Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

Czesław Białczyński
‹Próba inwazji›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPróba inwazji
Data wydania4 marca 2013
Autor
Wydawca Solaris
SeriaArchiwum polskiej fantastyki
ISBN978-83-7590-121-4
Format250s.
Cena29,99
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Z kufy do Offa
[Czesław Białczyński „Próba inwazji” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Nietypowa technika, pomysłowe słownictwo i namacalna kreacja świata to niezaprzeczalne atuty „Próby inwazji” Czesława Białczyńskiego. Niestety, gorzej wyszło okiełznanie samej intrygi.

Jarosław Loretz

Z kufy do Offa
[Czesław Białczyński „Próba inwazji” - recenzja]

Nietypowa technika, pomysłowe słownictwo i namacalna kreacja świata to niezaprzeczalne atuty „Próby inwazji” Czesława Białczyńskiego. Niestety, gorzej wyszło okiełznanie samej intrygi.

Czesław Białczyński
‹Próba inwazji›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPróba inwazji
Data wydania4 marca 2013
Autor
Wydawca Solaris
SeriaArchiwum polskiej fantastyki
ISBN978-83-7590-121-4
Format250s.
Cena29,99
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Czesław Białczyński jest jednym z tych autorów, którym nie udało się mocniej wybić na rodzimym rynku fantastyki. A w sumie szkoda, bo wyobraźni i lekkiego pióra nie sposób mu odmówić. Nie ma się jednak co łudzić, że jego utwory są niesłusznie zapomnianymi perłami.
Wznowiona niedawno przez Solaris „Próba inwazji”, debiutancka powieść Białczyńskiego, to całkiem zgrabnie napisana historia, oparta na dobrym pomyśle, w dodatku zbudowana według oryginalnego, szeroko zakrojonego konceptu. Jej fabuła została udrapowana na rozgrywający się na obcym globie kryminał. Nieznany sprawca wykrada supertajne plany z instytutu zajmującego się lotami kosmicznymi, posługując się bronią, która formalnie nie powinna istnieć. Dochodzenie zostaje zlecone inspektorowi Insowi Offowi ze Straporu, czyli swego rodzaju policji. Nie będzie to jednak łatwa robota, bo część informacji instytut zachowuje wyłącznie dla siebie i dla śledczych z Oddziałów Specjalnych. Ambitny Off nie zamierza się poddawać, aczkolwiek coraz mocniej podejrzewa, że stawką są nie tylko skradzione tajemnice, ale także jego własne życie.
Żeby czytelnik nie zapomniał, że rzecz nie dzieje się na Ziemi, Białczyński wprowadził odpowiednio obce nazewnictwo nie tylko dla miast, dzielnic i ulic, ale również dla roślin, zwierząt, pojazdów i części przedmiotów codziennego użytku, co jakiś czas sprytnie dodając mimochodem różne niepasujące do ziemskich detale, jak choćby niebieski odcień skóry jednej z ras czy praktycznie kobiece obcasy u policjantów (nazywane wysokimi, wąskimi koturnami). Przy tym nazwy są nietuzinkowe, zdarza się, że komiczne (pojazdy to strad, ale i bobons, pistolet to kufa), niekiedy zaś stanowią wyraźną parelelę z naszym słownictwem (zabawa w kotka i myszkę to zabawa w „ousę i ontellę”, teatr to rtaet, etc). W tej sytuacji jak najbardziej na miejscu są krótkie, dziwaczne imiona bohaterów – jak choćby Ins, Agis, Era czy Foy – normalnie będące zmorą PRL-owskiej fantastyki.
Opowieść czyta się w miarę szybko i z zaciekawieniem, powodowanym głównie przez sprytne opisywanie odmiennego świata, wymuszające swego rodzaju zabawę w odgadywanie kształtu i przeznaczenia niektórych rzeczy. To niewątpliwy atut „Próby inwazji”. Białczyńskiemu wyjątkowo też udały się sekwencje przeprawy łodzią do izolowanego miasta, funkcjonującego trochę na zasadzie komunistycznej enklawy rządzonej przez bezwzględne gangi, pościgu w tymże mieście, a także obławy w rodzimej metropolii inspektora. Bez problemu można wówczas wsiąknąć w przedstawioną sytuację i niemal poczuć ów obcy świat, odmalowany w pełnej palecie barw. Co nie jest znowuż aż tak częstym zjawiskiem w SF, nawet tej importowanej.
Na tym jednak kończą się plusy. Przede wszystkim zgrzyta tutaj psychologia postaci, powodująca, że w narracji trafiają się przykre, wybijające z rytmu wyboje. Przykładowo – śledztwo się rozkręca, pojawiają się nowe wątki, Off zabiera się za przesłuchiwanie ludzi i nagle… Trach! Jego rudowłosa sekretarka ni z tego, ni z owego, rzuca mu się w ramiona. Uczucie płonie ogniem. Bo w końcu seksowne dzierlatki mają – przynajmniej według krajowych autorów – zakodowane w genach parcie na podstarzałych, oschłych, czy wręcz chamskich, facetów. Co więcej, sekretarka – słodka, piękna i delikatna – okazuje się być szmatą (to jej własne słowa), bo przez rok robiła za niewolnicę szefa służb specjalnych (jaką, to się autor nie zająknął, ale domyślić się można). I dosłownie wszyscy o tym wiedzą. Poza nadprzeciętnie bystrym inspektorem, który zatrudnił ją u siebie jako sekretarkę.
Zaraz potem śledztwo wraca na wartkie tory. Inspektor wydaje polecenia, rozmyśla, a w końcu krąży po mieście, by w pewnej chwili… porwać z ulicy sekretarkę okradzionego instytutu. Wrzeszczy na nią, łapie za kołnierz, ściska ręce i rzuca: „Musi pani powiedzieć wszystko i najlepiej, żeby pani przełożeni nie dowiedzieli się o naszym spotkaniu!” Po czym zadaje jedno pytanie, i puszcza. Gdy zaś wraca do biura, wybucha jakaś kuriozalna awantura z szefem, który żegna inspektora frazą „(…) pamiętaj, że nie masz we mnie przyjaciela, ale nigdy nie będę twoim wrogiem.”
Inne problemy to sporadycznie wypływające na wierzch niezbyt dobre dialogi, nadmierne zamiłowanie do wykrzykników, a także stosowanie nie do końca adekwatnych do sytuacji określeń („Technicy zajęli się odciskami, zbieraniem próbek i tym podobnych bzdurek”). Szczęśliwie z czasem albo narracja trochę się wygładza, albo przestaje się zwracać uwagę na takie wyskoki, w związku z czym lektura płynie z większą swobodą.
Do pewnego momentu, kiedy dopada czytelnika silne wrażenie, że sednem „Próby inwazji” tak naprawdę wcale nie miał być kryminał. Pierwotny zamysł zdawał się obejmować bowiem głównie to, co figuruje w tytule – kwestię inwazji. To ona miała stanowić rdzeń opowieści. Białczyńskiemu chyba jednak za dobrze się pisało wątek kryminalny, bo nim się pohamował w twórczej gorączce, inwazja zeszła w dalekie tło. To prawda, w jakimś stopniu wciąż stanowi ona oś intrygi, ale ze strony na stronę ma coraz mniejsze znaczenie dla samej fabuły. I gdy kryminał zyskiwał ostatni szlif, autor niespodziewanie przypomniał sobie, że przecież miał pisać o czym innym, i pospiesznie naskrobał 15 stron ni to wyjaśnienia, ni to domknięcia wątków. Że pospiesznie, to widać po chaotycznej, niejasnej narracji, z której praktycznie nie sposób nic konkretnego wyłowić. Z grubsza wiadomo, co się dzieje, ale dlaczego – już nie. Kto czym steruje, co skąd się wzięło i czemu wyszło tak, a nie inaczej – tego nam finał nie wyjawi. Możemy się pewnych rzeczy domyślać, ale tylko mgliście. I to nie w ten pozytywny mglisty sposób, gdy dostajemy pożywkę dla umysłu i przez kolejne godziny próbujemy rozgryźć zawiłą zagadkę. Ta mglistość jest bliższa bełkotowi, który męczy plątaniną wrzuconych byle jak zdarzeń, nie dających się z niczym powiązać. Bo oczywiście autor nie zdążył podzielić się z czytelnikiem połową istotnych informacji, które w teorii powinny zostać rozsiane po wątku kryminalnym. Trudno więc w ostatecznym rozrachunku uznać „Próbę inwazji” za dzieło szczególnie udane i warte polecenia.
koniec
12 lutego 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Klasyka gryziona po kostkach
Jarosław Loretz

15 IX 2019

„Miła dziewczyna”, gromadząca kilkanaście opowiadań Fritza Leibera, miała być ucztą dla czytelnika spragnionego starszej, amerykańskiej science fiction. Niestety, zaproponowane dania są trudne do przełknięcia i grozi po nich solidna niestrawność.

więcej »

Kanibal z Niebuszewa
Sebastian Chosiński

14 IX 2019

Max Czornyj – adwokat i pisarz – pozazdrościł chyba Remigiuszowi Mrozowi i postanowił pościgać się z nim w liczbie wydawanych książek. Opublikowany w sierpniu „Rzeźnik”, w którym opisał losy i zbrodnie Józefa Cyppka, być może najokrutniejszego seryjnego mordercy w dziejach Polski Ludowej, jest jego czwartą powieścią w tym roku. I chociaż czyta się ją ekspresowo i z zainteresowaniem, prawdopodobnie zapomni się o niej tak samo szybko…

więcej »

Krok we właściwą stronę
Joanna Kapica-Curzytek

13 IX 2019

W książce „Żeby nie było zgorszenia. Ofiary mają głos” najważniejszy jest podtytuł: to molestowane ofiary własnym głosem mówią o tym, co je spotkało ze strony duchownych. Często jest to przerwanie milczenia po latach. Przełamywanie własnego wstydu i niezrozumienia ze strony tych, którzy słuchają. Pokonywanie strachu przed stygmatyzowaniem.

więcej »

Polecamy

Nowe rozdanie

Na rubieżach rzeczywistości:

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Marzec 2015
— Jacek Jaciubek, Jarosław Loretz, Marcin Mroziuk, Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Klasyka gryziona po kostkach
— Jarosław Loretz

Wizyta w raju. Ponoć.
— Jarosław Loretz

Bazarki z kosmosu
— Jarosław Loretz

Międzygwiezdne czułości
— Jarosław Loretz

Święto zmarłych na ckliwie
— Jarosław Loretz

Brudne szpony bioenergoterapeutów
— Jarosław Loretz

Kwestia zaufonia
— Jarosław Loretz

Obraz niezdecydowania
— Jarosław Loretz

Wędrować też trzeba umieć
— Jarosław Loretz

Bracula
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.