Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 11 grudnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

‹Zabawa w Boga›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZabawa w Boga
Data wydania10 lipca 2017
IlustracjeAlicja Tempłowicz
Wydawca ŚKF
SeriaŚcieżki wyobraźni
FormatePub, Mobipocket, PDF
Cena9,99
Gatunekfantastyka
Zobacz czytniki w
Skąpiec.pl
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk

Trzynastu twórców
[„Zabawa w Boga” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Poprzedzająca „Skafander i melonik” antologia pt. „Zabawa w boga” jest ciekawą pozycją zawierającą opowiadania różnorodne, a zarazem prezentujące dość wyrównany poziom.

Beatrycze Nowicka

Trzynastu twórców
[„Zabawa w Boga” - recenzja]

Poprzedzająca „Skafander i melonik” antologia pt. „Zabawa w boga” jest ciekawą pozycją zawierającą opowiadania różnorodne, a zarazem prezentujące dość wyrównany poziom.

‹Zabawa w Boga›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZabawa w Boga
Data wydania10 lipca 2017
IlustracjeAlicja Tempłowicz
Wydawca ŚKF
SeriaŚcieżki wyobraźni
FormatePub, Mobipocket, PDF
Cena9,99
Gatunekfantastyka
Zobacz czytniki w
Skąpiec.pl
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Miałam okazję przeczytać w sieci sporo ciepłych słów na temat tego tomiku, ale jakoś umknął mi fakt, że „Zabawa w boga” jest dostępna za darmo w formacie cyfrowym. Od lektury odstręczała mnie także szpetna okładka (byłam przekonana, że chodzi o papierową książkę, tyle że oferowaną w ograniczonej dystrybucji). Niedawne poszukiwania informacji o utworach nominowanych do Zajdla pozwoliły mi na odnalezienie strony sekcji literackiej Śląskiego Klubu Fantastyki i, co za tym idzie, ściągnięcie sobie pliku. Przeczytany przeze mnie wcześniej „Skafander i melonik” prezentował przyzwoity poziom i tutaj jest podobnie.
Antologia mieści czternaście utworów – pierwszy i ostatni z nich pochodzą z zagranicy, a ich autorem jest nominowany do najważniejszych branżowych nagród amerykański pisarz Benjamin Rosenbaum. „Przyjmujący nowe” zwraca uwagę pomysłem na nietypowych, nieludzkich bohaterów. Wymyślone przez autora istoty przechowują wspomnienia w przyssanych do ich ciał symbiontach, co stanowi przyczynek do krótkiej, lecz ciekawej opowieści o tożsamości, pamięci i kłamstwie. Z kolei „Pomarańcza” to miniatura – zgrabna i dość świeża, czyta się przyjemnie.
Pierwszym z opowiadań napisanych przez polskich autorów jest „Chirurg” Anny Hrycyszyn, rozgrywający się w „naszym” świecie wzbogaconym o pierwiastek nadnaturalny i opowiadający o pewnym cudotwórcy, który popełnił błąd. Tekst spodobał mi się bardziej niż „Detektyw Fiks…” – wydaje się dojrzalszy, przekonali mnie też bohaterowie i sposób nakreślenia tła.
Jak już słusznie zauważył redakcyjny kolega, „Kary i żywioły” Jesiona Kowala (wciąż zastanawiam się, czy to prawdziwe imię autora, czy pseudonim…) sprawią więcej czytelniczej frajdy osobom znającym „Burzę” Szekspira. Ja do nich nie należę, więc dodam tylko, że na plus zaliczam sposób odmalowania społeczności mieszkańców bloku. Eufemistycznie rzecz ujmując, nie przypadł mi natomiast do gustu styl – chęć uczynienia języka „bardziej literackim” zaowocowała fragmentami, gdzie „kwiecistej mowy” było po prostu za dużo, jak choćby tutaj: „po drugiej stronie stało masywne biurko: pojedynczy, wielki, sflaczały kosmek wypuszczony w tym miejscu przez oślizłą od lamperii i użółkłą od nikotyny ścianę. Lampa świeciła tylko jedną z dwóch żarówek, zwracając ku wszystkim swój niesparaliżowany profil. Powietrze jak tchnienie insektoidalnego boga urzędów; łączony wyziew materiału ludzkiego i biurowego”, „ruchliwe brwi pana Cząstka wznosiły pod sufit swój niemy lament, a pojedyncza, gruba bruzda na czole pana Eustachego wyglądała, jak gdyby chciała wszystkich opluć.”
Znacznie lepiej z klasyką obeszła się Anna Askaldowicz, w „Koronie Północy” opowiadająca dalsze losy Dionizosa i Ariadny, zmuszonych żyć w świecie, który zapomniał o starych bogach. Bardzo nastrojowa, elegancko napisana rzecz, skojarzyła mi się z niedawno czytaną „Zagrodą zębów” Szostaka. Jeden z moich ulubionych tekstów z tej antologii.
„Kot z pudełka” Łukasza Marka Fiemy dla odmiany okazał się całkiem sympatyczną, osadzoną w sztafażu SF historią o kobiecie przygarniającej tytułowe zwierzę, znalezione w mieszkaniu tragicznie zmarłego przyjaciela. Fabuła nie jest tu specjalnie skomplikowana, ani zaskakująca, ale przyjemny styl i pozytywny wydźwięk zdecydowanie umilają lekturę.
Podobne odczucia towarzyszyły czytaniu znajdującego się nieco dalej „Marzenia Rotha” Małgorzaty Binkowskiej. Tu na uwagę zasługuje pomysł na tytułowego bohatera oraz sposób jego porozumiewania się ze zwykłymi ludźmi. Szkoda, że autorka nie wyjaśniła kim właściwie są „hybrydy”.
Jak to często bywa z SF zatrącającym o obszary, na których trochę się znam, „Lek” Marty Potockiej pamiętam głównie z niezbyt trafionego pomysłu na to, czym miałby być specyfik pozwalający leczyć nowotwory. Wedle autorki jeden ze składników czynnych miałby pozwalać na rozpoznanie błony komórkowej komórek nowotworowych, a drugi uniemożliwiać tymże komórkom pobieranie tlenu. Niestety, w praktyce nie jest tak kolorowo jeśli chodzi o odróżnianie zmutowanych komórek od zdrowych. Do tego akurat tlen wnika przez błony na drodze dyfuzji, a nie dzięki jakimś przenośnikom, których aktywność można by hamować podając odpowiedni inhibitor. Jakby tego było mało, komórki nowotworowe, a zwłaszcza te najbardziej złośliwe, cechuje metabolizm zmieniony w ten sposób, że mogą one funkcjonować w bardzo niskich stężeniach tlenu1). Zastanawia mnie też kwestia pozbywania się obumarłych komórek, zwłaszcza w kontekście uwagi na temat tego, że lek miałby być skuteczny także u pacjentów w fazie terminalnej. Choć trzeba też napisać, że autorkę bardziej interesowały skutki powstania taniej, łatwo dostępnej terapii antynowotworowej. Wnioski, które chciała przekazać, wydają mi się przynajmniej częściowo trafne2), sądzę też, że niejednego czytelnika takie chłodne, pragmatyczne spojrzenie może skłonić do refleksji. Już z „nienaukowej” strony – pojawiający się w ostatniej scenie politycy, gotowi poświęcić się dla świata, wydali mi się wizją zbyt naiwną.
Negatywne konsekwencje życia przedłużanego dzięki postępowi medycyny przedstawia także Alicja Tempłowicz w „My eter”. Tym razem historia została osadzona w steampunkowym uniwersum. Czytelnik ma okazję śledzić losy upadku pewnego szlacheckiego rodu w czasie rewolucji przemysłowej. Brawa dla autorki za interesujące przedstawienie bohatera, a zarazem narratora – tak odległego od nas pod względem światopoglądu.
Jednym z dziwniejszych tekstów w zbiorku jest „Mrok zabije wieloryba” Olgi Niziołek – bo jak inaczej określić opowiadanie o kobiecie z wielorybem w brzuchu i mężczyźnie zdolnym pokrywać dotykane przez siebie obiekty czernią. Jakimś cudem pomimo tak karkołomnych pomysłów historia potrafi zaangażować emocjonalnie (może też dlatego, że autorka zgotowała swoim bohaterom mnóstwo przeciwności losu, czasem nawet wbrew logice3)). Oryginalne.
Ciekawie prezentuje się też „Ordan” Magdaleny Czarneckiej, z akcją osadzoną w świecie łączącym estetykę westernu z SF. Tytułowy ordan to rodzaj surowca, którego pozyskiwaniem zajmują się tropiciele, przemierzający niegościnne, suche tereny obcej planety, gdzie ludzie są jedynie gośćmi.
W „Sercu Vann” Karoliny Fedyk dostrzegłam podobne wady, jak w tekście tej autorki opublikowanym w „Skafandrze…” – brak sensownie rozplanowanego dawkowania informacji o świecie i bohaterach oraz budowania fabuły. W efekcie czytelnik błądzi we mgle, nie mając dość informacji, by próbować odgadnąć co, po co i dlaczego. Jakie były motywacje jednej z bohaterek, odbiorca dowiaduje się dopiero pod koniec opowiadania, co powoduje ujawnienie całego wątku, wcześniej w żaden sposób nie sygnalizowanego. Miało być zaskakująco, wyszło – przynajmniej w moim odczuciu – zniechęcająco. Motywacje i decyzje bohaterów wydają się słabo „umocowane” w całości. Po skończonej lekturze pozostaje się z pytaniami – właściwie czemu do celu zmierzano tak okrężną drogą, zakładającą liczne niewinne ofiary i co właściwie było przyczyną zamienienia się pewnej postaci w kamień. Sądząc z nazw własnych, akcja toczy się w tym samym uniwersum, co recenzowana przez redakcyjną koleżankę niedawno wydana powieść Fedyk pt. „Skrzydła”.
Po fantasy, czas na zmianę klimatu, czyli „Warunek początkowy” Krystyny Chodorowskiej. To SF bliskiego zasięgu o muzyku, wykorzystującym w trakcie swoich koncertów hologramy i poszukującym sposobów na ulepszenie występów. Pomysł na technologię ciekawy, choć odniosłam wrażenie, jakby fabuła była głównie opakowaniem dla niego. Przyznam, że sama za największą zaletę koncertów uważam granie na żywo przez żywych ludzi, ale przecież występy z playbacku cieszą się popularnością, a stosunkowo niedawno było głośno o tym, jak Madonna wykorzystała hologramy w jednym ze swoich występów. Popyt na takie przedstawienia nie wydaje się zatem niemożliwy.
Ostatnim z polskich opowiadań jest „Wyliczanka” Agnieszki Zapart. W pewien sposób to opowiadanie koresponduje z tekstem Kowala – jest powrotem w czasy minione. Bieda i ciężkie warunki życia dzieciaków z ubogiej dzielnicy Katowic zostaje tutaj zestawiona z ich staraniami, by choć trochę umilić sobie dzieciństwo, a we wszystko wkrada się wątek nadprzyrodzony. To mój drugi ulubiony tekst zbioru, po trosze ze względu na sentyment związany z grami RPG, ale w dużej mierze także dzięki bardzo dobremu stylowi autorki. Pozwolę sobie na kilka przykładów: „przepalony letnim słońcem błękit podgląda naszą zabawę przez rzęsy porastającej spękany parapet trawy”, „upał sączy się z nieba złocistym miodem, sprawiając, że rzeczywistość lepi się i spowalnia (…) zamykam oczy, łapiąc pod powieki powidoki chmur”, „słońce broczy czerwienią, barwiąc skłębione na zachodzie chmury miedzianymi refleksami”.
Zgromadzone w antologii opowiadania przynależą do rozmaitych pododmian fantastyki, ale co ciekawe, tej różnorodności treści towarzyszy wyrównana jakość tekstów. „Zabawa w boga” to solidny zbiorek, wart polecenia.
koniec
4 lipca 2019
1) Kiedy chodziłam na studia, na wykładzie słyszałam o możliwości wykorzystania oksymetrii EPR do wykrywania guzów. Miało się to opierać na tym, że wewnątrz guzów stężenie tlenu jest mniejsze, metoda teoretycznie pozwalałaby wykryć takie rejony w organizmie. Metoda wydawała się tak piękna – nieinwazyjna, pozwalająca „przeskanować” ciało w poszukiwaniu nowotworu, istne SF. Technologia była w fazie testów na myszach. Od tamtej pory minęło już kilkanaście lat i nie słychać o wdrożeniu. Zastanawiam się, czy okazała się za droga, czy też w przypadku tak dużego organizmu jak człowiek pojawił się problem z jakością sygnału… Jeśli ktoś miałby ochotę poczytać sobie o zmienionym metabolizmie komórek nowotworowych, można zobaczyć tutaj, a o pomysłach na obrazowanie wykorzystujące możliwość mierzenia lokalnego stężenia tlenu w tkankach – tutaj.
2) Częściowo, bo wciąż pozostają choroby neurodegeneracyjne, czy nawet pomijając je – starzenie się układu nerwowego. Swego czasu w książce „Życie mózgu” przeczytałam, iż przy najlepszym splocie „okoliczności zdrowotnych”, mózgu „starczyłoby” nam na maksymalnie 120 lat życia. Na marginesie dodam, że skuteczna terapia nowotworów doprowadziłaby do wzrostu zachorowań w młodym wieku. Już wyjaśniam dlaczego. Żeby wykształcił się nowotwór nie wystarczy jedna mutacja, musi ich w danej linii komórkowej wystąpić co najmniej kilka i to nie w dowolnych genach, a takich, które po zmianach będą sprzyjały rozwojowi nowotworu. Jeżeli od rodziców otrzyma się zmutowany gen lub geny, prawdopodobieństwo tego, że nowotwór się rozwinie jest większe. Jeżeli wzrasta wyleczalność nowotworów, więcej osób noszących zmutowane geny w linii komórek generatywnch przekaże je potomstwu.
3) Właścicielom fabryki powinno raczej zależeć na tym, by informacje o wadach ich produktów nie wydostały się do opinii publicznej.

Komentarze

05 VII 2019   10:54:59

Marta, nie Małgorzata Potocka. I właśnie o chorobach neurodegradacyjnych jest fragment w domu opieki dla starszych ludzi. A za uwagi na temat samych komórek nowotworowych dziękuję.

05 VII 2019   12:07:05

Sorry, nie wiem, skąd mi się ta Małgorzata wzięła, teraz sprawdzam na sieci, że jest taka reżyserka, więc pewnie jakieś autouzupełnienie się włączyło. Poproszę na liście, żeby ktoś to zmienił.

Tak, jest tam wspomniane, ale też i ci staruszkowie nie są aż w takim złym stanie. Moja babcia nie ma 90tki, a już jej się wszystko miesza, aż smutno słuchać.

Jakby były jakieś pytania, to ja mogę spróbować odpowiedzieć w miarę możliwości, choć ja się nowotworami nie zajmuję, ledwo kilka kursów miałam na studiach i to już dawno.

Co ciekawe np. na jednym kursie nam mówiono o perspektywach terapii, która miałaby hamować unaczynianie guzów - właśnie, żeby ogranicznyć dostęp tlenu do komórek nowotworowych, co miałoby hamować ich wzrost.

Na drugim - że odwrotna strategia jest lepsza, bo ułatwia dostęp leków to raz a dwa najbardziej złośliwe linie komórek rakowych tworzą się w warunkach hipoksji. Bardziej mnie przekonano na tym.

Nie śledzę tego, więc nie wiem, czy doszli do konsensusu.

Moim zdaniem, sensowna terapia antynowotworowa to byłaby spersonalizowana terapia oprata na narzędziach edytowania egnomu (CRISPR/Cas). Tylko jest jedno wielkie ale - wydaje mi się, że nadal nie ma skutecznej metody wydajnej transfekcji nazwijmy to ogólnoustrojowej.


05 VII 2019   12:19:50

Tak, jest taka reżyserka, ale nie mam z nią absolutnie nic wspólnego ;)

Co do efektów neurodegradacji, to ciężko podchodzić do tematu liniowo, na zasadzie "w tym wieku będzie tak i tak". Są przypadki degradacji mózgu po pięćdziesiątce, są i stuletni profesorowie wykładający nadal na uczelniach. W tekście założyłam, że to społeczeństwo oferuje wysoką - z naszego punktu widzenia - jakość prewencji i leczenia takich problemów, ale też że cudów nie ma i większość ludzi jednak może dojść do etapu takiego, jaki tam opisałam.

Jeśli chodzi o leczenie nowotworów, to na fachową dyskusję brakuje mi wiedzy, jestem elektroenergetykiem, z naukami biologicznymi nie miałam nic wspólnego. Z tego co pamiętam, pisząc tekst poczytałam o nowych badaniach i wybrałam na chybił trafił jeden koncept, który potem po swojemu opisałam. Prawdopodobnie było to właśnie to, co co piszesz o hamowaniu unaczynniania guzów i odcinaniu im tlenu.

05 VII 2019   12:31:20

Jasne (na listę prośbę posłałam)

Problem z nowotworami jest taki, że są bardzo różnorodne, bo różne zestawy genów mutują. Oczywiście są geny których mutacje bardzo sprzyjają rozwojowi nowotworu, więc ich mutacja będzie się powtarzać w wielu nowotworach.

W ogóle główny, moim zdaniem, problem jest taki, że istnieje swego rodzaju równowaga - na jednej stronie mamy starzenie, na drugiej proliferację komórek, która, jeśli wymknie się spod kontroli prowadzi do nowotworzenia.

Dobra, nie przynudzam, wracam do pracy.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Krótko o książkach: Esej o realizmie
Miłosz Cybowski

10 XII 2019

„Osobiście nie widzę wiele sensu w dyskutowaniu o gdyby” pisze w podsumowaniu swojej książki Ziemkiewicz. I może nie jest „Jakie piękne samobójstwo” pełnym alternatyw dziełem pokroju tworów Zychowicza, ale autor daje się ponieść fantazji i gdybaniu.

więcej »

Stara miłość nie rdzewieje. Ale nienawiść też
Marcin Mroziuk

9 XII 2019

Dziewięć opowiadań zebranych w „Kamiennym posłaniu” różni się pod wieloma względami, ale ich wspólną cechą bez wątpienia jest wysoki poziom literacki. Margaret Atwood potrafi nas tutaj zarówno przerazić, jak i rozbawić, ale przede wszystkim wnikliwie przygląda się ludzkiej naturze.

więcej »

Uszczęśliwić wszystkie dzieci
Joanna Kapica-Curzytek

8 XII 2019

„Życie i przygody świętego Mikołaja” to zbiór pięknych, pełnych magii opowieści wyjaśniających, skąd wziął się Mikołaj i bożonarodzeniowe tradycje.

więcej »

Polecamy

„Bycie” jest kalejdoskopem

Na rubieżach rzeczywistości:

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Metafizyczna fantastyka ze Śląska
— Marcin Mroziuk

Tegoż autora

Prawda to nie towar w sklepie
— Beatrycze Nowicka

Środkowy rozdział
— Beatrycze Nowicka

Przesilenia
— Beatrycze Nowicka

Jak dziewczyna o nieskończonych rzęsach ratowała magię
— Beatrycze Nowicka

Morderstwa, magia i afery szpiegowskie
— Beatrycze Nowicka

Wszystko za Nangę
— Beatrycze Nowicka

Miasto zawieszone w powietrzu
— Beatrycze Nowicka

Nietrwałe wizje
— Beatrycze Nowicka

Tam, gdzie spadają anioły
— Beatrycze Nowicka

Ciężar ambicji
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.