Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 października 2019
w Esensji w Esensjopedii

Tomi Adeyemi
‹Dzieci krwi i kości›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDzieci krwi i kości
Tytuł oryginalnyChildren of Blood and Bone
Data wydania13 lutego 2019
Autor
PrzekładŁukasz Witczak
Wydawca Wydawnictwo Dolnośląskie
CyklDziedzictwo Oriszy
ISBN978-83-271-5868-0
Format512s. 135×205mm
Cena39,90
Gatunekdla dzieci i młodzieży, fantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 31,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Jak dziewczyna o nieskończonych rzęsach ratowała magię
[Tomi Adeyemi „Dzieci krwi i kości” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Dzieci krwi i kości” Tomi Adeyemi to połączenie typowego heroic fantasy z równie typową pisaną przez kobiety fantastyczną prozą dla nastolatek.

Beatrycze Nowicka

Jak dziewczyna o nieskończonych rzęsach ratowała magię
[Tomi Adeyemi „Dzieci krwi i kości” - recenzja]

„Dzieci krwi i kości” Tomi Adeyemi to połączenie typowego heroic fantasy z równie typową pisaną przez kobiety fantastyczną prozą dla nastolatek.

Tomi Adeyemi
‹Dzieci krwi i kości›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDzieci krwi i kości
Tytuł oryginalnyChildren of Blood and Bone
Data wydania13 lutego 2019
Autor
PrzekładŁukasz Witczak
Wydawca Wydawnictwo Dolnośląskie
CyklDziedzictwo Oriszy
ISBN978-83-271-5868-0
Format512s. 135×205mm
Cena39,90
Gatunekdla dzieci i młodzieży, fantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 31,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Jakiś czas temu powieściowy debiut Tomi Adeyemi zainteresował mnie wzmiankami na temat osadzenia akcji w nieco bardziej egzotycznej scenerii. Lubię fantastykę z innym niż europejskie „tłem etnicznym”, choć w miażdżącej większości przypadków jest ona pisana jeśli już, to przez potomków imigrantów z rozmaitych egzotycznych zakątków świata, nadal więc prezentuje obraz postrzegany przez pryzmat zachodniej kultury oraz dopasowany do jej wzorców i schematów. Tak jest i w przypadku „Dzieci krwi i kości”, gdzie szkielet fabularny to typowa wyprawa drużyny wybrańców, w których ręce trafił artefakt niezbędny do ocalenia ludu głównej bohaterki przed okrucieństwem króla-tyrana. W pakiecie czytelnik (a może lepiej – czytelniczka, bo mężczyzn nie podejrzewam o rozkoszowanie się taką tematyką) dostaje także ckliwy wątek romansowy z księciem w jednej z ról głównych.
Przygody Zélie, jej brata Tzaina oraz zbuntowanej księżniczki Amari, pragnących przywrócić królestwu Oriszy utraconą magię odniosły sukces komercyjny, a nawet otrzymały nagrodę w kategorii literatury młodzieżowej. Sądzę, że docelowa grupa odbiorców istotnie ma szansę czerpać z lektury sporo przyjemności z uwagi na dynamiczną narrację, bohaterów skrojonych pod gusta nastolatków i gęsto rozrzucone wzruszające scenki. Warto też zauważyć, że głównym celem życiowym Zélie nie jest zdobycie najprzystojniejszego chłopaka w okolicy. Co nie zmienia faktu, że wątek miłosny zajmuje od pewnego momentu sporo miejsca, a że autorka lubi wtedy popadać w szczególnie kiczowaty styl, powieści to nie pomaga.
Zaletą „Dzieci…” mogłyby być egzotyczne realia, niestety – diabeł tkwi w szczegółach, a te wskazują na to, że Adeyemi nie przemyślała kreacji świata. Niewielka nadmorska wioska rybacka, w której mieszka główna bohaterka, nagle okazuje się mieć setki domów. Zélie wyrusza na targ do stolicy sprzedać rzadką rybę i przez kilka godzin niesie ją w sakwie w upale. Wielki pożar w osadzie prowadzi ledwie do czterech śmierci, do tego protagonistka zna tę liczbę, mimo że uciekła stamtąd niedługo po tym, jak się zaczął. Trójka bohaterów, z których jedno nigdy nie opuszczało pałacowych murów, a dwójka pozostałych nie była w górach od kilkunastu lat, żwawo pokonuje w ciągu jednego dnia trzy kilometry w pionie, wspinając się po urwisku. Linę, pomagającą we wspinaczce, można, jak się okazuje, nosić w kieszeni. Autorka radośnie informuje czytelnika o pawianach huśtających się wśród drzew, podczas gdy akurat te małpy prowadzą naziemny tryb życia. Niektórzy czytelnicy zapewne nie zwrócą na uwagi na tego rodzaju drobiazgi, mnie jednak one drażnią i psują obraz świata.
Do tego dochodzą jeszcze ważniejsze kwestie, jak na przykład sensowność budowania areny do walk gladiatorów na środku pustyni, albo to, że gromadka zabiedzonych i wygłodzonych niewolników nagle okazuje się świetnymi wojownikami. Najbardziej irytujące są jednak cudowne teleportacje. Główny antagonista posiada umiejętność nagłego pojawiania się na drodze bohaterów wraz ze swoimi niezliczonymi żołnierzami i okrętami. Jego ludzie potrafią w kilka dni odszukać nie wiadomo gdzie ukrywającego się zbiega i dostarczyć go na drugi koniec krainy, choć głównym bohaterom pokonanie tej trasy w jedną stronę zajęło parę tygodni.
Powyższe uwidacznia też kolejną cechę – otóż fabuła nie ma nawet znamion wiarygodności, zazwyczaj brakuje jej też wewnętrznej logiki. Jeśli bohaterom ma się coś udać, to zwyciężą wbrew wszystkiemu. Gdy autorce potrzebna jest scena tańców, uścisków i wzajemnych zachwytów, funduje postaciom zabawę, choć w teorii na wykonanie zadania zostało jedynie kilka dni, więc to raczej nie pora na postoje i świętowanie. Kiedy jednak Adeyemi dochodzi do wniosku, że trzeba rzucić drużynie kłodę pod nogi i zafundować jakiś „zaskakujący” zwrot akcji, to nagle przeciwnicy wyrastają jak z pod ziemi, dysponując kluczowymi informacjami i przewagą liczebną.
Cała historia została rozpisana na czarno-białych bohaterów. Od razu wiadomo, że „nasi” mają rację i postępują słusznie. Przez chwilę łudziłam się, że doczekam się szerszych wyjaśnień na temat okoliczności śmierci rodziny króla, która skłoniła go do wszczęcia wojny przeciwko magom i prześladowań ich dzieci, niestety Adeyemi nie doprecyzowała, o co chodziło. Król jest zły i się myli, więcej ci, czytelniku nie trzeba. Jedyną postacią w zamierzeniu targaną sprzecznościami był książę Inan, niestety jego wewnętrzna walka została przedstawiona nad wyraz topornie, a nagłe zmiany frontu nie przekonują. Młodzieńcowi nie pomogły także kiczowate zachwyty na temat Zélie. Skoro już o niej mowa, to dość typowa Mary Sue. Uzdolniona magicznie, świetnie walcząca, a ponadto urodziwa tak, że jak się odświętnie ubierze, wszyscy wokół popadają w zachwyt. W dodatku jest to ten rodzaj postaci, za której głupotę płacą wszyscy dookoła, ponieważ jej, jako przeznaczonej do wyższych celów nic poważniejszego stać się nie może. W teorii bohaterka żyła w nędzy i ucisku, jednak, ujmując sprawę nad wyraz eufemistycznie, nie przeszkadza jej się to zachowywać nierozsądnie1).
Język powieści jest prosty – może to i lepiej, zważywszy na to, że tłumacz się nie wysilił. Zgrozę wywołuje już zamieszczona na początku lista z klanami magów i ich specjalizacjami. Oto mag umysłu zyskał dźwięczne miano „konektor”, dalej mamy „faluna”, „tajfuna”, „ziemiowca” wraz z „ziemiarką”, „świetlarką” oraz „kancerem” (ten ostatni zsyła chorobę). Po cóż było się tak ograniczać? Mam inne pomysły: „światłowód”, „świetlówka”, „sprężarka”, „ziemniak” i „ziemianka” (a może „ziemiórka”). Z innych przykładów – „white lie” zostało przeznaczone dosłownie.
Styl książki jest znośny do momentu, w którym bohaterowie nie zaczynają odczuwać miłosnych uniesień. Wtedy bowiem pojawiają się frazy w rodzaju: „nagle przeszywa mnie wstrząs, coś jak piorun. Czuję to we wszystkich porach skóry, jakby moja najgłębsza istota zapłonęła ogniem. Oddech więźnie mi płucach, spoglądam w dół i napotykam spojrzenie X. Czas stanął w miejscu. Bursztynowe oczy jaśnieją jakąś tajemniczą i nieprzepartą siłą. Nie mogę się uwolnić, jakby jego duch trzymał mojego w szponach”2), „sunie po migoczących falach jak czarny łabędź (…) rzęsy na jej zamkniętych powiekach zdają się nie mieć końca (…) kiedy odwraca się w moją stronę, oddech zamiera mi w piersi”, „morska woń jej duszy (…) uderza we mnie z całą mocą”, „przez chwilę istnieję tylko w jego ramionach, żyję w cichej przystani jego czułych objęć (…) w jego bursztynowych oczach miłość miesza się z cierpieniem”, „dwa dni bez niej. Pod jej nieobecność morskie powietrze jest cięższe. Każdy powiew szepce jej imię. (…) Jej duch wędruje z wiatrem. Bez niej cały świat jest wspomnieniem. Księgą bezpowrotnie utraconego. Zamykam oczy i przypominam sobie nasze ostatnie wspólne chwile wśród trzcin. Nie wiedziałem, że można tak idealnie pasować do czyichś ramion.” Dobrze, że jest tego stosunkowo niewiele.
Trzeba jednak przyznać, że „Dzieci…” czyta się płynnie i z zaciekawieniem, pomimo braku jakichkolwiek większych obaw odnośnie powodzenia misji, jakiej podjęli się bohaterowie. Choć jest to pierwszy tom cyklu, główny wątek zostaje zamknięty. Odmienny sztafaż i ciemnoskórzy bohaterowie przynajmniej nieco odróżniają powieść Adeyemi od innych tego rodzaju pozycji. Stąd ocena – tym razem uwzględnia ona specyfikę grupy docelowej, więc dorośli fani fantasy powinni sobie ją obniżyć. Choć, przyznam, po raz kolejny zastanawiam się, czy słusznym jest zakładanie, że literatura dla młodzieży może być głupsza i prostsza od tej przeznaczonej dla starszego czytelnika. Ale to już temat na inny artykuł.
koniec
30 września 2019
PS. Przy okazji szukania informacji o autorce natrafiłam na taką oto – otóż Adeyemi oskarżyła Norę Roberts o plagiat tytułu. Pocieszna historia, zważywszy na ilość książek napisanych przez tę drugą, ogólny „poziom oryginalności” tytułów fantasy, czy choćby to, że tytuł rzekomo plagiatujący brzmi „Of blood and bones”. Poza tym, być może to Roberts, jako królowa romansów, mogłaby oskarżyć Adeyemi o plagiat – domniemywam, że fraz zbliżonych do tego, co wyżej cytowałam, znalazłoby się w jej twórczości mnóstwo.

1) Jeszcze jedna rzecz mnie ubawiła, umieszczam ją w przypisie, nie chcąc w treści recenzji zdradzać kwestii kluczowych dla fabuły. Otóż Adeyemi zafundowała swojej bohaterce seks w „wirtualu” (to znaczy w magicznie wykreowanym świecie wyobraźni jej i księcia), a wszystko dlatego, że oto książę jednak pod koniec okazuje się niegodzien jej miłości. W związku z tym Zélie zachowuje fizyczne dziewictwo na kolejne tomy cyklu i kolejnego, tym razem jeszcze lepszego chłopaka.
2) Normalnie scena z ekranizacji „Zmierzchu”, w której to Edward po raz pierwszy widzi Bellę na tle tablicy z anatomią wypławka oraz wentylatora wysiada w przedbiegach.

Komentarze

30 IX 2019   19:53:47

Przy całej rezerwie, jaką zachowuję do książek zaliczanych do gatunku romans, muszę stwierdzić, że pani Roberts niespecjalnie nadużywa tego typu zwrotów (a przynajmniej tyle wnioskuję z całych dwóch czy też trzech tytułów, z jakimi przypadkiem się zapoznałem).

30 IX 2019   22:20:10

Acha. To dziękuję za wyjaśnienia. Przyznam, że nie czytałam jej książek, milcząco założyłam, że takie frazy są typowe dla tego rodzaju literatury (przynajmniej w tych paru fantasy romansach, które przeczytałam, powtarzają się nader często).

02 X 2019   20:20:58

Założenie było dobre, tylko zły przykład :-P. Również od tego typu literatury staram się trzymać z daleka, ale zdarzyły się w życiu sytuacje, gdy można było tylko usiąść i czytać, a akurat tylko te książki były pod ręką. Dodatkwo nie znoszę pozostwiać niedoczytanych, nawet bardzo złych literacko.

03 X 2019   11:45:44

Kiedyś też tak miałam, że jak już zaczęłam, to kończyłam. Choć ostatnio moja chęć ku temu zmalała w przypadku szczególnych gniotów.

Powyższa książka akurat gniotem nie jest - ot, kolejna fantasy dla nastolatek. Nie aż tak głupia, jak święcące triumfy książki Sarah J. Maas (to znaczy, czytałam tylko tom pierwszy przygód zabójczyni-kretynki, nie wiem, czy potem się polepsza, z opisów można się głónwie dowiedzieć, że wk olejnych tomach zabójczyni zyskuje magiczne moce, jeszcze lepszego faceta oraz zdaje się zostaje królową elfów :>, jest też cykl o kobiecie przesypiającej się z elfami, sądziłam, że skoro to jest kilkutomowy cykl, to w każdym tomie będzie nowy elficki książę z innego dworu, ale ponoć autorka poprzestała na dwóch). Niedawno dowiedziałam się, że książki Maas są popularne również w Danii.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Gdy zmienił im się świat
Joanna Kapica-Curzytek

18 X 2019

Joanna Kapica-Curzytek pisze krótko o „Uziemionych” autorstwa aż siedmiorga autorów.

więcej »

PRL w kryminale: Czy okrutna zbrodnia może być „elegancka”?
Sebastian Chosiński

17 X 2019

Gdy w 1956 roku zmarł Bolesław Bierut, rozpoczął się w Polsce demontaż systemu stalinowskiego. Przez kolejne lata mogli nieco odetchnąć pisarze, filmowcy, jak również artyści z innych dziedzin. Nieco poluzowany gorset cenzury sprawił, że do księgarń zaczęły trafiać powieści kryminalne. Jedną z nich był „Walther 45771” cenionego dziennikarza Jacka Wołowskiego.

więcej »

Mała Esensja: Guzik szczęścia
Marcin Mroziuk

16 X 2019

Dzięki lekturze „Sklepu z babciami” młodzi czytelnicy mogą się przekonać, że mimo niesprzyjających okoliczności można spędzić czas w całkiem przyjemny i atrakcyjny sposób. Konieczne jest do tego jednak, by w odpowiednim momencie trafić na właściwe osoby. Wtedy pojawia się bowiem taka magia (niemająca nic wspólnego z czarami!) jak w pełnej ciepła opowieści Dominiki Gałki.

więcej »

Polecamy

Koszmarna teofania

Na rubieżach rzeczywistości:

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Środkowy rozdział
— Beatrycze Nowicka

Przesilenia
— Beatrycze Nowicka

Morderstwa, magia i afery szpiegowskie
— Beatrycze Nowicka

Wszystko za Nangę
— Beatrycze Nowicka

Miasto zawieszone w powietrzu
— Beatrycze Nowicka

Nietrwałe wizje
— Beatrycze Nowicka

Tam, gdzie spadają anioły
— Beatrycze Nowicka

Ciężar ambicji
— Beatrycze Nowicka

Sowoniedźwiedź na stercie martwych bardów
— Beatrycze Nowicka

O sześćdziesiąt dni za długo
— Beatrycze Nowicka

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.