125×195mm
Cena39,—
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Główny bohater „Testamentu” to Adam Worthington, a powieść jest zdecydowanie „o Worthingtonie” (i mackach, macki też są ważne, no ale żarty na bok). Mimo całej masy dodatkowych wątków, miliarda odwołań popkulturowych i spiskowych teorii oraz całej kunsztownej konstrukcji przeplecionych planów czasowych wszystko tak naprawdę kręci się wokół Worthingtona: kim jest, kim nie jest i o co w zasadzie z nim chodzi. Powiedzmy to sobie, wbrew pozorom bez grama ironii: to jest sztuka. Tak namieszać czytelnikowi w głowie, żeby się autentycznie zaangażował w zagmatwaną historię postaci, niezależnie od faktu, czy mu się sztafaż fantastycznych okoliczności podoba mniej czy bardziej. Co więcej, nie jest to nawet przypadek zadurzenia się czytelniczki w bohaterze fikcyjnym – więc sztuka tym większa.
Moje pierwsze zetknięcie z Adamem było zaiste z przytupem – w opowiadaniu w magazynie „Science Fiction, Fantasy i Horror” (z 2011 roku, podobnie jak „Testament”), pod tytułem dokładnie takim, jak nazwisko postaci. Myślę, że był to dobry początek, oddający klimat. Bohater napompowany maksymalnie poprzez takie budowanie napięcia, by czytelnik nie miał najmniejszej wątpliwości, że – trawestując znany dowcip o dolinie i nieulękaniu się zła – jest on najgorszym sukinsynem w tej dolinie. Trzeba przy tym zaznaczyć, że opowiadanie jest bardzo dobre i umiejętnie buduje nastrój upiornej grozy. Sygnalizuje tematy podejmowane w powieści: taka wersja historii, że można być oficerem gestapo w czasach mocno powojennych, makabryczne fantastyczności w stylu z kolei mocno retro i nadludzkość głównego bohatera. No, jest nasz Worthington do pewnego stopnia Übermenschem, nie na się ukryć (niestety?).
W 2012 roku, również w SFFiH, Adam wrócił w opowiadaniu „Pola kwiatów”, które rozgrywa się w czasie rewolucji w Iranie, znów – widać, że w ewidentnie nie do końca naszych realiach historycznych. Ponownie rzecz cała toczy się wokół niezwykłości Worthingtona, jego tajemniczej przeszłości, przerażającej sprawności w zabijaniu i dylematów moralnych. Taki pomysł można łatwo zepsuć, ale urzekła mnie plastyczna wizja tytułowych kwietnych pól, zgrabne i nie wprost (choć oczywiście bardzo czytelne) użycie prawdziwej postaci w roli towarzysza-obserwatora i stopniowe pokazywanie głębszej podszewki świata, który okazuje się być obcy nie tylko dla nas (nas dziwi odmienność przebiegu zdarzeń historycznych), lecz także dla bohatera wprowadzanego przez Worthingtona w nadprzyrodzone wątki horrorowe. I znów mamy ten chwyt często stosowany w opowieściach o wybitnych jednostkach – ktoś patrzy z boku, dziwi się, zachwyca lub boi, a Ten Naprawdę Ważny Bohater pozostaje zawsze nieco tajemniczy.
Zachęcona opowiadaniami sięgnęłam po „Testament Damoklesa”, poniewczasie orientując się, że jest to druga powieść z cyklu. Rok wcześniej czyli w 2010 r. ukazał się „Śmiertelny Bóg”, rozgrywający się w tym samym świecie. Jednak na szczęście tom drugi, chronologicznie późniejszy, można też czytać oddzielnie.
„Testament” to powieść długa, ułożona w skomplikowany wzór rozdziałów rozgrywających się – ogólnie mówiąc w latach powojennych, jednak są to różne, niekiedy ważne historycznie momenty (choć w wersji alternatywnej). Główną bohaterką wątku „teraźniejszego” (lata ’80) jest Brytyjka japońskiego pochodzenia Eve i to (znów!) za jej pośrednictwem poznamy Adama Worthingtona. Jednak w powieści nadludzi będzie więcej – jeden w latach ’50 w Korei, drugi w ’60 w Japonii. Wszystko to się niesamowicie pokomplikuje i posplata i tutaj autorowi trzeba jedno przyznać: wierzy w inteligencję czytelnika. Ma za to ode mnie duży plus, bo jak już ktoś zadaje sobie trud czytania tak piramidalnie poplątanych fabuł, to naprawdę ma dużą przyjemność z tych momentów „klik!”, kiedy nagle sobie uświadamia, że sto pięćdziesiąt stron temu padło takie jedno zdanie, z którego może wynikać… I tak dalej. Dlatego jednak nie polecam czytania „Testamentu” z przerwami dłuższymi niż kilka dni, bo wtedy może nam się ta układanka nie złożyć.
Nie da się ukryć, że jest to historia pokręcona, wykorzystująca całą masę klasycznych motywów spiskowych i niesamowitych. Wydaje mi się, że wybrana przez autora tonacja koturnowej powagi to być może jedyny sposób na wyjście z takiego pomysłu z twarzą: jakby tu jeszcze zacząć żartować, to wszystkie te dekoracje kompletnie rozpadłyby się w parodię. Przyznaję uczciwie, że ta spiskowość nie przemówiła do mnie, zdecydowanie bardziej podobały mi się fragmenty jawnego horroru. A że był to horror wprost z klimatów przedwiecznych bóstw z morskiej głębi? Nie szkodzi! Zestawienie macek i grozy z podrasowanymi cyberpunkowo latami ’80, w dodatku gdzieś w ogarniętej politycznymi niepokojami Afryce czy na Dalekim Wschodzie w latach ’60? Proszę bardzo, ja chcę więcej.
Jednym słowem – spodobało mi się dokładnie to, co zostało mi zaserwowane w opowiadaniach dla zaostrzenia apetytu. Spiski mniej (nie chcę zdradzać zbyt wiele, powiem: wydarzenia w USA, które stanowią niestety dużą część książki), a także nieustanna galopada scen akcji. Mamy wszystko – pościg samochodowy, katastrofę kolejową, awaryjne lądowanie pojazdu powietrznego, ba, jest nawet wybuch atomowy! Akurat do tego ostatniego zastrzeżeń nie mam zupełnie, ale co do pozostałych, to może wolałabym, żeby bohaterowie przemieszczali się po globusie nieco wolniej, za to zdjęci większą trwogą. Tutaj morskie sceny z azjatyckiego planu czasowego – te wszystkie mgły, koszmary z głębi, no i moje ulubione macki. Tak, to było dobre.
Szczerze mówiąc, trudno mi zrozumieć, jakim cudem przywiązałam się do bohaterów. Eve budzi moją autentyczną sympatię, mimo że jej rola przez sporą część powieści polega na byciu w opresji i bieganiu nago (przepraszam, nie mogłam się powstrzymać, ale nawet ja zauważyłam, że bohaterka jakoś nie ma szczęścia do odzieży – a zazwyczaj zupełnie nie przeszkadzają mi takie sploty fabularne). Ale jest przy tym sympatyczna i można zrozumieć jej motywy. Japońska inspektor Misato Inoue to wręcz podręcznikowa Silna Postać Kobieca (nawet obronić przed gwałtem umie się w najbardziej hollywoodzki z możliwych sposobów), a nasi nadludzie w różnych czasach i miejscach na świecie: odpowiednio potężni i delikatni, targani wewnętrznymi rozterkami. Jak mówiłam: trzeba naprawdę sprytnie zbajerować czytelnika, żeby na serio zafrapowały go sekrety oraz prawdziwa natura Tajemniczego Głównego Bohatera, zwłaszcza jeżeli ten czytelnik wolałby, żeby oni już przestali się tak miotać po tajnych bazach wojskowych i mordować wszystkich na lewo i prawo.
OK, wiem, jak to wszystko brzmi: tak, jasne, że „Testament Damoklesa” jest kiczowaty! Jego fundamentem jest kiczowatość konwencji! Właśnie to miałam na myśli, pisząc, że jak się bawić, to się bawić, bo brak innego wyjścia. Taki pomysł musi mieć odpowiednio seriozną oprawę, bo tylko wtedy wybrzmi. Już pominąwszy oczywistość, że horror z przymrużeniem oka przestaje być straszny, a właśnie nadprzyrodzona groza jest w tym misz-maszu najsmaczniejsza.
Okładka, utrzymana w dziwnych żółto-sepiowych wyblakłościach, z japońską parą w czerni (on z pistoletem, ona z nieludzkimi pazurami) i alienowatym potworem czającym się (a jakże!) w półcieniach na skraju pola widzenia – zaskakująco dobrze pasuje do treści. Jeżeli jesteście gotowi na to, co zobaczycie, odpowiednio długo analizując okładkę, zapewne jesteście gotowi na „Testament Damoklesa”.
W swojej recenzji antologii opowiadań fantastycznych „Na nocnej zmianie” pisałam, że nie podoba mi się wykorzystywanie wątku nazistów w pewnego rodzaju gloryfikującej konwencji. Trudno ukryć, że tutaj wszyscy nadludzie są agentami gestapo, z tymi samymi popkulturowo ogranymi gadżetami strój-blond-image, który tak mi się tam nie spodobał przy wykorzystaniu nazistowskiej floty (a można by powiedzieć, że to przynajmniej była flota – przeniesiona w kosmos – a nie gestapo!). Naprawdę nie umiem powiedzieć, czemu tutaj przeszkadza mi to mniej. Może dlatego, że jakoś nauczyłam się (od opowiadań) ignorować tę część historii Worthingtona, zakładając, że to element alternatywnego „świata na opak”, przypadek „facet urodził się w tym czasie i miejscu, więc tak wyszło”, względnie jakoś to wynika z pierwszej powieści. Epatowania umundurowaniem i symbolami nie jest też zbyt dużo, a życie w Rzeszy nie jest wcale takie miłe, nawet jeżeli się jest uprzywilejowaną panienką z klasy średniej jak Eve. „Testament” nie jest też głęboką powieścią psychologiczną – Worthington szedł przez życie, niosąc śmierć, dla uchronienia ludzkości przed przedwiecznym złem, cierpi moralne rozdarcie, kropka. Macki są ważniejsze, bo to macki (czytaj: horror) są istotą opowieści, a Rzesza działa tylko jako tło generujące odmienność dziejów oraz kolejny kamyczek do kolekcji spiskowych teorii.
A tak na marginesie – skoro szefowa całej tej alternatywnej zwycięskiej Rzeszy rezyduje chwilowo w Londynie i ma na nazwisko Thatcher, to w sumie czemu tytułuje się ją Führer? Niemcy zawsze konsekwentnie końcówkują – Führerin (niechże by i Thatcher) brzmi równie krypnie.
koniec
4 lutego 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Krótko o książkach: Nie jedzcie bajkowych kucyków
Wojciech Gołąbowski

19 VIII 2019

Czy można napisać cokolwiek odkrywczego o dziewiątym już tomie opowiadań o przygodach Jakuba Wędrowycza?

więcej »

Klepsydra nad morzem
Joanna Kapica-Curzytek

18 VIII 2019

Klimat wakacji, burze dorastania i pięknie opisane ludzkie emocje. „Moje lato w Tenby”, choć schematyczne, mocno broni się rozmachem i niepowtarzalną atmosferą wielowątkowej opowieści.

więcej »

Nekrofil z Poznania
Sebastian Chosiński

17 VIII 2019

To zaskakujące, że spośród wszystkich polskich seryjnych morderców, ten najbardziej odrażający jest najmniej znany. Ukazała się wprawdzie na jego temat przed pięcioma laty książka, ale jej nakład był niewielki. Dobrze więc, że przed paroma tygodniami „Martwe ciała” Michała Larka i Waldemara Ciszaka zostały wznowione. Szkoda tylko, że w opowieści o Edmundzie Kolanowskim autorzy tak mało miejsca poświęcają jego biografii.

więcej »

Polecamy

Prawdziwe kłamstwa

Na rubieżach rzeczywistości:

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Licho nie śpi!
— Piotr Stelmach

Czas Atlantydy
— Kamil Sambor

Tegoż autora

Obcy z głębin
— Anna Nieznaj

Prywatne dramaty
— Anna Nieznaj

W niewoli bóstwa i jego skrzydlatych
— Anna Nieznaj

Absolutnie uroczy dżentelmen
— Anna Nieznaj

Niewrogie przejęcie
— Anna Nieznaj

Groza na rajskich wyspach
— Anna Nieznaj

Wespół w zespół – spojrzenie zza kulis
— Anna Nieznaj

Rewolucja!
— Anna Nieznaj

Wiedźmie kłamstwa
— Anna Nieznaj

Żarty żartami, a Breslau płonie
— Anna Nieznaj

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.