Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 sierpnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Jacek Piekiełko
‹Ciemne siły›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCiemne siły
Data wydania24 maja 2017
Autor
Wydawca Videograf
ISBN978-83-7835-577-9
Format336s. 135×208mm
Cena32,90
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 28,97 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Brudne szpony bioenergoterapeutów
[Jacek Piekiełko „Ciemne siły” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
1 2 »
Chłystowie, radienija, Rasputin – to całkiem ciekawy zestaw, na którym można zbudować fascynującą powieść grozy. Niestety, jak uczy przykład „Ciemnych sił” Jacka Piekiełki, sam pomysł to za mało. Przydałoby się jeszcze jako takie opanowanie warsztatu pisarskiego.

Jarosław Loretz

Brudne szpony bioenergoterapeutów
[Jacek Piekiełko „Ciemne siły” - recenzja]

Chłystowie, radienija, Rasputin – to całkiem ciekawy zestaw, na którym można zbudować fascynującą powieść grozy. Niestety, jak uczy przykład „Ciemnych sił” Jacka Piekiełki, sam pomysł to za mało. Przydałoby się jeszcze jako takie opanowanie warsztatu pisarskiego.

Jacek Piekiełko
‹Ciemne siły›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułCiemne siły
Data wydania24 maja 2017
Autor
Wydawca Videograf
ISBN978-83-7835-577-9
Format336s. 135×208mm
Cena32,90
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 28,97 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Po kolejnej słabej powieści grozy rodzimego autora zaczynam się zastanawiać, na czym polega fenomen odrodzenia się w Polsce horroru. Bo po latach, czy wręcz dekadach posuchy, powieści tego typu pisze się u nas coraz więcej, i znajdują one spore grono odbiorców. I to najwyraźniej zadowolonych odbiorców, skoro gros z gatunkowych publikacji ma nieodmiennie bardzo wysokie oceny i chwilami wręcz ekstatyczne opinie, nie zawsze dające się wytłumaczyć mrówczą pracą marketingowców z wydawnictw publikujących horrory, czy recenzencką wdzięcznością za otrzymane gratisy. Z czego jednak wynika ten zachwyt, skoro często powieści te są napisane słabo, i to od każdej strony? Cała ta sytuacja przypomina casus Guya N. Smitha, którego książki sprzedawały się na początku lat 1990-tych w gigantycznych nakładach mimo praktycznie zerowych wartości literackich. Tyle że wtedy horror był na polskim rynku nowalijką i w pewnym sensie chwytanie się za wszystko, co tylko wydawcy oznaczyli jako grozę, było usprawiedliwione. Ale dzisiaj…? Czy miłośnikom makabry, morderstw i sił nieczystych jest naprawdę obojętne, na co wydają pieniądze?
Do tych niewesołych przemyśleń skłoniła mnie lektura „Ciemnych sił” Jacka Piekiełki. Początkowo – ponieważ jest to powieść debiutancka – pewne rzeczy puszczałem mimo oka, ale że z każdą kolejną stroną coraz bardziej grzązłem, dramatycznie tracąc tempo czytania, w końcu nie zdzierżyłem i zacząłem sobie wynotowywać co ciekawsze kwiatki. A miałem na to czas, lektura niepozornej książki zajęła mi bowiem blisko dwa tygodnie. Dlaczego? No cóż…
Przede wszystkim zawiodła fabuła. Na początku czytelnik zostaje uraczony enigmatycznymi, w zasadzie zbędnymi retrospekcjami, serwującymi informacje w większości obecne w dalszej części książki. Dwadzieścia stron później zaczyna się właściwa akcja, której głównym zrębem jest wyprawa trójki warszawskich archeologów oraz francuskiego tłumacza do Rosji, w okolice Bajkału, gdzie grupa ma nadzieję znaleźć carskie insygnia. Zamiast tego znajduje trumnę z… Rasputinem. W tym momencie intryga dostaje nieoczekiwanych konwulsji i zsuwa się nieprzytomna do pobliskiego rowu melioracyjnego, akcja zaś wpada na drzewo (znaczy się trumnę) i przymroczona zaczyna zataczać wokół niego chwiejne kółka. Innymi słowy – bohaterowie się żrą między sobą, miejscowi o coś się wkurzają, a widmo Rasputina krąży po okolicy, w pewnej chwili dokonując nawet gwałtu.
Ponieważ akcja wciąż nie może się odkleić od drzewa, w które przydzwoniła, na stronie 135 trafia się ślad autorskiej siekiery. W ramach przerywnika pojawia się bowiem… stustronicowa retrospekcyjna odskocznia od Syberii. Nie ma widm, nie ma archeologów, jest za to Warszawa, okaleczenia kobiet i dziarski detektyw. A wszystko poszatkowane, mętne, niezbyt ciekawe, i do tego pozbawione większego znaczenia dla głównego wątku „Ciemnych sił”. Gilotyna dla klimatu, który i tak płożył się niemrawo, z rzadka wysuwając czułek to tu, to tam. I zarazem gehenna dla kogoś, kto chciał poczytać o demonicznym Rasputinie i tajemniczej rosyjskiej sekcie. Kto liczył na grozę.
Sto stron później przywrócona do pionu, zabandażowana i wzmocniona nalewką babuni akcja rusza wreszcie dziarsko do natarcia. I z miejsca wycina hołubca. Otóż okazuje się, że – uwaga, będę zdradzał elementy intrygi; osoby pragnące przeczytać książkę uprasza się o przeskoczenie od razu do następnego akapitu – siły, z którymi muszą się mierzyć bohaterowie, mają swoje źródło w wierzeniach dawnej sekty chłystów, której to członkowie po śmierci przyjmowali wygląd… Rasputina. Każdy jeden. Niezależnie od wyjściowej płci. Zaraz potem następuje hołubiec numer dwa – moce chłystów wykorzystują teraz do niecnych celów parszywi… bioenergoterapeuci. Tworzący najprawdziwszą sektę – z praniem mózgów, porywaniem młodych dziewcząt, seksualnymi orgiami i rojeniami o władzy nad światem. Bo przecież zawsze o to im chodziło. Zaś jedyną siłą zdolną złamać moc klątwy bioenergoterapeutów jest… msza święta. Taka klasyczna, w katolickim kościele.
Skoro już ustaliliśmy, że fabuła „Ciemnych sił” jest… eee… oryginalna, przejdźmy do pozostałych problemów. Kolejnym z nich jest fatalna psychologia postaci, z bohaterami działającymi według zupełnie niezrozumiałych motywacji, posiadającymi abstrakcyjne skoki emocjonalne, w jednym akapicie kłócącymi się zawzięcie, w drugim tulącymi się do siebie, a w trzecim znów udającymi, że się nie znają. Równie złe, sztuczne, są dialogi. Oprócz tego trafiają się kuriozalne niekonsekwencje fabularne. Grupowa modlitwa „przechodziła w krzyk”, ale kilka akapitów dalej „mijały kolejne minuty, modlitwa odmawiana była coraz głośniej”. Bohater ucina wywody popa stwierdzeniem „Wiem, czym zajmowali się chłyści”, ale dwa akapity dalej prosi: „Może ojciec coś więcej powiedzieć o chłystach?” We śnie kobieta jedzie skuterem „przez most przecinający szeroką rzekę”, ale jeszcze w tym samym akapicie spada z niego „wprost do rwącej rzeczki”. Policjant chowa po oddaniu strzału broń do kabury, by kilka akapitów dalej frasować się, że trzymana w ręku „broń ciążyła jak nigdy dotąd.”
Jednak tym, co najmocniej dobija, jest koślawy język, jakim jest napisana cała książka. Mnóstwo w nim różnych językowych potknięć, błędnych związków frazeologicznych, nadużywania zaimków osobowych, a do tego niekiedy autor ewidentnie ma kłopoty z właściwym opisaniem rzeczy, którą sobie wyobraził. W efekcie książkę czyta się chwilami jak po grudzie, bo przed wizualizacją sceny trzeba najpierw zdekodować zaoferowany na kartach powieści przekaz. Jacek Piekiełko nie jest może kolejnym polskim „Dante Alighieri”, ale nadal potrafi dostarczyć niezamierzonej rozrywki bardziej wybrednemu czytelnikowi:
„Miał nogi tak krzywe, jakby całe życie spędził, siedząc na leżącej beczce.” (s. 38)
„Z jej głowy wystawał wąż, który przebiwszy czaszkę, wysysał mózg kobiety.” (s. 53) – tu konieczna jest uwaga, że i „jej”, i „kobiety”, dotyczy jednej i tej samej osoby.
„Nie uśmiechała mu się wizja przerzucenia się na ruskie badziewie, jak w myślach nazywał miejscowe papierosy. „Pewnie i tak podrabiane” – skwitował.” (s. 54) – kto i po co miałby podrabiać lokalne papierosy, zapewne będące klasy naszych legendarnych „Sportów” czy „Klubowych”?
Trumna „spadając na ziemię, pękła w miejscu, gdzie spoczywało wieko.” (s. 57) – uściślając: mowa o wieku trumny, która spadła.
„Zrobił parę kroków, po czym usiadł na trawie, krzyżując ręce na wysokości kolan.” (s. 69)
„Wyczerpany organizm płata ci figla.” (s. 83)
Hałdy odpadków obok budynku mieszkalnego oznaczały, że „widocznie żadna firma za bardzo nie przejmowała się utylizacją śmieci.” (s. 83)
„Wtedy Jean-Pierre poczuł czyjąś obecność w domu, lecz była to obecność intruza.” (s. 88)
„Była kobietą niezależną, dojrzałą emocjonalnie, a co najważniejsze doskonale znała potrzeby swego ciała, domagającego się teraz pieszczot. Pragnęła, aby przed snem zalała ją fala gorących dreszczy, chciała być bierna (…).” (s. 94) – jak to kobieta niezależna…
„Rzucił niedopałek za okno i ruszył do pokoju, podejmując szaloną decyzję: „Muszę dowiedzieć się, co ten facet kombinuje.” (s. 100)
„Dwa metry niżej dojrzał blaszany dach, prawdopodobnie jakiejś dobudówki, może garażu – mógł to ocenić tylko w jeden sposób. Wyskoczył, nie oglądając się za siebie.” (s. 103)
„- Nie chcę tego słuchać. Jestem zmęczona, idę spać. – A więc o to chodzi… Gdy mówię o moich badaniach, działa to na ciebie jak płachta na byka.” (s. 107)
„Zajął wysoki stołek barowy, oparł łokcie o ladę i w momencie poczuł się lepiej.” (s. 120)
„Skąd to macie? – tłumaczył Dymitr.” (s. 129)
„- Po co w ogóle była ta rozmowa? (…) – Chciałem sobie jakoś to wszystko poukładać. – Pytając popa o jakieś chłystowskie pierdoły? – Masz lepszy pomysł? – Jak zawsze wymyślasz spiskowe teorie dziejów.” (s. 133)
„Larum paniki, strachu i niedowierzania.” (s. 160)
„Politurowane biurko lśniło; masywne, zdobione rycinami, idealnie pasowałoby do gabinetu noblisty literackiego (…).” (s. 162) – bo dla zdobywcy Pulitzera to jednak zbyt szlachetny mebel. O zwykłym literacie już nie mówiąc…
„Poprzez ciemne szkła okularów [przeciwsłonecznych] Maciek zauważył jej spojrzenie, pełne cierpienia, szukające pomocy.” (s. 174)
W zaułku „Dodatkowo śmierdziało uryną i wymiocinami. Przybecki spojrzał w lewo i znalazł źródło przykrego zapachu. Wychudzony kot krztusił się i parskał, próbując złapać powietrze i nie zadławić się. Cały czas cofał się na podkurczonych łapach i równocześnie wymiotował (…).” (s. 186) – nawet nie wiem, jak to skomentować. Poza tym, że autor chyba nie miał dotąd najmniejszej styczności z kotami, skoro uważa je za cuchnące na odległość kloaką stworzenia…
1 2 »

Komentarze

1 2 »
16 VII 2019   18:29:29

Chłyści zamieniający się po śmierci w Rasputina- wegetarianie i abstynenci, dodatkowo silnie wstrzemięźliwi seksualnie? Kogoś moocno fantazja poniosła.
I jeszcze ci źli bioenergoterapeuci, pewnie przekazujący pozyskaną energię przez telewizję.

16 VII 2019   20:09:21

No, takie recenzje to ja lubię. Więcej poproszę.

17 VII 2019   11:47:10

Też lubię recenzje Jarka.
A następna już czeka na liście, mało się nie ochlapałam herbatą ze śmiechu, jak ją czytałam :)

17 VII 2019   12:06:07

PS. A nie, czekają nawet dwie, ta bardzo śmieszna pewnie pojawi się później.

17 VII 2019   20:25:28

Wniosek: podczas czytania recenzji Jarosława Loretza nie pić i nie jeść (oddychać można, a nawet trzeba).

24 VII 2019   13:16:06

Pistolety strzałkowe istnieją! Kupuje się je dzieciom na odpustach lub sklepach "za złotówkę"...

24 VII 2019   17:59:28

Tu bardziej chodziło o broń albo elektromagnetyczną, albo prochową bezłuskową. W obu typach pociskiem jest coś jak igła, stąd broń strzałkowa. I oba typy istnieją i są testowane.
O ile broń bezłuskowa nie osiągnęła za specjalnie dobrych wyników (problemy ze stabilnośćią fizyczną naboju), o tyle broń elektromagnetyczna, zwłaszcza typu railgun (zespół cewek nadprzewodzących wzdłuż lufy) osiąga spore sukcesy, tylko wymaga źródła zasilania wielkości samochodu.

24 VII 2019   22:27:20

Owszem, istnieją, ale w książce chodziło o broń z okresu XVIII wieku.

25 VII 2019   12:30:37

Oj tam, skałkowy czy strzałkowy- to jakaś różnica? :-)

26 VII 2019   13:24:21

Droga młodzieży! Pistolety strzałkowe były używane przez bohaterów "Świata czarownic" Andre Norton.

1 2 »

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Mała Esensja: Bukiet godzien podziwu
Marcin Mroziuk

24 VIII 2019

Wprawdzie w pięknie wydanym „Ilustrowanym inwentarzu kwiatów” pierwszoplanową rolę odgrywa warstwa graficzna, ale towarzyszący rysunkom roślin tekst Virginie Aladjidi też czyta się z zainteresowaniem. Co istotne, przyjemność z tej lektury mogą mieć zarówno dzieci, jak i dorośli czytelnicy.

więcej »

Mała Esensja: Wiedza nie musi być nudna
Joanna Kapica-Curzytek

23 VIII 2019

Autor książki „Puk, puk! Zastałem króla?” znalazł znakomitą receptę na to, jak zaprzyjaźnić współczesnych młodych czytelników z postaciami i wydarzeniami z historii.

więcej »

PRL w kryminale: Rzeźnik wyklęty i zdradziecki inteligent
Sebastian Chosiński

22 VIII 2019

W latach 50. ubiegłego wieku Andrzej Piwowarczyk był jednym z najpopularniejszych autorów kryminałów w Polsce Ludowej. Stworzona przez niego postać kapitana Gleba, chociaż krótko, to jednak dorównywała popularnością późniejszemu komiksowemu kapitanowi Żbikowi czy filmowemu porucznikowi Borewiczowi. Ba! trafiła nawet na karty opowieści rysunkowej. A po raz pierwszy pojawiła się w opowiadaniu (czy też mikropowieści) „Stary zegar”.

więcej »

Polecamy

Nowe rozdanie

Na rubieżach rzeczywistości:

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Wizyta w raju. Ponoć.
— Jarosław Loretz

Bazarki z kosmosu
— Jarosław Loretz

Międzygwiezdne czułości
— Jarosław Loretz

Święto zmarłych na ckliwie
— Jarosław Loretz

Kwestia zaufonia
— Jarosław Loretz

Obraz niezdecydowania
— Jarosław Loretz

Wędrować też trzeba umieć
— Jarosław Loretz

Bracula
— Jarosław Loretz

Polska atomem liźnięta
— Jarosław Loretz

Nocne podsysanie
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.