Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 grudnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Jacek Wołowski
‹Zwierzę›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZwierzę
Data wydania2014
Autor
Wydawca Wielki Sen
SeriaSeria z Warszawą
Cena25,—
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl

PRL w kryminale: W krajach komunistycznych nie ma seryjnych morderców!
[Jacek Wołowski „Zwierzę” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Dlaczego w Polsce „Wampir z Zagłębia”, a w Związku Radzieckim „Rzeźnik z Rostowa” mogli działać bezkarnie i zabijać przez wiele lat? Ponieważ władze partyjne i milicja w obu krajach uważały, że w państwach komunistycznych… nie ma seryjnych morderców. Tymczasem Jacek Wołowski zaprzeczył temu faktowi już na początku lat 60. ubiegłego wieku, publikując na łamach „Życia Warszawy” powieść „Zwierzę”.

Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: W krajach komunistycznych nie ma seryjnych morderców!
[Jacek Wołowski „Zwierzę” - recenzja]

Dlaczego w Polsce „Wampir z Zagłębia”, a w Związku Radzieckim „Rzeźnik z Rostowa” mogli działać bezkarnie i zabijać przez wiele lat? Ponieważ władze partyjne i milicja w obu krajach uważały, że w państwach komunistycznych… nie ma seryjnych morderców. Tymczasem Jacek Wołowski zaprzeczył temu faktowi już na początku lat 60. ubiegłego wieku, publikując na łamach „Życia Warszawy” powieść „Zwierzę”.

Jacek Wołowski
‹Zwierzę›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZwierzę
Data wydania2014
Autor
Wydawca Wielki Sen
SeriaSeria z Warszawą
Cena25,—
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Proza kryminalna Jacka Wołowskiego (Stanisława Sachnowskiego) była ewenementem wśród ukazujących się w Polsce Ludowej tak zwanych „powieści milicyjnych”. Zazwyczaj pozbawiona elementów czysto propagandowych, skupiała się przede wszystkim na procedurach i przedstawiała służby porządkowe w konkretnym działaniu. Przy okazji autor nie unikał odmalowywania bogatego tła obyczajowego, a miejscem akcji – oprócz wielkich miast, jak Kraków (vide „Walther 45771”, „Oset pleni się w mroku”, „Kariera porucznika Chudego”) czy Łódź („Uwaga, wszystkie radiowozy!”) – czynił miasteczka prowincjonalne, gminne i powiatowe ( „Rekin w sieci”, „Kryptonim 4”). W takim właśnie miasteczku rozgrywa się „Zwierzę” – jedno z najbardziej wstrząsających dzieł znanego dziennikarza i varsavianisty.
Powieść pierwotnie wydrukowana została w 1963 roku jedynie na łamach „Życia Warszawy” (jak podaje strona www.gazetowce.klubmord.com, ukazała się w trzydziestu siedmiu odcinkach: pierwszy w numerze 177., ostatni w 213.). Na jej książkową edycję trzeba było jednak czekać – uwaga! uwaga! – ponad pół wieku. Dopiero przed pięcioma laty „Zwierzę” zostało wznowione w klubowym wydawnictwie Wielki Sen. Dlaczego – nie ma dobrej odpowiedzi. Tym bardziej że prozie tej, oceniając ją przez pryzmat podobnych publikacji, masowo drukowanych w PRL-u od mniej więcej 1956 roku, absolutnie niczego nie brakuje. Ba! Wołowski bije na głowę dziesiątki innych autorów „powieści milicyjnych”, przydając tej ponurej historii klimat towarzyszący rozgrywającym się w prowincjonalnych miastach przed- i powojennej Polski książkom Michała Choromańskiego. Może zdecydował o tym podjęty przez pisarza temat? „Zwierzę” jest bowiem historią okrutnego seryjnego mordercy, a tacy przecież – jak próbowano przez dekady przekonywać mieszkańców krajów demokracji ludowej – pojawiali się tylko na „zgniłym Zachodzie”.
Dlatego przez długie lata pozwalano działać praktycznie bezkarnie tak zwanemu „Wampirowi z Zagłębia” (1964-1970), którym prawdopodobnie nie był osądzony za jego zbrodnie i zamordowany w majestacie prawa Zdzisław Marchwicki, czy – to już na radzieckiej Ukrainie – „Rzeźnikowi z Rostowa”, czyli Andriejowi Czikatile (1978-1990). Widać ani do jednych, ani do drugich (w przypadku Ukraińców to zrozumiałe) śledczych nie docierały numery „Życia Warszawy” z drukowanym w nich „Zwierzęciem”. Akcję powieści Wołowski umieścił w miasteczku S., które jest „małe jak dłoń”. „Budynek stacji kolejowej, potem wybrukowana kocimi łbami droga, gdzie z jednej strony leży pełen chaszczy, pokruszonych nagrobków i walących się krzyży, stary, nieużywany już cmentarz, a z drugiej rzadko rozrzucone, otoczone parkanami domki. Droga prowadzi do odległej o trzysta metrów fabryki drożdży, jedynego w miasteczku zakładu przemysłowego, z którego żyje duża część dojrzałej ludności (…)”. I więcej dodawać nie trzeba. Ten precyzyjny opis, otwierający powieść, idealnie wprowadza w miejsce, które staje się tłem makabrycznych wydarzeń.
W S. mieszka zaledwie około dwóch tysięcy ludzi. Znacznie większe jest leżące kilkanaście kilometrów dalej nadmorskie miasto uzdrowiskowe. Tam działają nocne lokale i kwitną nielegalne interesy, ale w S. – cóż, po zachodzie słońca życie tętni jedynie w mieszczącej się przy rynku dość paskudnej knajpce o fantazyjnej nazwie „Konik Morski”. Jeszcze do niedawna działało kino, ale zamknięto je na czas remontu, który nie wiadomo kiedy dobiegnie końca. Gdy więc pewnego chłodnego październikowego dnia miasteczko obiega wieść, że na starym cmentarzu znaleziono zmasakrowane zwłoki kobiety – jego mieszkańcy zostają sparaliżowani strachem. Ale też rodzi się w nich ogromna ciekawość, kto to zrobił i dlaczego. Zwłaszcza że ofiarą okazuje się żona dyrektora fabryki drożdży, najbardziej wpływowego człowieka w S. Sporym zaskoczeniem dla funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej jest fakt, że morderca nie okradł kobiety (a miałby co zabrać) ani nie wykorzystał jej seksualnie.
Od początku jest wiadome, że sprawy tej nie rozwiążą miejscowi milicjanci. W S. pojawiają się zatem funkcjonariusze z Komendy Wojewódzkiej, a z czasem – nawet z Głównej. Tym bardziej że na tej jednej zbrodni się nie kończy. Miesiąc później w podobnych okolicznościach zostaje zamordowana nauczycielka z miejscowej szkoły, a potem… Nie ma co za bardzo wybiegać w przyszłość. W każdym razie nawet ci najbardziej doświadczeni oficerowie z wydziału zabójstw mają nie lada orzech do zgryzienia. Najbardziej irytujący jest zaś dla nich fakt, że zbrodniarz zdaje się grać im na nosie i nic nie robi sobie z tego, że do miasteczka zostają ściągnięte spore posiłki, w tym Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej (ORMO). Stróże prawa dochodzą do muru i w końcu podejmują dramatyczną decyzję – chcąc wytropić „zwierzę”, które zabija kobiety, postanawiają wciągnąć je w pułapkę. Nie wiedzą jednak, z jak sprytnym i przebiegłym przeciwnikiem mają do czynienia.
Wołowski po raz kolejny potwierdził swój talent – i jako prozaik, i jako dziennikarz zajmujący się sprawami kryminalnymi. „Zwierzę” narracyjnie przypomina bowiem żywo napisany reportaż milicyjny, w którym nie brakuje ani napięcia, ani zaskakujących zwrotów akcji, ani opisów mozolnego, wielowątkowego dochodzenia, które ostatecznie kończy się zatrzymaniem sprawcy. Po drodze nie brakuje jednak „ślepych uliczek”, w jakie wpadają funkcjonariusze. Na szczególną uwagę zasługuje też nadzwyczaj trafne oddanie klimatu panującego w miasteczku, w którym wszyscy doskonale się znają i wszystko o sobie wiedzą, chętnie na swój temat plotkują i jeszcze chętniej podkładają „świnie” jeden drugiemu. Zazdrość, wzajemna niechęć, bieda ekonomiczna, alkoholizm, nuda i apatia – to prowincjonalna codzienność, typowa dla tysięcy peerelowskich (a pewnie także tych współczesnych) mieścin pokroju S. Powtórzę: żałować tylko można, że w latach 60. (ani później) nikt nie wpadł na pomysł, aby przenieść na ekran tę czy jakąkolwiek inną (mikro)powieść Wołowskiego. Byłby z tego naprawdę niezły kryminał!
koniec
28 listopada 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Uszczęśliwić wszystkie dzieci
Joanna Kapica-Curzytek

8 XII 2019

„Życie i przygody świętego Mikołaja” to zbiór pięknych, pełnych magii opowieści wyjaśniających, skąd wziął się Mikołaj i bożonarodzeniowe tradycje.

więcej »

Rozświetlić zimowe dni
Joanna Kapica-Curzytek

6 XII 2019

„Nieświęty Mikołaj” spełni nasze oczekiwania, jeśli akurat szukamy lektury, która wprowadzi nas w świąteczny nastrój i chcemy się odrobinę wzruszyć.

więcej »

O tym, czego nie boi się Dukaj
Mieszko B. Wandowicz

6 XII 2019

Esej Jacka Dukaja pt. „Po piśmie” wydaje się zarazem oczywisty i nieoczywisty. A przy tym wart lektury albo przynajmniej się przyjrzenia – przez tyleż filozofów, socjologów i politologów, ile zainteresowanych kulturowymi zmianami czytelników. Czy jednak istnieją jeszcze czytelnicy? Czy istnieć powinni?

więcej »

Polecamy

„Bycie” jest kalejdoskopem

Na rubieżach rzeczywistości:

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.