Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 września 2019
w Esensji w Esensjopedii

John Biapol
‹Bazar›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazar
Data wydania2011
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-146-4
Format188s. 120×195mm
Cena24,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 20,50 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Bazarki z kosmosu
[John Biapol „Bazar”, John Biapol „Bazarska ambasada” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Bazar” i „Bazarska ambasada” Johna Biapola to literatura ze wszech miar koślawa. Ale przy tym w jakiś trudno uchwytny sposób urzekająca.

Jarosław Loretz

Bazarki z kosmosu
[John Biapol „Bazar”, John Biapol „Bazarska ambasada” - recenzja]

„Bazar” i „Bazarska ambasada” Johna Biapola to literatura ze wszech miar koślawa. Ale przy tym w jakiś trudno uchwytny sposób urzekająca.

John Biapol
‹Bazar›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazar
Data wydania2011
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-146-4
Format188s. 120×195mm
Cena24,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 20,50 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Dwie powieści Johna Biapola wydane praktycznie własnym nakładem (Novae Res się kłania) – „Bazar” i „Bazarska ambasada” – to bardzo pocieszna grafomania. Obydwie są z gruntu niedobre, źle napisane i fatalnie rozplanowane, ale jednocześnie posiadają na tyle uroku wynikającego z fabularnej beztroski i narracyjnej naiwności, że czyta się je z pogodnym uśmiechem na twarzy. Przynajmniej jeśli się ma w sobie choć odrobinę literackiego masochizmu i potrafi się czerpać radość z tego, że wśród ciężkich, tępo napisanych kluchów trafia się od czasu do czasu taka głupiutka, leciutka perełka. Gorzej, jeśli u czytelnika akurat krucho z tolerancją na głupotę. Wtedy… No cóż, należy trzymać się od twórczości imć Biapola z bardzo daleka.
Tu dwa słowa o autorze. Oczywiście, że John Biapol to pseudonim rodzimego twórcy. Pod tymże pseudonimem kryje się – niezbyt gorliwie, skoro w „Bazarskiej ambasadzie” jest podany link do efemerycznego, dawno już martwego autorskiego bloga z kompletem danych – Janusz Łukasiński, inżynier środowiska rodem z Białegostoku, od 30 lat zamieszkały w Nowym Jorku. Co go natchnęło do podzielenia się z rodakami zawartością szuflady? Trudno stwierdzić, i chyba lepiej nie pytać. Zwłaszcza że po wydaniu tych dwóch książek zamilkł.
Zgodnie z okładkową notą fabuła „Bazaru” powinna być prościutka i dotyczyć konsekwencji nawiązania przez Ziemian – w roku 3245 – kontaktu z mieszkańcami planety Bazar. Cytując: „Co stanie się, gdy purytański, pełen radości świat ludzi zetknie się z nieznaną, nowoczesną cywilizacją? Dla której ze stron nadchodzące zmiany w życiu Ziemian i Bazarków okażą się korzystne? Jak kontakt obydwu ras wpłynie na kluczowe elementy ludzkiej kultury: rodzinę, wychowanie i tradycję?” Jak zapewnia autor noty, „Na te pytania odpowiada w Bazarze John Biapol, z humorem ukazując wizję nadchodzącego milenium.” Otóż nie, na żadne z nich Biapol nie odpowie, bo nie o kontakcie jest książka. Jak to?, ktoś zapyta. Ano – tak to. Bazarków w „Bazarze” praktycznie nie ma. Humoru zresztą też.
Nim zabiorę się za opisywanie rzeczywistej fabuły, wyjaśnię może kwestię Bazaru i Bazarków. Otóż planeta nazywa się Bazar, zaś jej mieszkańcy to… tak jest, Bazarki. Nie Bazarczycy, nie Bazarianie, nawet nie Bazarkowie. Bazarki. Dlaczego? Bo tak. Co więcej – nazwa planety jest… nieodmienna! Trafiają się więc zdania w rodzaju „mieszkając na Bazar”. Jaki cel przyświecał autorowi? Dlaczego się w ogóle uparł na taką nazwę, skoro przysporzyła mu tylu problemów podczas pracy twórczej? I dlaczego jeden z bohaterów nazywa się Meteor Bind? Oraz – czemu pojazdy latające ochrzczone zostały mianem starteków/startków?
I pytanie bonusowe – kto rozsądny rozpoczyna powieść w tak kuriozalny sposób:
„- Witam! O stan planety Ziemi pytam. Jest tam kto? Co się z nimi stało? Tak niedawno jeszcze to podskakiwało. Plamę rdzawą tylko widzę. Coś się im rozlało w wodzie. Chodzą tacy oblepieni, nijacy i skruszeni. Widzisz ten samolot mały? Skrzydła mu poodpadały. A ten, co się zeń gramoli, to ich wódz olejowy. Co robimy? Sprzątamy?”
Akcja „Bazaru” startuje w sylwestra roku 3245, kiedy to Ziemia – licząca coś koło 3,5 miliarda mieszkańców – jest szczęśliwa, bo zjednoczona pod berłem Króla Ziemi. Nie ma militaryzmu, nie ma niedoli, nie ma też jednak czegoś takiego, jak prywatność. Wszystko jest na podsłuchu i podglądzie, często nawet myśli. Trójka przyjaciół – Jack, jego dziewczyna Tery, dziennikarka z zawodu, oraz wspomniany Meteor, adwokat – leci do Argentyny skontaktować się z krewniakiem Jacka. Krewniaka nie ma co prawda w chacie – bo generalnie jest to coś w rodzaju zapuszczonego rancza – ale przebywający w obejściu pies wpuszcza ich do domku, po czym… obnaża kły i siada przy drzwiach. Struchlali z grozy grzecznie czekają. „Po trzech dniach pies nie dostał jedzenia, nie zmieniło to jednak jego postawy. Piątego dnia, po dwóch dobach bez jedzenia, przestało być zabawnie. Sytuacja wymagała podjęcia natychmiastowej decyzji. Umrzeć z głodu lub zastrzelić psa.” Wstają, z marszu łapią psa w gruby kożuch i pętają mu łapy. Kwadrans później zjawia się krewniak. Kurtyna.
Ponieważ okazuje się, że ranczo już nie należy do rodziny, bohaterowie przekonują krewniaka, żeby przeniósł się z psem do Nowego Jorku. Nim krewniak ugrzęźnie na kwarantannie razem z psem (bo przecież go tam nie zostawi samego), tłumaczy jednemu z bohaterów, co to jest kaganiec, zaklejając mu taśmą samoprzylepną usta i mówiąc „Teraz spróbuj szczekać lub gryźć”. Jak by nie było, krewniak znajduje wkrótce pracę w restauracji, poznaje ładną dziewczynę i dość szybko dorabia się z nią dzieci. Równolegle biegnie wątek kontaktu z Bazarkami, polegający na tym, że przyleciał do nas ich statek i na parę miesięcy uprowadził 30 najpiękniejszych modelek. 28 wróciło w końcu na Ziemię, a z jedną z nich przyleciał tamtejszy kochanek, Zen, propagując modę na bazarską żywność. Dla wzbogacenia cienkiej fabuły autor dorzucił jeszcze przygody Tery, która przeprowadza wywiad z przybyszem, a potem próbuje się dowiedzieć, jak to jest być zamkniętym w placówce, w której leczy się umysły.
Książka urywa się ni w pięć, ni w dziewięć, bez żadnej, najsubtelniejszej nawet konkluzji. Co więcej, autor nie ukrywa, że drugi tom wcale nie stanowi żadnej kontynuacji przygód bohaterów z części pierwszej. Jak głosi napis na okładce „Bazarskiej ambasady”, książka ta „jest niezależną kontynuacją powieści BAZAR”. Sfrustrowanemu czytelnikowi, uraczonemu niepełnowartościowym wyrobem powieściopodobnym, zostaje tylko czerpanie niezdrowej radości z różnych „kwiatków”:
„Często stołowali się w niej [restauracji] członkowie mafii. Ponieważ obecnie nie było już ani mafii włoskiej, rosyjskiej, ani chińskiej, można było spotkać tylko smakoszy z mafii królewskiej. Łatwo było ich rozpoznać. Mieli wysokie czoła, wypukłą tylną część czaszki i zwracali się do siebie „bracie”.” (s. 26)
„Stolik był zarezerwowany, lecz wolał poczekać w holu.” (s. 26)
„O ile mężczyźni wyrażali emocje poprzez opowiadanie okazjonalnych dowcipów, panie w tym celu recytowały wiersze, zazwyczaj własne.” (s. 27)
„Bob kładł kolejne porcje mięsa na rozgrzaną grylażową patelnię.” (s. 30)
„Panu Bogu szczególnie miłe były jagnięcia. Powinny być zdrowe, świeże, bez żadnych wad.” (s. 30) – jak jagnięcia (sic!) mogłyby być nieświeże, skoro były żywe?
„Oboje czekali na swoją szansę, niejednokrotnie długo i bezskutecznie.” (s. 58)
„Na dachu budynku było lądowisko dla taksówek i gości.” (s. 61)
„Gdy weszli do apartamentu, Bob powitał ich serdecznie. Jednak miał wygląd samobójcy.” (s. 64)
„Wypadła wściekła z sypialni. Była zdolna do wszystkiego, omal nie została prezydentem. On od tego czasu tylko platonicznie.” (s. 67)
„Byłem świadkiem, jak ojciec pięcioletniego syna podniósł go ze złością za uszy za to, że ten nie miał ochoty przerwać zabawy i wrócić do domu. Syn machając nogami w powietrzu, pluł na ojca i wrzeszczał.” (s. 119)
„Zen dostał osobisty przekaz. Paczkę od taty i mamy. Były tam ciepłe skarpety, ulubiona zabawka z dzieciństwa.” (s. 138)
Proszę o kontakt dziewczynkę, Która nie miała dwóch zębów I grała ze mną w piłkę. To jeden z pierwszych wierszy, które napisał.” (s. 138)
„Recytując swoje wierszyki po bazarsku, przyglądał się ludziom, emocjom wywołanym brzmieniem i melodią nie do końca zrozumiałych dla nich słów.” (s. 141)
„- Adwokat, a taki mądry – podsumował Jack i zajął się podpalaniem ogniska.” (s. 151)
W ramach bonusu dodam, że autor pochylił się też nad językiem Bazarków. Jak podał na stronie 69, „Ich dźwięki i sposób zapisywania były zbliżone do języka chińskiego.” I jak te chińskie z brzmienia dźwięki wyglądały? Otóż fraza „Dziękujemy za zaproszenie” brzmi w tamtejszym języku… „Bę bę ku pa”, zaś położone w czterech narożnikach posiadłości piramidy to Bapa, Capa, Japa i Lapa. Podczas gdy Rapapa to bal…

John Biapol
‹Bazarska ambasada›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBazarska ambasada
Data wydania2012
Autor
Wydawca Novae Res
CyklBazar
ISBN978-83-7722-244-7
Format176s. 121×195mm
Cena25,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 21,47 zł
Kup wTaniaKsiążka.pl: 12,95 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
„Bazarska ambasada”, drugi tom andronów, jest troszkę obszerniejsza – w teorii posiada niemal tyle samo stron, co „Bazar”, ale zadrukowanych znacznie drobniejszymi literkami. Fabuła jednak jest podobnie skonstruowana – bez myśli przewodniej, bez finału, i z mikrą ilością Bazarków, których obecność ogranicza się w pewnym momencie do zwiezienia na Ziemię budulca oraz wystawienia na pustyni Sonora pięciu piramid – jednej centralnej, i czterech mniejszych, w narożnikach posiadłości. Cała reszta to przygody Franka Podolskiego, rodowitego warszawskiego prażanina, który z zapijaczonego bumelanta w tydzień czy dwa awansuje na bliskiego doradcę Króla Ziemi, a gdy wyrusza spenetrować syberyjską mafię, zostaje z kolei mianowany szóstym carem, czyli członkiem działającego na Syberii pięcioosobowego dotąd mafijnego gremium. Że jakoś się to nie klei z tysiącletnimi rządami spokoju i ładu, kiedy to wytępiono militaryzm, przestępczość i sport zawodowy (to ostatnie pierwszym królewskim edyktem)? No cóż, licentia poetica…
Z biegiem czasu Franek zakochuje się w pilnującej go królewskiej agentce, a do tego zaczyna być rozpatrywany jako ewentualny ambasador na Bazarze. Przepraszam, na Bazar. Trzeba mu było tylko usunąć Syndrom Głębokiego Zakorzenienia, czyli strach przed lotem w kosmos (na myśl o opuszczeniu Ziemi co 44 człowiek ma… zatrzymanie akcji serca). W tym czasie król głowi się nad sposobem usunięcia syberyjskiej mafii i… książka się kończy. Na poprawienie humoru zostaje jak zwykle garść „mądrości”:
„- Mój zespół jest w trakcie tworzenia takiego człowieka, że najmądrzejszy Bazarek będzie mógł jedynie piknąć przy nim.” (s. 21)
„Dostojnie podała dłoń. Franek w ostatniej chwili powstrzymał się, by nie pocałować jej długich palców obciągniętych delikatną skórą.” (s. 39)
„Tymczasem Franek, ze zdartą skórą na języku siedział w tunelu (…).” (s. 62) – oczywiście chodzi o Syberię, i oczywiście znowu bohater utknął w jakiejś idiotycznej sytuacji na pięć dni o suchym pysku. I nie, nikt mu nic z językiem nie robił.
„Basen był na dachu budynku, ogrodzony gęstą siatką wokół korony drzew.” (s. 72)
„Za Frankiem [szedł] Piąty. Franek czuł jego wzrok na całym swoim ciele. „Seksualny dominant, niezależny od płci. Kocha się z kobietami, a marzy o mężczyznach. Rzadka, skomplikowana osobowość. To zapewne dlatego został carem. (…)”. (s. 76) – ileż to rzeczy można wyczytać z wrażenia, że się jest obserwowanym…
„Usłyszeli dyskretne dźwięki muzyki. Dominował kolor błękitny z odcieniem zielonym.” (s. 77)
„Kolorowy tłum mijał się pomiędzy kolejnymi terminalami.” (s. 83)
„To nie były notatki. Pat, ten z najwyżej podniesioną głową, rysował kółka. Jew malował wielokąty. Ken, najmniejszy, zakreślił całą stronę liniami. Krys, blondyn o dziecinnej twarzy, malował gwiazdy. „Nie jest z nimi tak źle, jak myślałem, te rysunki świadczą o tym, że myślą abstrakcyjnie.”” (s. 90)
„- Masz coś jeszcze do oddania? – Mam – krótko odpowiedział Franek. – Co masz? – zapytał sekretarz tonem wyraźnie wskazującym, kto tu rządzi.” (s. 101)
„Liczniki, które mamy zainstalowane zaraz po urodzeniu na czubkach naszych nosów, mierzą wielkość napromieniowania. Uporczywe kichanie świadczy o przekroczeniu normy.” (s. 137)
Księżyc. „Dzieci urodzone tam mają dwukrotnie większy iloraz inteligencji. Neutrony w mózgu są szybsze, gdyż ciążenie jest mniejsze.” (s. 152)
Tym optymistycznym akcentem, wieszczącym skokowy przyrost geniuszy po skolonizowaniu Księżyca, kończę wyliczankę i przestrzegam, że po płody wyobraźni Johna Biapola powinno się sięgać z daleko posuniętą ostrożnością…
koniec
31 lipca 2019

Komentarze

« 1 2 3 4
25 VIII 2019   22:31:09

El Lagarto

"OK, tyle że w przypadku stylu biblijnego to "nadużycie" brzmi naturalnie. Przeczytałem kawałek współczesnego "tłumaczenia" Biblii na "język hip hopu" i nawet jeśli to kogoś bawi brzmi to koszmarnie".

To już tylko taki wybór nam został - albo naukowo-urzędnicza nowomowa, albo slang hiphopowców? Bo nie rozumiem tego tłumaczenia... I "posiadać" w miejsce "mieć" nie ma nic wspólnego ze stylem podniosłym.

"Dla dziecka czymś wartościowym może być brudna, szmaciana laleczka o zerowej wartości rynkowej, dla dorosłego coś o wartości sentymentalnej. Jedno i drugie wymierne nie jest".

I dlatego nie można posiadać brudnej, szmacianej lalki. Chyba że to zabytkowa lalka, dzieło wybitnego artysty przeliczalne na konkretną sumę. Jeszcze Słownik Poprawnej Polszczyzny: "posiadać (...) razi zwłaszcza w połączeniu z nazwami rzeczy drobnych".

30 VIII 2019   23:08:20

@Pawel.M.
Naukowo-urzędnicza nowomowa to jednak inna rzeczywistość niż język Biblii. Stare tłumaczenie Biblii Jakuba Wujka przez stulecia stanowiło punkt odniesienia dla polszczyzny. Akurat w przypadku Biblii uroczysty i wzniosły styl jest sensowny. Inaczej mamy do czynienia z pastiszem albo parodią.

"Posiadać" i "mieć" trochę jednak mają wspólnego ze stylem podniosłym.
Porównaj zdania:
Smaug posiadał skarby zgromadzone we wnętrzu Samotnej Góry./
Smaug miał skarby zgromadzone we wnętrzu Samotnej Góry.
Gollum miał niezwykły pierścień/Gollum posiadał niezwykły pierścień.

Zgadzam się, że nadużywanie czasownika "posiadać" razi... Puryzm jednak też jest ścieżką donikąd. Jak zauważyli przedpiścy język żyje własnym życiem.

Rzeczownik "posiadanie" już nie budzi takich kontrowersji jak czasownik "posiadać". Posiadanie broni czy narkotyków funkcjonuje także poza środowiskiem prawniczym. Broń wykonana domowym sposobem czy niewielka ilość narkotyku mogą mieć znikomą wartość rynkową.

Kazik śpiewał:5 lat za posiadanie, 10 używanie. A Kazik przecież nie robi błędów językowych ;-)




03 IX 2019   21:45:53

Dodałem komentarz przez facebooka, ale go nie widzę, to jeszcze raz.

El Lagarto
Smaug mógł posiąść i posiadać skarby, a Gollum pierścień - wszak to przedmioty o znacznej wartości. I w tym przypadku można to uznać za styl podniosły. Natomiast tam, gdzie "posiadać" użyte jest nieprawidłowo mamy do czynienia nie ze stylem podniosłym, a urzędniczą nowomową.

Taką samą urzędniczą - konkretnie prawniczą nowomową posłużył się CELOWO Kazik. W prawniczej urzędniczynie można nawet posiadać mandat, posiadać chorobę psychiczną (sam czytałem takie "ładne" zdanie, że delikwent posiadał czynny zakaz prowadzenia pojazdów - no nie można posiadać tego, co nas zubaża, a na dodatek, czy jest też bierny zakaz prowadzenia pojazdów? Czym się różni od czynnego zakazu?) Język prawniczy w ogóle jest koszmarny, bełkotliwy (co tym bardziej smutne, że prawnicy to wykształceni humaniści). Zaprawdę powiadam wam: nie uczcie się polszczyzny od prawników, bo będziecie bełkotać.

Natomiast "posiadanie" i "posiadać" to nieco inna broszka. "Posiadać" można prosto i poprawnie zastąpić czasownikiem "mieć", a "posiadanie" nie ma takiego odpowiednika (no nie ma "mienia" czy "miecia" w polszczyźnie) - a to zmusza do zmiany budowy zdania, żeby ominąć owo "posiadanie". Więc to nie są analogiczne przypadki. Choć osobiście wolę zmienić budowę zdania, niż nadużyć "posiadania".

06 IX 2019   13:26:30

@Pawel.M.- „czynny i bierny zakaz prowadzenia pojazdów”. Owszem, w mowie prawnej istnieje coś takiego, jak bierny zakaz prowadzenia pojazdów. Jest nim, wynikający z kodeksu drogowego, brak posiadania uprawnień do kierowania daną kategorią pojazdów, karany zazwyczaj mandatem jako wykroczenie. Czynny zakaz jest wprowadzany przez sąd wobec osoby której albo/i zostały odebrane uprawnienia, albo uporczywie narusza przepisy poprzez jazdę bez uprawnień. Czyn ten jest przestępstwem, i podlega karze więzienia.
Z powyższego zaś wynika, że prawie każdy z nas „posiada” (jest wzbogacony) o bierny zakaz prowadzenia pojazdu np. kategorii M, albo samolotu :-)

14 IX 2019   23:57:40

freynir
No10 teraz mnie zaskoczyłeś -m ale to tylko potwierdza jakim bełkotem jest język prawników.

« 1 2 3 4

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Miasto zawieszone w powietrzu
Beatrycze Nowicka

20 IX 2019

Atutem „Jedynego”, najnowszej powieści Pawła Majki, jest przyjemny koncept wyjściowy, choć przydałoby się, żeby autor włożył więcej wysiłku w przedstawianie czytelnikowi uniwersum i bohaterów.

więcej »

PRL w kryminale: Naziści w dzielnicy czerwonych latarni
Sebastian Chosiński

19 IX 2019

Jeśli ktoś taki, jak Andrzej Kobar, istniał naprawdę – okazał się twórcą tylko jednej mikropowieści. Wielce prawdopodobne więc, że jest to po prostu pseudonim jakiegoś uznanego autora, który postanowił sobie nieco dorobić, pisząc kryminał, a jednocześnie chcąc zachować anonimowość. „Zielony volkswagen” ukazał się pierwotnie w 1963 roku i nawiązywał do peerelowskiej propagandy, która nakazywała w niemal każdym Niemcu zza żelaznej kurtyny widzieć byłego nazistowskiego zbrodniarza.

więcej »

Sumienie
Joanna Kapica-Curzytek

18 IX 2019

Bohaterem „Niewidzialnej ręki”, genialnie napisanego reportażu, jest Maciej Zimiński, twórca popularnego programu telewizyjnego sprzed lat o tym tytule. Ale to przede wszystkim książka również o nas, o polskim społeczeństwie.

więcej »

Polecamy

Nowe rozdanie

Na rubieżach rzeczywistości:

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Klasyka gryziona po kostkach
— Jarosław Loretz

Wizyta w raju. Ponoć.
— Jarosław Loretz

Międzygwiezdne czułości
— Jarosław Loretz

Święto zmarłych na ckliwie
— Jarosław Loretz

Brudne szpony bioenergoterapeutów
— Jarosław Loretz

Kwestia zaufonia
— Jarosław Loretz

Obraz niezdecydowania
— Jarosław Loretz

Wędrować też trzeba umieć
— Jarosław Loretz

Bracula
— Jarosław Loretz

Polska atomem liźnięta
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.