Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 sierpnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

John Biapol
‹Bazar›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazar
Data wydania2011
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-146-4
Format188s. 120×195mm
Cena24,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 20,50 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Bazarki z kosmosu
[John Biapol „Bazar”, John Biapol „Bazarska ambasada” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Bazar” i „Bazarska ambasada” Johna Biapola to literatura ze wszech miar koślawa. Ale przy tym w jakiś trudno uchwytny sposób urzekająca.

Jarosław Loretz

Bazarki z kosmosu
[John Biapol „Bazar”, John Biapol „Bazarska ambasada” - recenzja]

„Bazar” i „Bazarska ambasada” Johna Biapola to literatura ze wszech miar koślawa. Ale przy tym w jakiś trudno uchwytny sposób urzekająca.

John Biapol
‹Bazar›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazar
Data wydania2011
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-146-4
Format188s. 120×195mm
Cena24,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 20,50 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Dwie powieści Johna Biapola wydane praktycznie własnym nakładem (Novae Res się kłania) – „Bazar” i „Bazarska ambasada” – to bardzo pocieszna grafomania. Obydwie są z gruntu niedobre, źle napisane i fatalnie rozplanowane, ale jednocześnie posiadają na tyle uroku wynikającego z fabularnej beztroski i narracyjnej naiwności, że czyta się je z pogodnym uśmiechem na twarzy. Przynajmniej jeśli się ma w sobie choć odrobinę literackiego masochizmu i potrafi się czerpać radość z tego, że wśród ciężkich, tępo napisanych kluchów trafia się od czasu do czasu taka głupiutka, leciutka perełka. Gorzej, jeśli u czytelnika akurat krucho z tolerancją na głupotę. Wtedy… No cóż, należy trzymać się od twórczości imć Biapola z bardzo daleka.
Tu dwa słowa o autorze. Oczywiście, że John Biapol to pseudonim rodzimego twórcy. Pod tymże pseudonimem kryje się – niezbyt gorliwie, skoro w „Bazarskiej ambasadzie” jest podany link do efemerycznego, dawno już martwego autorskiego bloga z kompletem danych – Janusz Łukasiński, inżynier środowiska rodem z Białegostoku, od 30 lat zamieszkały w Nowym Jorku. Co go natchnęło do podzielenia się z rodakami zawartością szuflady? Trudno stwierdzić, i chyba lepiej nie pytać. Zwłaszcza że po wydaniu tych dwóch książek zamilkł.
Zgodnie z okładkową notą fabuła „Bazaru” powinna być prościutka i dotyczyć konsekwencji nawiązania przez Ziemian – w roku 3245 – kontaktu z mieszkańcami planety Bazar. Cytując: „Co stanie się, gdy purytański, pełen radości świat ludzi zetknie się z nieznaną, nowoczesną cywilizacją? Dla której ze stron nadchodzące zmiany w życiu Ziemian i Bazarków okażą się korzystne? Jak kontakt obydwu ras wpłynie na kluczowe elementy ludzkiej kultury: rodzinę, wychowanie i tradycję?” Jak zapewnia autor noty, „Na te pytania odpowiada w Bazarze John Biapol, z humorem ukazując wizję nadchodzącego milenium.” Otóż nie, na żadne z nich Biapol nie odpowie, bo nie o kontakcie jest książka. Jak to?, ktoś zapyta. Ano – tak to. Bazarków w „Bazarze” praktycznie nie ma. Humoru zresztą też.
Nim zabiorę się za opisywanie rzeczywistej fabuły, wyjaśnię może kwestię Bazaru i Bazarków. Otóż planeta nazywa się Bazar, zaś jej mieszkańcy to… tak jest, Bazarki. Nie Bazarczycy, nie Bazarianie, nawet nie Bazarkowie. Bazarki. Dlaczego? Bo tak. Co więcej – nazwa planety jest… nieodmienna! Trafiają się więc zdania w rodzaju „mieszkając na Bazar”. Jaki cel przyświecał autorowi? Dlaczego się w ogóle uparł na taką nazwę, skoro przysporzyła mu tylu problemów podczas pracy twórczej? I dlaczego jeden z bohaterów nazywa się Meteor Bind? Oraz – czemu pojazdy latające ochrzczone zostały mianem starteków/startków?
I pytanie bonusowe – kto rozsądny rozpoczyna powieść w tak kuriozalny sposób:
„- Witam! O stan planety Ziemi pytam. Jest tam kto? Co się z nimi stało? Tak niedawno jeszcze to podskakiwało. Plamę rdzawą tylko widzę. Coś się im rozlało w wodzie. Chodzą tacy oblepieni, nijacy i skruszeni. Widzisz ten samolot mały? Skrzydła mu poodpadały. A ten, co się zeń gramoli, to ich wódz olejowy. Co robimy? Sprzątamy?”
Akcja „Bazaru” startuje w sylwestra roku 3245, kiedy to Ziemia – licząca coś koło 3,5 miliarda mieszkańców – jest szczęśliwa, bo zjednoczona pod berłem Króla Ziemi. Nie ma militaryzmu, nie ma niedoli, nie ma też jednak czegoś takiego, jak prywatność. Wszystko jest na podsłuchu i podglądzie, często nawet myśli. Trójka przyjaciół – Jack, jego dziewczyna Tery, dziennikarka z zawodu, oraz wspomniany Meteor, adwokat – leci do Argentyny skontaktować się z krewniakiem Jacka. Krewniaka nie ma co prawda w chacie – bo generalnie jest to coś w rodzaju zapuszczonego rancza – ale przebywający w obejściu pies wpuszcza ich do domku, po czym… obnaża kły i siada przy drzwiach. Struchlali z grozy grzecznie czekają. „Po trzech dniach pies nie dostał jedzenia, nie zmieniło to jednak jego postawy. Piątego dnia, po dwóch dobach bez jedzenia, przestało być zabawnie. Sytuacja wymagała podjęcia natychmiastowej decyzji. Umrzeć z głodu lub zastrzelić psa.” Wstają, z marszu łapią psa w gruby kożuch i pętają mu łapy. Kwadrans później zjawia się krewniak. Kurtyna.
Ponieważ okazuje się, że ranczo już nie należy do rodziny, bohaterowie przekonują krewniaka, żeby przeniósł się z psem do Nowego Jorku. Nim krewniak ugrzęźnie na kwarantannie razem z psem (bo przecież go tam nie zostawi samego), tłumaczy jednemu z bohaterów, co to jest kaganiec, zaklejając mu taśmą samoprzylepną usta i mówiąc „Teraz spróbuj szczekać lub gryźć”. Jak by nie było, krewniak znajduje wkrótce pracę w restauracji, poznaje ładną dziewczynę i dość szybko dorabia się z nią dzieci. Równolegle biegnie wątek kontaktu z Bazarkami, polegający na tym, że przyleciał do nas ich statek i na parę miesięcy uprowadził 30 najpiękniejszych modelek. 28 wróciło w końcu na Ziemię, a z jedną z nich przyleciał tamtejszy kochanek, Zen, propagując modę na bazarską żywność. Dla wzbogacenia cienkiej fabuły autor dorzucił jeszcze przygody Tery, która przeprowadza wywiad z przybyszem, a potem próbuje się dowiedzieć, jak to jest być zamkniętym w placówce, w której leczy się umysły.
Książka urywa się ni w pięć, ni w dziewięć, bez żadnej, najsubtelniejszej nawet konkluzji. Co więcej, autor nie ukrywa, że drugi tom wcale nie stanowi żadnej kontynuacji przygód bohaterów z części pierwszej. Jak głosi napis na okładce „Bazarskiej ambasady”, książka ta „jest niezależną kontynuacją powieści BAZAR”. Sfrustrowanemu czytelnikowi, uraczonemu niepełnowartościowym wyrobem powieściopodobnym, zostaje tylko czerpanie niezdrowej radości z różnych „kwiatków”:
„Często stołowali się w niej [restauracji] członkowie mafii. Ponieważ obecnie nie było już ani mafii włoskiej, rosyjskiej, ani chińskiej, można było spotkać tylko smakoszy z mafii królewskiej. Łatwo było ich rozpoznać. Mieli wysokie czoła, wypukłą tylną część czaszki i zwracali się do siebie „bracie”.” (s. 26)
„Stolik był zarezerwowany, lecz wolał poczekać w holu.” (s. 26)
„O ile mężczyźni wyrażali emocje poprzez opowiadanie okazjonalnych dowcipów, panie w tym celu recytowały wiersze, zazwyczaj własne.” (s. 27)
„Bob kładł kolejne porcje mięsa na rozgrzaną grylażową patelnię.” (s. 30)
„Panu Bogu szczególnie miłe były jagnięcia. Powinny być zdrowe, świeże, bez żadnych wad.” (s. 30) – jak jagnięcia (sic!) mogłyby być nieświeże, skoro były żywe?
„Oboje czekali na swoją szansę, niejednokrotnie długo i bezskutecznie.” (s. 58)
„Na dachu budynku było lądowisko dla taksówek i gości.” (s. 61)
„Gdy weszli do apartamentu, Bob powitał ich serdecznie. Jednak miał wygląd samobójcy.” (s. 64)
„Wypadła wściekła z sypialni. Była zdolna do wszystkiego, omal nie została prezydentem. On od tego czasu tylko platonicznie.” (s. 67)
„Byłem świadkiem, jak ojciec pięcioletniego syna podniósł go ze złością za uszy za to, że ten nie miał ochoty przerwać zabawy i wrócić do domu. Syn machając nogami w powietrzu, pluł na ojca i wrzeszczał.” (s. 119)
„Zen dostał osobisty przekaz. Paczkę od taty i mamy. Były tam ciepłe skarpety, ulubiona zabawka z dzieciństwa.” (s. 138)
Proszę o kontakt dziewczynkę, Która nie miała dwóch zębów I grała ze mną w piłkę. To jeden z pierwszych wierszy, które napisał.” (s. 138)
„Recytując swoje wierszyki po bazarsku, przyglądał się ludziom, emocjom wywołanym brzmieniem i melodią nie do końca zrozumiałych dla nich słów.” (s. 141)
„- Adwokat, a taki mądry – podsumował Jack i zajął się podpalaniem ogniska.” (s. 151)
W ramach bonusu dodam, że autor pochylił się też nad językiem Bazarków. Jak podał na stronie 69, „Ich dźwięki i sposób zapisywania były zbliżone do języka chińskiego.” I jak te chińskie z brzmienia dźwięki wyglądały? Otóż fraza „Dziękujemy za zaproszenie” brzmi w tamtejszym języku… „Bę bę ku pa”, zaś położone w czterech narożnikach posiadłości piramidy to Bapa, Capa, Japa i Lapa. Podczas gdy Rapapa to bal…

John Biapol
‹Bazarska ambasada›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazarska ambasada
Data wydania2012
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-244-7
Format176s. 121×195mm
Cena25,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 21,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
„Bazarska ambasada”, drugi tom andronów, jest troszkę obszerniejsza – w teorii posiada niemal tyle samo stron, co „Bazar”, ale zadrukowanych znacznie drobniejszymi literkami. Fabuła jednak jest podobnie skonstruowana – bez myśli przewodniej, bez finału, i z mikrą ilością Bazarków, których obecność ogranicza się w pewnym momencie do zwiezienia na Ziemię budulca oraz wystawienia na pustyni Sonora pięciu piramid – jednej centralnej, i czterech mniejszych, w narożnikach posiadłości. Cała reszta to przygody Franka Podolskiego, rodowitego warszawskiego prażanina, który z zapijaczonego bumelanta w tydzień czy dwa awansuje na bliskiego doradcę Króla Ziemi, a gdy wyrusza spenetrować syberyjską mafię, zostaje z kolei mianowany szóstym carem, czyli członkiem działającego na Syberii pięcioosobowego dotąd mafijnego gremium. Że jakoś się to nie klei z tysiącletnimi rządami spokoju i ładu, kiedy to wytępiono militaryzm, przestępczość i sport zawodowy (to ostatnie pierwszym królewskim edyktem)? No cóż, licentia poetica…
Z biegiem czasu Franek zakochuje się w pilnującej go królewskiej agentce, a do tego zaczyna być rozpatrywany jako ewentualny ambasador na Bazarze. Przepraszam, na Bazar. Trzeba mu było tylko usunąć Syndrom Głębokiego Zakorzenienia, czyli strach przed lotem w kosmos (na myśl o opuszczeniu Ziemi co 44 człowiek ma… zatrzymanie akcji serca). W tym czasie król głowi się nad sposobem usunięcia syberyjskiej mafii i… książka się kończy. Na poprawienie humoru zostaje jak zwykle garść „mądrości”:
„- Mój zespół jest w trakcie tworzenia takiego człowieka, że najmądrzejszy Bazarek będzie mógł jedynie piknąć przy nim.” (s. 21)
„Dostojnie podała dłoń. Franek w ostatniej chwili powstrzymał się, by nie pocałować jej długich palców obciągniętych delikatną skórą.” (s. 39)
„Tymczasem Franek, ze zdartą skórą na języku siedział w tunelu (…).” (s. 62) – oczywiście chodzi o Syberię, i oczywiście znowu bohater utknął w jakiejś idiotycznej sytuacji na pięć dni o suchym pysku. I nie, nikt mu nic z językiem nie robił.
„Basen był na dachu budynku, ogrodzony gęstą siatką wokół korony drzew.” (s. 72)
„Za Frankiem [szedł] Piąty. Franek czuł jego wzrok na całym swoim ciele. „Seksualny dominant, niezależny od płci. Kocha się z kobietami, a marzy o mężczyznach. Rzadka, skomplikowana osobowość. To zapewne dlatego został carem. (…)”. (s. 76) – ileż to rzeczy można wyczytać z wrażenia, że się jest obserwowanym…
„Usłyszeli dyskretne dźwięki muzyki. Dominował kolor błękitny z odcieniem zielonym.” (s. 77)
„Kolorowy tłum mijał się pomiędzy kolejnymi terminalami.” (s. 83)
„To nie były notatki. Pat, ten z najwyżej podniesioną głową, rysował kółka. Jew malował wielokąty. Ken, najmniejszy, zakreślił całą stronę liniami. Krys, blondyn o dziecinnej twarzy, malował gwiazdy. „Nie jest z nimi tak źle, jak myślałem, te rysunki świadczą o tym, że myślą abstrakcyjnie.”” (s. 90)
„- Masz coś jeszcze do oddania? – Mam – krótko odpowiedział Franek. – Co masz? – zapytał sekretarz tonem wyraźnie wskazującym, kto tu rządzi.” (s. 101)
„Liczniki, które mamy zainstalowane zaraz po urodzeniu na czubkach naszych nosów, mierzą wielkość napromieniowania. Uporczywe kichanie świadczy o przekroczeniu normy.” (s. 137)
Księżyc. „Dzieci urodzone tam mają dwukrotnie większy iloraz inteligencji. Neutrony w mózgu są szybsze, gdyż ciążenie jest mniejsze.” (s. 152)
Tym optymistycznym akcentem, wieszczącym skokowy przyrost geniuszy po skolonizowaniu Księżyca, kończę wyliczankę i przestrzegam, że po płody wyobraźni Johna Biapola powinno się sięgać z daleko posuniętą ostrożnością…
koniec
31 lipca 2019

Komentarze

1 2 3 »
31 VII 2019   21:50:34

To jest śmieszniejsze niż "Bajki robotów" i "Dzienniki gwiazdowe" razem wzięte. Ludzie, John Biapol przebił Lema!

03 VIII 2019   07:19:35

No dobrze, a można prosić o wskazanie owych kwiatów? Bo co jest nie tak np. w tym zdaniu:

„Na dachu budynku było lądowisko dla taksówek i gości.”

(Tak na marginesie Sz. Autorze recenzji - cudzysłów w języku polskim stawiamy ZAWSZE PRZED kropką). Być może jakaś śmieszność powyższego zdania wynika z kontekstu, ale skoro kontekstu raczyć nie zechciałeś, to... Bo tak od strony językowej patrząc - no można było sobie darować wyraz "budynku", wszak skoro "na dachu", to wiadomo, że budynku. Ale nie takie kwiatki widziałem w uznanych powieściach.

03 VIII 2019   07:20:36

ps.
Znaczy pewnie chodzi o zbitkę "taksówek i gości" - ale to wiadomo, że domyślnie [pojazdów] gości.

03 VIII 2019   09:57:15

Proszę bardzo:
„Basen był na dachu budynku, ogrodzony gęstą siatką wokół korony drzew”- jak rozumiem, to musiał być bardzo rozległy budynek?
„Były tam ciepłe skarpety, ulubiona zabawka z dzieciństwa”- ktoś tu miał bardzo dziwne dzieciństwo
I mój ulubiony:
„Była zdolna do wszystkiego, omal nie została prezydentem. On od tego czasu tylko platonicznie”- kochał politykę?
(Tego o licznikach nie będę ponownie komentował, bo znowu zostanie komentarz usunięty za propagowanie alkoholizmu)

03 VIII 2019   14:51:56

@Paweł M.
Latające po mieście taksówki i goście? Brak "pojazdów" czy "starteków" w zdaniu jest zbyt daleko posuniętą domyślnością. Bo, skoro to świat przyszłości, równie dobrze mogli rzeczywiście być jacyś ludzie latający bez pojazdu. To nie ja - jako czytelnik - mam się zastanawiać, czy autor rozszerza w tym momencie kreację świata, czy też zwyczajnie zgubił słowo. W dodatku - taksówką, jak rozumiem, przylatują nie goście (skoro zostali wyodrębnieni), a... kto?

@freynir
Och, z tą koroną to w ogóle zabawa, bo wychodzi na to, że szereg drzew ma jedną, wspólną koronę...

04 VIII 2019   04:15:58

@Jale- i dodatkowo basen zawija się wokół drzew, a siatka zapobiega wpadaniu liści...

14 VIII 2019   23:05:23

freynir
„Były tam [w paczce - pm] ciepłe skarpety, ulubiona zabawka z dzieciństwa”.

Ale tam jest przecinek, a nie myślnik, czyli wyliczanie, a nie objaśnienie. Zatem nie "skarpety = ulubiona zabawka z dzieciństwa", lecz "skarpety + ulubiona zabawka z dzieciństwa". I to jest, moim zdaniem, poprawnie.

Jale
Przecież to Novae Res - self publishing bez redakcji i korekty. Naprawdę brak jednego wyrazu to małe bubu. Widziałem gorsze kwiatki w książkach Papierowego Księżyca, a ostatnio nawet w książce Maga (John Gwynne, Męstwo) był błąd powtarzający się kilkadziesiąt razy.

Książki Novae Res i innych tego typu wydawców (to oczywiście moja opinia) powinno się recenzować wg nieco innych kryteriów - być może to moje zboczenie zawodowe, ale oceniając taką pozycję zastanawiałbym się czy redaktor byłby w stanie ją doprowadzić do stanu używalności :D (znaczy, teoretycznie każdą da się doprowadzić, ale przecież redaktor nie jest od tego, żeby pisać książkę od nowa).

15 VIII 2019   10:09:51

Zdanie ze skarpetami ma dwa problemy - pierwszy to dwusegmentowa wyliczanka, bardzo niewygodny pomysł, zwłaszcza z przecinkiem zamiast spójnika. I to wyliczanka, której drugi segment nadzwyczaj łatwo wziąć za dookreślenie pierwszego. Drugi problem to założenie, że najpotrzebniejszym przedmiotem dla faceta, który właśnie się przeprowadził do innej galaktyki, są ciepłe skarpety. Jak zgaduję - włóczkowe. W cywilizacji, która stoi wielokroć wyżej od ziemskiej, i to tej z przyszłości.

A co do Novae Res - oczywiście, to self publishing. Tyle że wydawca zarzeka się, że w pakiecie dla autora oferuje profesjonalny skład (to prawda), profesjonalnego grafika od okładek (to w sumie też prawda, bo ich okładki dość często są całkiem ładne) oraz redakcję i korektę. To ostatnie jest prawdą tylko połowiczną, bo w książce faktycznie widnieje dopisek o wykonaniu redakcji, i to poparty nazwiskiem, tyle że stawki za tę redakcję i korektę są tak malutkie, że raczej trudno uwierzyć w pracę w pocie czoła. Jednak mimo to wierzę, że pewne poprawki zostały dokonane, bo oba tomy "Bazaru" czyta się bez jakichś tragicznych zgrzytów. Zresztą właśnie dlatego potknięcia językowe mniej zaważyły na mojej ocenie książki niż na przykład wadliwa konstrukcja fabuły (historia donikąd nie dąży) czy mnóstwo różnorakich niezbyt mądrych pomysłów, wtrącających opowieść w rejon pozbawionych sensu banialuk. Podobnie było ze "Strefą Pawłowa" Sławomira Michała ( https://esensja.pl/ksiazka/recenzje/tekst.html?id=20943 ), aczkolwiek posiadała ona jednak nieco większy potencjał.

15 VIII 2019   22:16:48

Jale
Wszystko OK, ale jak widzę tego byka, to mną telepie (to jakaś plaga jest):

"posiadała ona jednak nieco większy potencjał".

1. Posiadać może WYŁĄCZNIE człowiek.
2. Posiadać można wyłącznie wartościowe rzeczy - to stanowisko ortodoksyjne, wg stanowiska reformatorskiego można też posiadać wiedzę i znajomość języków obcych. I nic więcej już nie można posiadać.
3. Połączenie "posiadać" z rzeczownikiem abstrakcyjnym jest SZCZEGÓLNIE rażące.
4. Najprościej, żeby używać poprawnie, przyjąć, że "posiadać" jest synonimem do "być właścicielem" - w żadnym razie nie jest to synonim "mieć".

15 VIII 2019   23:21:50

No... według 13-tomowego SJP (wiem, 1964 to archeologia, ale jednak od tego czasu nikt nie wydał czegoś tak obszernego i kompletnego) nie tylko człowiek może posiadać. Określenie to może być również stosowane w przenośni - posiadać może więc np. miłość (czyjąś duszę) czy ambicja (serce). W kwestii posiadania potencjału przez książki spróbuję się jednak hamować. ;)

Aczkolwiek z drugiej strony... http://www.life-plus.pl/czy-krzeslo-moze-posiadac-potencjal.html :>

1 2 3 »

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

W gąszczu tajemnic
Marcin Mroziuk

20 VIII 2019

W rozgrywających się w powojennym Londynie „Światłach wojny” możemy śledzić perypetie pewnej tylko na pozór zwykłej rodziny. Przy czym w powieści Michaela Ondaatje pełno jest nie tylko rozmaitych sekretów, ale również zapadających w pamięć postaci.

więcej »

Krótko o książkach: Nie jedzcie bajkowych kucyków
Wojciech Gołąbowski

19 VIII 2019

Czy można napisać cokolwiek odkrywczego o dziewiątym już tomie opowiadań o przygodach Jakuba Wędrowycza?

więcej »

Klepsydra nad morzem
Joanna Kapica-Curzytek

18 VIII 2019

Klimat wakacji, burze dorastania i pięknie opisane ludzkie emocje. „Moje lato w Tenby”, choć schematyczne, mocno broni się rozmachem i niepowtarzalną atmosferą wielowątkowej opowieści.

więcej »

Polecamy

Prawdziwe kłamstwa

Na rubieżach rzeczywistości:

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Wizyta w raju. Ponoć.
— Jarosław Loretz

Międzygwiezdne czułości
— Jarosław Loretz

Święto zmarłych na ckliwie
— Jarosław Loretz

Brudne szpony bioenergoterapeutów
— Jarosław Loretz

Kwestia zaufonia
— Jarosław Loretz

Obraz niezdecydowania
— Jarosław Loretz

Wędrować też trzeba umieć
— Jarosław Loretz

Bracula
— Jarosław Loretz

Polska atomem liźnięta
— Jarosław Loretz

Nocne podsysanie
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.