Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Jacek Wołowski
‹Kryptonim „Proszek do prania”›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKryptonim „Proszek do prania”
Data wydaniagrudzień 2017
Autor
Wydawca CM
SeriaNajlepsze kryminały PRL, Lata 50
ISBN978-83-65499-84-4
Format150s. 130×195mm
Cena28,50
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 24,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

PRL w kryminale: Szarmancki łotr z wielkim gestem
[Jacek Wołowski „Kryptonim „Proszek do prania”” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W trzy lata po wydaniu swej pierwszej kryminalnej powieści – „Walther 45771” – która okazała się być nadzwyczaj interesującym dziełem, Jacek Wołowski (pod tym pseudonimem ukrywał się dziennikarz Stanisław Sachnowski) opublikował kolejną książkę – „Kryptonim «Proszek do prania»”. W niej również do budowy fabuły wykorzystał rzeczywiste zbrodnie, do jakich doszło w Krakowie w latach 50. ubiegłego wieku.

Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Szarmancki łotr z wielkim gestem
[Jacek Wołowski „Kryptonim „Proszek do prania”” - recenzja]

W trzy lata po wydaniu swej pierwszej kryminalnej powieści – „Walther 45771” – która okazała się być nadzwyczaj interesującym dziełem, Jacek Wołowski (pod tym pseudonimem ukrywał się dziennikarz Stanisław Sachnowski) opublikował kolejną książkę – „Kryptonim «Proszek do prania»”. W niej również do budowy fabuły wykorzystał rzeczywiste zbrodnie, do jakich doszło w Krakowie w latach 50. ubiegłego wieku.

Jacek Wołowski
‹Kryptonim „Proszek do prania”›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKryptonim „Proszek do prania”
Data wydaniagrudzień 2017
Autor
Wydawca CM
SeriaNajlepsze kryminały PRL, Lata 50
ISBN978-83-65499-84-4
Format150s. 130×195mm
Cena28,50
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 24,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Istniejące do dzisiaj warszawskie wydawnictwo „Iskry” rozpoczęło swoją działalność w ponurych czasach stalinowskich, dokładnie 1 października 1952 roku. Początkowo specjalizowało się w książkach dla dzieci i młodzieży, parę lat później jednak – korzystając ze zmian, jakie nastąpiły w kraju wraz z nadejściem politycznej „Odwilży” – uruchomiło dwie niezwykle poczytne serie, po które równie chętnie, jeśli nie chętniej, sięgali także dorośli czytelnicy: podróżniczo-reporterską „Naokoło świata” oraz specjalizujący się w powieściach kryminalnych „Klub Srebrnego Klucza”. Ten ostatni przetrwał do 2000 roku, następnie – po ośmiu latach przerwy – został reaktywowany, choć bez większego sukcesu, przez oficynę Zysk i S-ka. W cyklu tym publikowano przede wszystkim światową klasykę oraz rodzime „powieści milicyjne”, choć trafił się także – uwaga! uwaga! – kryminał fantastycznonaukowy (chodzi o „Sprawę zabójstwa”, znaną także jako „Hotel pod Poległym Alpinistą”, Braci Strugackich).
W 1959 roku to właśnie pod szyldem „Klubu Srebrnego Klucza” ujrzała światło dzienne druga – po „Waltherze 45771” (1956), czyli opowieści o niesławnym krakowskim seryjnym zabójcy Władysławie Mazurkiewiczu – książka kryminalna Jacka Wołowskiego (a właściwie Stanisława Sachnowskiego). Nosiła ona mało atrakcyjny tytuł „Kryptonim «Proszek do prania»” i gdyby nie okładka, sugerująca co się pod nim kryje, chyba nie wzbudziłaby większego zainteresowania wielbicieli dzieł detektywistycznych. Gwoli ścisłości należy jednak dodać, że niejako „po drodze” Wołowski napisał jeszcze mikropowieść „Rekin w sieci”, ale ta historia ukazała się wówczas jedynie w prasie – na łamach „Życia Warszawy”, którego Wołowski był etatowym pracownikiem. Do większości czytelników w kraju nie miała więc szans dotrzeć. Stało się to możliwe dopiero po latach za sprawą Wydawnictwa Wielki Sen.
Jako dziennikarz, który nie stronił od tekstów interwencyjnych i kryminalnych, Wołowski często miał do czynienia z ludzkimi „brudami”. Niektórymi sprawami inspirował się wprost, szukając fabuł do swoich kolejnych książek. Dlatego właśnie opowiadane przez niego historie, jak również ich bohaterowie, były tak bliskie prawdziwego życia, tak realne i zarazem wiarygodne. Na tle wielu innych twórców tamtej epoki autor „Kryptonimu…” wyróżniał się więc w sposób zasadniczy – był przekonujący i na dodatek miał świetny, reportersko chirurgicznie precyzyjny styl, który zresztą doskonalił jeszcze w kolejnych latach. Czasami nawet trudno oddzielić Wołowskiego-prozaika od dziennikarza. Co akurat w tym przypadku jest dużym plusem. Sprawia też, że większość jego kryminałów to niemal gotowe scenariusze filmowe. Aż dziw bierze, że tylko jeden został przeniesiony na ekran (chodzi o film Wandy Jakubowskiej „Pożegnanie z diabłem”, który oparty został na reportażu „Głęboko sięgają korzenie”).
Fabuła „Kryptonimu…” zaczyna się z „górnego C” – od trupa kobiety znalezionego w należącym do niej mieszkaniu. Kobiety, która ponoć wcale nie była bogata, ponieważ na życie zarabiała szyciem. Kto więc miałby interes w zabijaniu jej, nie mogąc liczyć na cenny łup? Milicjanci biorą pod uwagę kilka ewentualności i zaczynają rozpracowywać znajomych, przyjaciół i kontrahentów handlowych ofiary. Badają wciąż nowe tropy, do akt sprawy dokładają kolejne dokumenty, ale, o dziwo, wcale nie zbliżają się do rozwiązania zagadki. Nawet powoli zaczynają zapominać o tym tragicznym w skutkach zdarzeniu, tym bardziej że niebawem przyćmiewa je inna śmierć – kierownika sklepu Miejskiego Handlu Detalicznego (MHD), który mimo że miał już na karku kilka krzyżyków, utrzymywał intymne kontakty z dużo od siebie młodszą ekspedientką. Co budziło zdziwienie innych pracowników, jak i – to już później – próbujących rozwikłać tajemnicę śmierci mężczyzny funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Bo choć, jak wielu twierdzi, miłość jest ślepa, to jednak twardo stąpający po ziemi milicjanci nie tylko mają prawo, lecz wręcz obowiązek wątpić w metafizyczne aksjomaty.
Prowadząc dwa niezależne dochodzenia, w którymś momencie funkcjonariusze stwierdzają ze zdziwieniem, że pojawia się w nich pewien wspólny mianownik – to niejaka Teofila M., kobieta uzależniona od morfiny. Pytanie tylko, czy do tego stopnia, aby zabić, chcąc ją zdobyć. Ale to jedynie wierzchołek góry lodowej. Prawda okazuje się bowiem dużo bardziej skomplikowana, o czym czytelnik dowiaduje się, będąc dopuszczonym tak blisko śledztwa, że bliżej już chyba nie można. Powieść ma bowiem formę – to oczywiście stylizacja, lecz nadzwyczaj udana – nawiązującą do stylu milicyjnych raportów i stenogramów z przesłuchań. Znamy więc niemal każdy krok śledczych i wraz z nimi podążamy śladem podejrzanych. Tym samym nie towarzyszy nam przekonanie, tak częste podczas lektury książek kryminalnych, że autor wie znacznie więcej (co naturalne), ale z jakiegoś powodu bardzo oszczędnie dysponuje informacjami. Wołowski przyjmuje zupełnie odmienną narrację, która wpływa także na zdynamizowanie fabuły. Mimo że mijają długie tygodnie dochodzenia, ma się wrażenie, że akcja pędzi na złamanie karku.
Jest jeszcze jeden element, który czyni powieść Wołowskiego bliską reportażowi dziennikarskiemu – to anonimizacja głównych postaci dramatu. Osoby tropione posiadają tylko imiona, a te, które tropią – jedynie różniące się rangą stopnie milicyjne (choć przecież autor mógłby bez problemu przypisać im wymyślone przez siebie nazwiska). Tym samym nie wybijają się ponad innych. A może pisarzowi chodziło raczej o to, abyśmy postrzegali MO jako bohatera zbiorowego – świetnie funkcjonującą machinę, służącą do skutecznego eliminowania ze społeczeństwa jednostek moralnie ułomnych… Które, co intrygujące, spotkać można nie tylko w półświatku. Szeroko zakrojona akcja prowadzi nas w niekiedy dość odległe od Krakowa zakątki Polski, ale także każe zanurzyć się w różne środowiska i grupy społeczne – od zawodowych przestępców, poprzez zdegradowaną (przez system) inteligencję, aż po ludzi powiązanych z władzą. Jakby Wołowski, dzięki swemu reporterskiemu doświadczeniu, chciał przestrzec, że „zgniłe jabłka” mogą trafić się wszędzie. Ale nie tylko z tego powodu nawet sześćdziesiąt lat po pierwodruku „Kryptonim «Proszek do prania»” prezentuje się tak aktualnie.
koniec
24 października 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Architekt
Joanna Kapica-Curzytek

18 XI 2019

Były trener reprezentacji Polski mężczyzn w siatkówce dokonuje swoistego zawodowego bilansu. Czytelnicy-kibice z pewnością niejedno przeżyją jeszcze raz, ale „Licencja na trenowanie” znacznie wykracza poza wspomnienia ze sportowych wydarzeń.

więcej »

Mała Esensja: Słów nie rzuca się na wiatr
Marcin Mroziuk

17 XI 2019

„Zula i jednoskrzydły smok” to – podobnie jak poprzednie tomy o przygodach młodej czarownicy – wciągająca historia, w której równie istotne jak czary i spotkania z magicznymi postaciami są zmieniające się relacje głównej bohaterki z jej rówieśnikami. Czytelnicy w trakcie lektury nowej książki Nataszy Sochy na brak wrażeń nie mogą narzekać.

więcej »

Krótko o książkach: Specjalne moce Szymona
Joanna Kapica-Curzytek

16 XI 2019

„Przygoda z mapą” to książka o dysleksji dla dzieci, rodziców i nauczycieli

więcej »

Polecamy

„I Have a Dream”

Na rubieżach rzeczywistości:

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.