Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

John Biapol
‹Bazar›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazar
Data wydania2011
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-146-4
Format188s. 120×195mm
Cena24,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 20,50 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Bazarki z kosmosu
[John Biapol „Bazar”, John Biapol „Bazarska ambasada” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Bazar” i „Bazarska ambasada” Johna Biapola to literatura ze wszech miar koślawa. Ale przy tym w jakiś trudno uchwytny sposób urzekająca.

Jarosław Loretz

Bazarki z kosmosu
[John Biapol „Bazar”, John Biapol „Bazarska ambasada” - recenzja]

„Bazar” i „Bazarska ambasada” Johna Biapola to literatura ze wszech miar koślawa. Ale przy tym w jakiś trudno uchwytny sposób urzekająca.

John Biapol
‹Bazar›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazar
Data wydania2011
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-146-4
Format188s. 120×195mm
Cena24,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 20,50 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Dwie powieści Johna Biapola wydane praktycznie własnym nakładem (Novae Res się kłania) – „Bazar” i „Bazarska ambasada” – to bardzo pocieszna grafomania. Obydwie są z gruntu niedobre, źle napisane i fatalnie rozplanowane, ale jednocześnie posiadają na tyle uroku wynikającego z fabularnej beztroski i narracyjnej naiwności, że czyta się je z pogodnym uśmiechem na twarzy. Przynajmniej jeśli się ma w sobie choć odrobinę literackiego masochizmu i potrafi się czerpać radość z tego, że wśród ciężkich, tępo napisanych kluchów trafia się od czasu do czasu taka głupiutka, leciutka perełka. Gorzej, jeśli u czytelnika akurat krucho z tolerancją na głupotę. Wtedy… No cóż, należy trzymać się od twórczości imć Biapola z bardzo daleka.
Tu dwa słowa o autorze. Oczywiście, że John Biapol to pseudonim rodzimego twórcy. Pod tymże pseudonimem kryje się – niezbyt gorliwie, skoro w „Bazarskiej ambasadzie” jest podany link do efemerycznego, dawno już martwego autorskiego bloga z kompletem danych – Janusz Łukasiński, inżynier środowiska rodem z Białegostoku, od 30 lat zamieszkały w Nowym Jorku. Co go natchnęło do podzielenia się z rodakami zawartością szuflady? Trudno stwierdzić, i chyba lepiej nie pytać. Zwłaszcza że po wydaniu tych dwóch książek zamilkł.
Zgodnie z okładkową notą fabuła „Bazaru” powinna być prościutka i dotyczyć konsekwencji nawiązania przez Ziemian – w roku 3245 – kontaktu z mieszkańcami planety Bazar. Cytując: „Co stanie się, gdy purytański, pełen radości świat ludzi zetknie się z nieznaną, nowoczesną cywilizacją? Dla której ze stron nadchodzące zmiany w życiu Ziemian i Bazarków okażą się korzystne? Jak kontakt obydwu ras wpłynie na kluczowe elementy ludzkiej kultury: rodzinę, wychowanie i tradycję?” Jak zapewnia autor noty, „Na te pytania odpowiada w Bazarze John Biapol, z humorem ukazując wizję nadchodzącego milenium.” Otóż nie, na żadne z nich Biapol nie odpowie, bo nie o kontakcie jest książka. Jak to?, ktoś zapyta. Ano – tak to. Bazarków w „Bazarze” praktycznie nie ma. Humoru zresztą też.
Nim zabiorę się za opisywanie rzeczywistej fabuły, wyjaśnię może kwestię Bazaru i Bazarków. Otóż planeta nazywa się Bazar, zaś jej mieszkańcy to… tak jest, Bazarki. Nie Bazarczycy, nie Bazarianie, nawet nie Bazarkowie. Bazarki. Dlaczego? Bo tak. Co więcej – nazwa planety jest… nieodmienna! Trafiają się więc zdania w rodzaju „mieszkając na Bazar”. Jaki cel przyświecał autorowi? Dlaczego się w ogóle uparł na taką nazwę, skoro przysporzyła mu tylu problemów podczas pracy twórczej? I dlaczego jeden z bohaterów nazywa się Meteor Bind? Oraz – czemu pojazdy latające ochrzczone zostały mianem starteków/startków?
I pytanie bonusowe – kto rozsądny rozpoczyna powieść w tak kuriozalny sposób:
„- Witam! O stan planety Ziemi pytam. Jest tam kto? Co się z nimi stało? Tak niedawno jeszcze to podskakiwało. Plamę rdzawą tylko widzę. Coś się im rozlało w wodzie. Chodzą tacy oblepieni, nijacy i skruszeni. Widzisz ten samolot mały? Skrzydła mu poodpadały. A ten, co się zeń gramoli, to ich wódz olejowy. Co robimy? Sprzątamy?”
Akcja „Bazaru” startuje w sylwestra roku 3245, kiedy to Ziemia – licząca coś koło 3,5 miliarda mieszkańców – jest szczęśliwa, bo zjednoczona pod berłem Króla Ziemi. Nie ma militaryzmu, nie ma niedoli, nie ma też jednak czegoś takiego, jak prywatność. Wszystko jest na podsłuchu i podglądzie, często nawet myśli. Trójka przyjaciół – Jack, jego dziewczyna Tery, dziennikarka z zawodu, oraz wspomniany Meteor, adwokat – leci do Argentyny skontaktować się z krewniakiem Jacka. Krewniaka nie ma co prawda w chacie – bo generalnie jest to coś w rodzaju zapuszczonego rancza – ale przebywający w obejściu pies wpuszcza ich do domku, po czym… obnaża kły i siada przy drzwiach. Struchlali z grozy grzecznie czekają. „Po trzech dniach pies nie dostał jedzenia, nie zmieniło to jednak jego postawy. Piątego dnia, po dwóch dobach bez jedzenia, przestało być zabawnie. Sytuacja wymagała podjęcia natychmiastowej decyzji. Umrzeć z głodu lub zastrzelić psa.” Wstają, z marszu łapią psa w gruby kożuch i pętają mu łapy. Kwadrans później zjawia się krewniak. Kurtyna.
Ponieważ okazuje się, że ranczo już nie należy do rodziny, bohaterowie przekonują krewniaka, żeby przeniósł się z psem do Nowego Jorku. Nim krewniak ugrzęźnie na kwarantannie razem z psem (bo przecież go tam nie zostawi samego), tłumaczy jednemu z bohaterów, co to jest kaganiec, zaklejając mu taśmą samoprzylepną usta i mówiąc „Teraz spróbuj szczekać lub gryźć”. Jak by nie było, krewniak znajduje wkrótce pracę w restauracji, poznaje ładną dziewczynę i dość szybko dorabia się z nią dzieci. Równolegle biegnie wątek kontaktu z Bazarkami, polegający na tym, że przyleciał do nas ich statek i na parę miesięcy uprowadził 30 najpiękniejszych modelek. 28 wróciło w końcu na Ziemię, a z jedną z nich przyleciał tamtejszy kochanek, Zen, propagując modę na bazarską żywność. Dla wzbogacenia cienkiej fabuły autor dorzucił jeszcze przygody Tery, która przeprowadza wywiad z przybyszem, a potem próbuje się dowiedzieć, jak to jest być zamkniętym w placówce, w której leczy się umysły.
Książka urywa się ni w pięć, ni w dziewięć, bez żadnej, najsubtelniejszej nawet konkluzji. Co więcej, autor nie ukrywa, że drugi tom wcale nie stanowi żadnej kontynuacji przygód bohaterów z części pierwszej. Jak głosi napis na okładce „Bazarskiej ambasady”, książka ta „jest niezależną kontynuacją powieści BAZAR”. Sfrustrowanemu czytelnikowi, uraczonemu niepełnowartościowym wyrobem powieściopodobnym, zostaje tylko czerpanie niezdrowej radości z różnych „kwiatków”:
„Często stołowali się w niej [restauracji] członkowie mafii. Ponieważ obecnie nie było już ani mafii włoskiej, rosyjskiej, ani chińskiej, można było spotkać tylko smakoszy z mafii królewskiej. Łatwo było ich rozpoznać. Mieli wysokie czoła, wypukłą tylną część czaszki i zwracali się do siebie „bracie”.” (s. 26)
„Stolik był zarezerwowany, lecz wolał poczekać w holu.” (s. 26)
„O ile mężczyźni wyrażali emocje poprzez opowiadanie okazjonalnych dowcipów, panie w tym celu recytowały wiersze, zazwyczaj własne.” (s. 27)
„Bob kładł kolejne porcje mięsa na rozgrzaną grylażową patelnię.” (s. 30)
„Panu Bogu szczególnie miłe były jagnięcia. Powinny być zdrowe, świeże, bez żadnych wad.” (s. 30) – jak jagnięcia (sic!) mogłyby być nieświeże, skoro były żywe?
„Oboje czekali na swoją szansę, niejednokrotnie długo i bezskutecznie.” (s. 58)
„Na dachu budynku było lądowisko dla taksówek i gości.” (s. 61)
„Gdy weszli do apartamentu, Bob powitał ich serdecznie. Jednak miał wygląd samobójcy.” (s. 64)
„Wypadła wściekła z sypialni. Była zdolna do wszystkiego, omal nie została prezydentem. On od tego czasu tylko platonicznie.” (s. 67)
„Byłem świadkiem, jak ojciec pięcioletniego syna podniósł go ze złością za uszy za to, że ten nie miał ochoty przerwać zabawy i wrócić do domu. Syn machając nogami w powietrzu, pluł na ojca i wrzeszczał.” (s. 119)
„Zen dostał osobisty przekaz. Paczkę od taty i mamy. Były tam ciepłe skarpety, ulubiona zabawka z dzieciństwa.” (s. 138)
Proszę o kontakt dziewczynkę, Która nie miała dwóch zębów I grała ze mną w piłkę. To jeden z pierwszych wierszy, które napisał.” (s. 138)
„Recytując swoje wierszyki po bazarsku, przyglądał się ludziom, emocjom wywołanym brzmieniem i melodią nie do końca zrozumiałych dla nich słów.” (s. 141)
„- Adwokat, a taki mądry – podsumował Jack i zajął się podpalaniem ogniska.” (s. 151)
W ramach bonusu dodam, że autor pochylił się też nad językiem Bazarków. Jak podał na stronie 69, „Ich dźwięki i sposób zapisywania były zbliżone do języka chińskiego.” I jak te chińskie z brzmienia dźwięki wyglądały? Otóż fraza „Dziękujemy za zaproszenie” brzmi w tamtejszym języku… „Bę bę ku pa”, zaś położone w czterech narożnikach posiadłości piramidy to Bapa, Capa, Japa i Lapa. Podczas gdy Rapapa to bal…

John Biapol
‹Bazarska ambasada›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazarska ambasada
Data wydania2012
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-244-7
Format176s. 121×195mm
Cena25,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 21,47 zł
Kup wTaniaKsiążka.pl: 12,95 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
„Bazarska ambasada”, drugi tom andronów, jest troszkę obszerniejsza – w teorii posiada niemal tyle samo stron, co „Bazar”, ale zadrukowanych znacznie drobniejszymi literkami. Fabuła jednak jest podobnie skonstruowana – bez myśli przewodniej, bez finału, i z mikrą ilością Bazarków, których obecność ogranicza się w pewnym momencie do zwiezienia na Ziemię budulca oraz wystawienia na pustyni Sonora pięciu piramid – jednej centralnej, i czterech mniejszych, w narożnikach posiadłości. Cała reszta to przygody Franka Podolskiego, rodowitego warszawskiego prażanina, który z zapijaczonego bumelanta w tydzień czy dwa awansuje na bliskiego doradcę Króla Ziemi, a gdy wyrusza spenetrować syberyjską mafię, zostaje z kolei mianowany szóstym carem, czyli członkiem działającego na Syberii pięcioosobowego dotąd mafijnego gremium. Że jakoś się to nie klei z tysiącletnimi rządami spokoju i ładu, kiedy to wytępiono militaryzm, przestępczość i sport zawodowy (to ostatnie pierwszym królewskim edyktem)? No cóż, licentia poetica…
Z biegiem czasu Franek zakochuje się w pilnującej go królewskiej agentce, a do tego zaczyna być rozpatrywany jako ewentualny ambasador na Bazarze. Przepraszam, na Bazar. Trzeba mu było tylko usunąć Syndrom Głębokiego Zakorzenienia, czyli strach przed lotem w kosmos (na myśl o opuszczeniu Ziemi co 44 człowiek ma… zatrzymanie akcji serca). W tym czasie król głowi się nad sposobem usunięcia syberyjskiej mafii i… książka się kończy. Na poprawienie humoru zostaje jak zwykle garść „mądrości”:
„- Mój zespół jest w trakcie tworzenia takiego człowieka, że najmądrzejszy Bazarek będzie mógł jedynie piknąć przy nim.” (s. 21)
„Dostojnie podała dłoń. Franek w ostatniej chwili powstrzymał się, by nie pocałować jej długich palców obciągniętych delikatną skórą.” (s. 39)
„Tymczasem Franek, ze zdartą skórą na języku siedział w tunelu (…).” (s. 62) – oczywiście chodzi o Syberię, i oczywiście znowu bohater utknął w jakiejś idiotycznej sytuacji na pięć dni o suchym pysku. I nie, nikt mu nic z językiem nie robił.
„Basen był na dachu budynku, ogrodzony gęstą siatką wokół korony drzew.” (s. 72)
„Za Frankiem [szedł] Piąty. Franek czuł jego wzrok na całym swoim ciele. „Seksualny dominant, niezależny od płci. Kocha się z kobietami, a marzy o mężczyznach. Rzadka, skomplikowana osobowość. To zapewne dlatego został carem. (…)”. (s. 76) – ileż to rzeczy można wyczytać z wrażenia, że się jest obserwowanym…
„Usłyszeli dyskretne dźwięki muzyki. Dominował kolor błękitny z odcieniem zielonym.” (s. 77)
„Kolorowy tłum mijał się pomiędzy kolejnymi terminalami.” (s. 83)
„To nie były notatki. Pat, ten z najwyżej podniesioną głową, rysował kółka. Jew malował wielokąty. Ken, najmniejszy, zakreślił całą stronę liniami. Krys, blondyn o dziecinnej twarzy, malował gwiazdy. „Nie jest z nimi tak źle, jak myślałem, te rysunki świadczą o tym, że myślą abstrakcyjnie.”” (s. 90)
„- Masz coś jeszcze do oddania? – Mam – krótko odpowiedział Franek. – Co masz? – zapytał sekretarz tonem wyraźnie wskazującym, kto tu rządzi.” (s. 101)
„Liczniki, które mamy zainstalowane zaraz po urodzeniu na czubkach naszych nosów, mierzą wielkość napromieniowania. Uporczywe kichanie świadczy o przekroczeniu normy.” (s. 137)
Księżyc. „Dzieci urodzone tam mają dwukrotnie większy iloraz inteligencji. Neutrony w mózgu są szybsze, gdyż ciążenie jest mniejsze.” (s. 152)
Tym optymistycznym akcentem, wieszczącym skokowy przyrost geniuszy po skolonizowaniu Księżyca, kończę wyliczankę i przestrzegam, że po płody wyobraźni Johna Biapola powinno się sięgać z daleko posuniętą ostrożnością…
koniec
31 lipca 2019

Komentarze

« 1 2 3 4 »
16 VIII 2019   21:58:20

@Jale
Przeczytałem dyskusję i podziwiam twoją cierpliwość. Cenna cecha (ja jej niestety nie posiadam:))

17 VIII 2019   14:48:29

@Pawel.M.
To ryzykowna teza, że zespół tłumaczy zajmujący się przekładem Biblii nie znał definicji jednego z istotnych słów przewijających się w tekście. Styl podniosły rządzi się swoimi prawami. Tak jak niektóre wyrażenia ujdą płazem w mowie potocznej, tak samo w języku prawniczym, urzędniczym czy kościelnym padają sformułowania, które na co dzień nie przeszłyby nam przez gardło. Pisze o tym np. ta blogerka: http://wittamina.pl/posiadac-czy-miec/

Łukasz Rokicki podaje kilka warunków użycia czasownika "posiadać", i generalnie zapewne ma rację, ale trzymanie się kurczowo tych zasad to kolejna pułapka.
WARUNKI WG ROKICKIEGO
Słowa posiadać używamy, gdy spełnione są łącznie cztery poniższe warunki:

1. POSIADACZEM JEST CZŁOWIEK

Miłośnicy mitologii, SF i fantasy mogliby wskazać setki przykładów, gdzie ten warunek nie działa, a zdanie jest poprawne.

W otchłani Internetu znalazłem też sformułowanie: "Laboratorium posiada certyfikat" Laboratorium=zespół ludzi, dla mnie jak najbardziej OK.

Wg powyższej zasady zwierzęta nie mogą posiadać. Jeśli jednak dokonamy lekkiej antropomorfizacji, to właściwie czemu nie?
Na przykład:
Sroka-złodziejka posiadała kolekcję błyskotek skradzionych w pobliskiej wiosce.

2. POSIADANA RZECZ JEST CENNA, WARTOŚCIOWA
Co jest cenne rzecz względna. Znowu Biblia (2 Księga Królewska:)
"Elizeusz zaś rzekł do niej: «Co mógłbym uczynić dla ciebie? Wskaż mi, co posiadasz w mieszkaniu?» Odpowiedziała: «Służebnica twoja nie posiada niczego w mieszkaniu poza garncem oliwy»."

3. MOŻNA POWIEDZIEĆ ZAMIENNIE, ŻE KTOŚ JEST WŁAŚCICIELEM CZEGOŚ
Przy tym restrykcyjnym warunku oczywiście odpadają sformułowania: posiadać wiedzę, doświadczenie, umiejętności, które dla mnie też są OK

4. w pozycji dopełnienia występuje RZECZOWNIK OZNACZAJĄCY KONKRETNY PRZEDMIOT MATERIALNY (nie może to być np. nazwa cechy, zjawiska, uczucia, odczucia itp., wykluczone są oczywiście wszystkie rzeczowniki abstrakcyjne).

Komentarz jak przy punkcie 3. Ponadto warunek nie uwzględnia uprzedmiotowionych ludzi i zwierząt:
Faraon posiadał setki niewolników. Szejk posiadał cztery żony i mnóstwo rasowych koni.

Co do wyrażeń posiąść/posiadać kobietę, to może z kobietą jest jak ze skarbem? Można skarb posiąść, a potem posiadać, zgubić albo roztrwonić?

17 VIII 2019   17:42:38

Ja się tylko tak wtącę, żeby tylko nikt nie liczył na to, że P.M. ktokolwiek przekona do czegokolwiek, niezależnie od przytaczanych źródeł ;P

Krucjata w temacie "posiadania", "protagonisty" i może też "póki co" regularnie przetacza się przez komentarze na portalach okołoksiążkowych.

18 VIII 2019   08:35:28

Pamiętajmy, że nie zawsze lingwiści i słowniki nadążają za tzw. językiem potocznym. Sam pamiętam, że już w podręcznikach do szkoły średniej, zwłaszcza z fizyki czy chemii, bardzo często napotykałem zwroty typu:
„bariera posiada potencjał”, „ten kierunek studiów posiadał sporą wartość naukową”,
a było to, nieskromnie przyznać, prawie ćwierć wieku temu.

18 VIII 2019   20:55:32

El Lagarto
"To ryzykowna teza, że zespół tłumaczy zajmujący się przekładem Biblii nie znał definicji jednego z istotnych słów przewijających się w tekście".

To nie jest teza ryzykowna, tylko teza pochodząca z lektury naukowych opracowań - nadużywanie "posiadać" to standard.

"Pisze o tym np. ta blogerka"...

Ale przecież o "posiadać" napisała to samo co ja - jako przykłady stylu podniosłego podała inne słowa (np. "kroczyć" zamiast "iść").

"Miłośnicy mitologii, SF i fantasy mogliby wskazać setki przykładów, gdzie ten warunek nie działa, a zdanie jest poprawne".

Po prostu w literaturze SF/fantasy należy to rozszerzyć na inne gatunki/istoty inteligentne (także te stworzone metodą antropomorfizacji).

"Laboratorium posiada certyfikat" Laboratorium=zespół ludzi, dla mnie jak najbardziej OK".

Niestety, ale laboratorium to nie zespół ludzi, lecz pomieszczenie wyposażone w specjalistyczny sprzęt, przeznaczone do prowadzenia doświadczeń itp.

"Co jest cenne rzecz względna".

Tu już wchodzisz na drogę rozważań filozoficznych, a nie językowych. W Słowniku Poprawnej Polszczyzny jest to bodajże ujęte jako rzecz cenna o wymiernej wartości.

"Faraon posiadał setki niewolników. Szejk posiadał cztery żony i mnóstwo rasowych koni".

Tak - faraon posiadał niewolników (bo prawnie mieli status zbliżony do przedmiotów lub zwierząt gospodarczych). Czy szejk posiada żony, to już zmusza do rozbioru Koranu i raczej posiadanie, mimo znacznej dyskryminacji kobiet, jest tu wątpliwe.

"Co do wyrażeń posiąść/posiadać kobietę, to może z kobietą jest jak ze skarbem?"

Nie, nie jest jak ze skarbem. Zresztą posiadanie w tym znaczeniu odchodzi do lamusa, jako seksistowskie. I słusznie.



Beatrycze
"Krucjata w temacie "posiadania", "protagonisty" i może też "póki co" regularnie przetacza się przez komentarze na portalach okołoksiążkowych".

No i...? Co Cię dziwi w tym, że chcę czytać książki czy recenzje napisane po polsku, a nie po polskiemu?



freynir
"nie zawsze lingwiści i słowniki nadążają za tzw. językiem potocznym"

Z drugiej strony, słowniki internetowe zazwyczaj, a papierowe często oddają stanowisko jednego człowieka, więc opieranie się na nich bywa ryzykowne. Dlatego sam korzystam ze słowników drukowanych PWN. Jeszcze warto pamiętać, że Słownik Języka Polskiego często podaje jak słowo JEST używane, a nie jak POWINNO być używane. Znacznie lepiej wiedzę czerpać ze Słownika Poprawnej Polszczyzny.

Co do "posiadać" to co najmniej od XIX wieku bywa nieprawidłowo używane jako zamiennik dla "mieć" - i wciąż nie stało się to poprawne.

19 VIII 2019   05:21:34

@Pawel.M.
„Co do "posiadać" to co najmniej od XIX wieku bywa nieprawidłowo używane jako zamiennik dla "mieć" - i wciąż nie stało się to poprawne.”

I to mnie zadziwia. Przez ostatnie 100 lat wiele innych słów przestało być używane, zmieniło znaczenie (niektóre nawet kilkukrotnie), powstały i weszły na stałe do użytku nowe, a tymczasem „posiadanie” wciąż jest w dyskusji etymologicznej.

20 VIII 2019   00:27:49

@freynir

Ano. I wiele słów, które po stuleciu w końcu zostały uznane. A także takie, z którymi językoznawcy wyczyniają jakieś niewyobrażalne łamańce (np. jako oboczność wobec dżudoki jest proponowany dżudowiec, bo dżudysta - też figurujący w niektórych słownikach - został chyba w końcu uznany za słowo niepożądane). Dlatego niektóre mądrości językoznawców pozwalam sobie puszczać mimo uszu.

Notabene - gdyby pisać ultrapoprawnie, nigdy by się nie pojawiło "źdźblenie się"...

22 VIII 2019   00:06:50

Nie posiadam się z radości, że zwykły czasownik budzi nie mniej emocji, niż recenzowana wyżej książka.

@Pawel M. Odpowiadam
>To nie jest teza ryzykowna, tylko teza pochodząca z lektury >naukowych opracowań - nadużywanie "posiadać" to standard.

OK, tyle że w przypadku stylu biblijnego to "nadużycie" brzmi naturalnie. Przeczytałem kawałek współczesnego "tłumaczenia" Biblii na "język hip hopu" i nawet jeśli to kogoś bawi brzmi to koszmarnie.

>Ale przecież o "posiadać" napisała to samo co ja - jako >przykłady stylu podniosłego podała inne słowa (np. "kroczyć" >zamiast "iść").

Przecież nie podważam wszystkiego co napisałeś. Generalnie się zgadzam, nie zgadzam się w szczegółach. BTW Są sytuacje kiedy styl podniosły śmieszy, są takie kiedy po prostu pasuje znacznie lepiej:
"Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie"

>Niestety, ale laboratorium to nie zespół ludzi, lecz >pomieszczenie wyposażone w specjalistyczny sprzęt, >przeznaczone do prowadzenia doświadczeń itp.

I Ty masz rację, i ja mam rację. Użyłem słowa w znaczeniu szerszym - jako metonimii. Oczywiście że laboratorium to pomieszczenie i sprzęt. itp. Niemniej to ludzie starają się o certyfikat i potem się nim posługują. Chyba że każda
szkoła jest tylko odpowiednio wyposażonym budynkiem, a Warszawa miastem, które nie potrzebuje mieszkańców.
W sumie czemu nie? W "The Walking Dead" Atlanta nadal jest Atlantą, chociaż nie ma tam prawie żywych ludzi :-D

>Tu już wchodzisz na drogę rozważań filozoficznych, a nie >językowych. W Słowniku Poprawnej Polszczyzny jest to bodajże >ujęte jako rzecz cenna o wymiernej wartości.

Dla dziecka czymś wartościowym może być brudna, szmaciana laleczka o zerowej wartości rynkowej, dla dorosłego coś o wartości sentymentalnej. Jedno i drugie wymierne nie jest...

>Czy szejk posiada żony, to już zmusza do rozbioru Koranu i >raczej posiadanie, mimo znacznej dyskryminacji kobiet, jest >tu wątpliwe.

Przy tworzeniu zdania raczej nie zastanawiamy się, co na ten temat mówi Koran, bo pewnie nie nauczylibyśmy się mówić po polsku. Bardziej istotne jest to, co autor zdania, myśli o tym szejku.

>Nie, nie jest jak ze skarbem. Zresztą posiadanie w tym >znaczeniu odchodzi do lamusa, jako seksistowskie. I słusznie

Ze skarbem to był mały żarcik. Wyrażenie "posiąść" o dawien dawna jest tylko wyrażeniem książkowym. W powszechnym obiegu jest czasownik "przelecieć" oraz inne słowa o wiele bardziej wulgarne. Seksistowskie czy nie ani myślą odchodzić do lamusa. Przy nich czasownik "posiąść" wydaje się niemal elegancki.

Ogólnie rzecz biorąc nie walczę z zasadami, jedynie zalecam umiar w ich stosowaniu. Polski język być na tyle elastyczna, że zwykle znaleźć się jakiś wyjątek od reguła.

22 VIII 2019   00:09:53

Interpunkcja kuleje, ale zgadzam się z wszystkim co napisałem wyżej.

22 VIII 2019   23:04:18

>Oczywiście że laboratorium to pomieszczenie i sprzęt. itp. >Niemniej to ludzie starają się o certyfikat i potem się nim >posługują. Chyba że każda
>szkoła jest tylko odpowiednio wyposażonym budynkiem, a Warszawa miastem, które nie potrzebuje mieszkańców.

Przeczytałem sobie ponownie co sam napisałem i dopiero teraz zorientowałem się, że tak zaczynający się fragment (dalej jest coś o "Walking dead")w sierpniu mógł się skojarzyć z robieniem paskudnych żartów z Powstania Warszawskiego. Mogłem napisać Londyn, Paryż albo Pekin, ale nie wiem czemu napisałem Warszawa, nie była to jednak żadna aluzja ani celowa złośliwość. Dowód na to że czasem warto się chwilę zastanowić przed dodaniem komentarza. A Powstańcom cześć i chwała!

« 1 2 3 4 »

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Miasto zawieszone w powietrzu
Beatrycze Nowicka

20 IX 2019

Atutem „Jedynego”, najnowszej powieści Pawła Majki, jest przyjemny koncept wyjściowy, choć przydałoby się, żeby autor włożył więcej wysiłku w przedstawianie czytelnikowi uniwersum i bohaterów.

więcej »

PRL w kryminale: Naziści w dzielnicy czerwonych latarni
Sebastian Chosiński

19 IX 2019

Jeśli ktoś taki, jak Andrzej Kobar, istniał naprawdę – okazał się twórcą tylko jednej mikropowieści. Wielce prawdopodobne więc, że jest to po prostu pseudonim jakiegoś uznanego autora, który postanowił sobie nieco dorobić, pisząc kryminał, a jednocześnie chcąc zachować anonimowość. „Zielony volkswagen” ukazał się pierwotnie w 1963 roku i nawiązywał do peerelowskiej propagandy, która nakazywała w niemal każdym Niemcu zza żelaznej kurtyny widzieć byłego nazistowskiego zbrodniarza.

więcej »

Sumienie
Joanna Kapica-Curzytek

18 IX 2019

Bohaterem „Niewidzialnej ręki”, genialnie napisanego reportażu, jest Maciej Zimiński, twórca popularnego programu telewizyjnego sprzed lat o tym tytule. Ale to przede wszystkim książka również o nas, o polskim społeczeństwie.

więcej »

Polecamy

Nowe rozdanie

Na rubieżach rzeczywistości:

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Klasyka gryziona po kostkach
— Jarosław Loretz

Wizyta w raju. Ponoć.
— Jarosław Loretz

Międzygwiezdne czułości
— Jarosław Loretz

Święto zmarłych na ckliwie
— Jarosław Loretz

Brudne szpony bioenergoterapeutów
— Jarosław Loretz

Kwestia zaufonia
— Jarosław Loretz

Obraz niezdecydowania
— Jarosław Loretz

Wędrować też trzeba umieć
— Jarosław Loretz

Bracula
— Jarosław Loretz

Polska atomem liźnięta
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.