Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 20 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

Jacek Wołowski
‹Rekin w sieci / Srebrny ołówek›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułRekin w sieci / Srebrny ołówek
Data wydania2016
Autor
Wydawca Wielki Sen
SeriaSeria z Warszawą
Format145×210mm
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl

PRL w kryminale: Panie milicjancie, strzeż nas od wrogich agentów!
[Jacek Wołowski „Rekin w sieci / Srebrny ołówek” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Jacek Wołowski (a właściwie Stanisław Sachnowski) swoje kryminały publikował nie tylko w formie książkowej, ale także jako tak zwane „gazetowce”, czyli ukazujące się w prasie powieści (bądź opowiadania) w odcinkach. W takiej właśnie formie czytelnicy poznali „Rekina w sieci” i „Srebrny ołówek”, które dopiero po sześciu dekadach doczekały się przypomnienia. Co ciekawe, oba teksty to historie szpiegowskie.

Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Panie milicjancie, strzeż nas od wrogich agentów!
[Jacek Wołowski „Rekin w sieci / Srebrny ołówek” - recenzja]

Jacek Wołowski (a właściwie Stanisław Sachnowski) swoje kryminały publikował nie tylko w formie książkowej, ale także jako tak zwane „gazetowce”, czyli ukazujące się w prasie powieści (bądź opowiadania) w odcinkach. W takiej właśnie formie czytelnicy poznali „Rekina w sieci” i „Srebrny ołówek”, które dopiero po sześciu dekadach doczekały się przypomnienia. Co ciekawe, oba teksty to historie szpiegowskie.

Jacek Wołowski
‹Rekin w sieci / Srebrny ołówek›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułRekin w sieci / Srebrny ołówek
Data wydania2016
Autor
Wydawca Wielki Sen
SeriaSeria z Warszawą
Format145×210mm
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Bez wątpienia w latach 50. i 60. ubiegłego wieku Jacek Wołowski był jednym z najciekawszych twórców tak zwanych „powieści milicyjnych”. Choć nigdy nie zyskał w tym takiej popularności, jak Anna Kłodzińska, Zygmunt Zeydler-Zborowski czy Jerzy Edigey. Ale po latach to często właśnie jego powieści prezentują się lepiej od dzieł najbardziej uznanych twórców gatunku. By się o tym przekonać, wystarczy sięgnąć po omówione już w tym cyklu książki „Walther 45771” (1956) bądź „ Kryptonim «Proszek do prania»” (1959). Portretują one Wołowskiego od najlepszej strony – jako twórcę potrafiącego budować skomplikowane, ale jednocześnie bardzo realistyczne, bliskie życia fabuły, na dodatek niestroniącego od nowoczesnej, dynamicznej narracji (co było akurat związane z jego karierą dziennikarską). Nic zatem dziwnego, że poczytne dzienniki zamawiały u pisarza teksty, które następnie ukazywały się w odcinkach na ich łamach.
Niektóre z tych „gazetowców” były później wydawane w formie książkowej. Ale jednak nie wszystkie. W epoce nie miały tego szczęścia chociażby „Rekin w sieci” (pierwodruk w „Życiu Warszawy” w 1957 roku) oraz „Srebrny ołówek” („Życie Radomskie”, 1960), które po publikacji prasowej na ponad pół wieku popadły w zapomnienie. Oba teksty przypomniała przed trzema laty – w jednym tomie – oficyna Wielki Sen. To nie są długie teksty: „Rekina…” można spokojnie zaklasyfikować jako opowiadanie, natomiast „Srebrny ołówek” jako mikropowieść. Ich zbiorcze wydanie nie jest przypadkowe; tematycznie są bowiem sobie pokrewne. Obu znacznie bliżej jest – zamiast do klasycznego kryminału – do prozy sensacyjno-szpiegowskiej, która cieszyła się w Polsce wielką popularnością już przed wojną. W czasach stalinowskich przeżyła z kolei ogromny regres, wychodząc z zapaści dopiero po 1956 roku. W pewnym stopniu dzięki takim autorom jak Jacek Wołowski.
Akcja „Rekina w sieci” zaczyna się dość banalnie. Do służb kontrwywiadowczych dociera informacja, że inżynier Z. z Krakowa ma zamiar uciec razem z żoną na Zachód. Kto go do tego przekonał? Na pewno któryś z obcych i wrogich Polsce Ludowej wywiadów – może francuski, może angielski, a może amerykański. W zasadzie to wszystko jedno, bo ktokolwiek by to nie był, kontrwywiad i tak przecież musi temu zapobiec. Odbijająca się od dna ojczyzna nie może sobie pozwolić na „drenaż mózgów”. Nawet jeżeli inżynier Z. nie kocha władz komunistycznych, to i tak powinien im służyć! Kiedy wiadomość o planowanej ucieczce dociera do Warszawy, rozkaz rozeznania się w sytuacji otrzymuje kapitan Groch. Od czego zaczyna? Od wytropienia osoby, która fizycznie ma wesprzeć małżonków Z. w realizacji niecnego planu. Zaczyna się więc polowanie na przysłanego z zagranicy agenta, które początkowo przypomina szukanie igły w stogu siana. Ale już niebawem…
Wołowski po raz kolejny udowadnia w „Rekinie…” (wcześniej z prawdziwą maestrią zrobił to już w „Waltherze 45771”), że świetnie orientuje się w milicyjnych, a w tym przypadku także w kontrwywiadowczych, procedurach. Dokładnie opisuje kroki zmierzające do odkrycia tożsamości agenta, a następnie do jego ujęcia. Przy czym należy podkreślić, że wcale nie oszczędza funkcjonariuszy, skazując ich zarówno na niepowodzenia, jak i zmuszając do ryzykowania własnym życiem. Jest to zresztą w pełni zrozumiałe – zbyt proste i szybko zakończone sukcesem dochodzenie nie pozwoliłoby na podkreślenie determinacji i odwagi polskich służb. Irytować może jedynie zakończenie, przesycone komunistyczną propagandą, z którego jasno wynika, że wszyscy agenci obcych wywiadów to w rzeczywistości materialistyczni tchórze, gotowi ze strachu wydać każdego, byle tylko ocalić własną skórę.
„Srebrny ołówek” – dłuższy od „Rekina w sieci” o kilkadziesiąt stron – ma bardziej zakręconą intrygę. Ale zaczyna się jeszcze banalniej. Pewnej nocy obsługa mieszczącego się w piwnicy hotelu baru trzeciej kategorii „Kaczy Dołek” zawiadamia komisariat Milicji Obywatelskiej, że znajduje się u nich kompletnie pijany gość z mocno poranioną twarzą. Funkcjonariusze przyjeżdżają na miejsce, zabierają go ze sobą i wiozą do milicyjnego aresztu (ponieważ w mieście nie ma izby wytrzeźwień). Rano, kiedy wypuszczają wszystkich zatrzymanych w nocy ochlapusów, okazuje się, że nieznajomy do tej pory nie wytrzeźwiał. Nawet gorzej, stracił przytomność i nie ma z nim żadnego kontaktu. Pogotowie ratunkowe zabiera go więc do szpitala, skąd wkrótce przychodzi wiadomość, że pacjent zmarł. A raczej, że padł ofiarą zabójstwa, ponieważ na jego ciele znaleziono ślad po czymś w rodzaju malutkiego dłuta. Kim był? Pracownikiem stoczni szczecińskiej, który przyjechał do Piotrkowa (Trybunalskiego) w celach służbowych.
Śledztwo zostaje powierzone porucznikowi Chudemu, któremu nikt specjalnie nie zazdrości – trzeba się będzie bowiem wytłumaczyć ze śmierci człowieka, który całą noc przesiedział w milicyjnym areszcie. A w tym czasie można go było uratować. Sytuacja komplikuje się jednak jeszcze bardziej, kiedy w Piotrkowie pojawiają się dwaj oficerowie z Warszawy, major Ryś i kapitan Łapa (robotniczo-chłopskie nazwiska funkcjonariuszy były w „powieściach milicyjnych” normą), którzy postanawiają wstrzymać sekcję zwłok na miejscu i zabrać ciało do stolicy. Zabity jest bowiem, jak się okazuje, tajnym współpracownikiem służb wywiadowczych, a jego śmierć – co do tego nie ma wątpliwości – związana była z wykonywanym przez niego zadaniem. Od tego momentu dochodzenie prowadzone jest dwutorowo. W skali makro kieruje nim kapitan Łapa, w skali mikro (czyli w samym Piotrkowie) – porucznik Chudy.
Podobnie jak w „Rekinie…”, milicjanci podejrzewają o morderstwo agenta obcego wywiadu. Jego wytropienie nie jest jednak wcale takie łatwe, a ukaranie – wydaje się wręcz niemożliwe. Tylko czy dla peerelowskich służb istnieje coś, co byłoby „niemożliwe”? Proszę uznać to pytanie za retoryczne!… W „Srebrnym ołówku” – z perspektywy ponad półwiecza – uwagę przykuwa zwłaszcza jeden wątek, w którym na plan pierwszy wybija się pewien młody człowiek o ambicjach artystycznych. Wyeksponowanie tej akurat postaci może wydawać się tyleż ciekawe, co niesmaczne. Jako że diabeł tkwi w szczegółach, bardzo istotne są tutaj rzeczywiste intencje autora, a tych, niestety, już nie poznamy. W efekcie skazani jesteśmy na domysły. Można więc podejrzewać, że decydując się na uderzenie w to konkretne środowisko, Wołowski mógł – mniej lub bardziej świadomie – realizować wytyczne organów partyjnych i Władysława Gomułki, który za inteligencją (w tym i artystami) nie przepadał.
Oba teksty napisane są w charakterystycznym dla pisarza stylu, nazwijmy go reportersko-dziennikarskim. Jako narrator Wołowski stara się być jedynie neutralnym obserwatorem i przekazywać tylko konkrety. Unika zatem psychologizowania i wdawania się w opisy stanów emocjonalnych. Stosowany przez niego czas teraźniejszy dynamizuje fabułę, a częste stosowanie inicjałów bądź pseudonimów upodabnia relację do sprawozdań milicyjno-sądowych. Ma to swoje plusy, jak i minusy. Niezaprzeczalnymi plusami są niewątpliwie wartkość akcji i unikanie wątków pobocznych, często służących li tylko „pompowaniu” objętości; minusami natomiast – niewątpliwie brak rozwiniętego tła społeczno-obyczajowego i swoiste „wykorzenienie” bohaterów, o których życiu osobistym nie dowiadujemy się praktycznie nic. Ale przecież, jeśli ktoś poczuje się zmęczony taką odmianą kryminału, zawsze może sięgnąć po literaturę skandynawską, w której z kolei elementy te bywają rozwinięte aż do przesady.
koniec
31 października 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Krótko o książkach: Życie snem
Miłosz Cybowski

19 XI 2019

O „Wurcie” pisaliśmy już dwukrotnie. Od premiery oryginalnej, anglojęzycznej wersji tej powieści minęło już ponad dwadzieścia pięć lat. Czy to znaczy, że książka Noona jest niczym więcej niż leciwą ramotką?

więcej »

Architekt
Joanna Kapica-Curzytek

18 XI 2019

Były trener reprezentacji Polski mężczyzn w siatkówce dokonuje swoistego zawodowego bilansu. Czytelnicy-kibice z pewnością niejedno przeżyją jeszcze raz, ale „Licencja na trenowanie” znacznie wykracza poza wspomnienia ze sportowych wydarzeń.

więcej »

Mała Esensja: Słów nie rzuca się na wiatr
Marcin Mroziuk

17 XI 2019

„Zula i jednoskrzydły smok” to – podobnie jak poprzednie tomy o przygodach młodej czarownicy – wciągająca historia, w której równie istotne jak czary i spotkania z magicznymi postaciami są zmieniające się relacje głównej bohaterki z jej rówieśnikami. Czytelnicy w trakcie lektury nowej książki Nataszy Sochy na brak wrażeń nie mogą narzekać.

więcej »

Polecamy

„I Have a Dream”

Na rubieżach rzeczywistości:

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.