Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 30 września 2020
w Esensji w Esensjopedii

Jacek Dukaj
‹Po piśmie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPo piśmie
Data wydania15 maja 2019
Autor
Wydawca Wydawnictwo Literackie
ISBN978-83-08-06874-8
Format480s. 145x205mm; oprawa twarda
Cena49,90
Gatunekeseje / felietony, non-fiction
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

O tym, czego nie boi się Dukaj
[Jacek Dukaj „Po piśmie” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Esej Jacka Dukaja pt. „Po piśmie” wydaje się zarazem oczywisty i nieoczywisty. A przy tym wart lektury albo przynajmniej się przyjrzenia – przez tyleż filozofów, socjologów i politologów, ile zainteresowanych kulturowymi zmianami czytelników. Czy jednak istnieją jeszcze czytelnicy? Czy istnieć powinni?

Mieszko B. Wandowicz

O tym, czego nie boi się Dukaj
[Jacek Dukaj „Po piśmie” - recenzja]

Esej Jacka Dukaja pt. „Po piśmie” wydaje się zarazem oczywisty i nieoczywisty. A przy tym wart lektury albo przynajmniej się przyjrzenia – przez tyleż filozofów, socjologów i politologów, ile zainteresowanych kulturowymi zmianami czytelników. Czy jednak istnieją jeszcze czytelnicy? Czy istnieć powinni?

Jacek Dukaj
‹Po piśmie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułPo piśmie
Data wydania15 maja 2019
Autor
Wydawca Wydawnictwo Literackie
ISBN978-83-08-06874-8
Format480s. 145x205mm; oprawa twarda
Cena49,90
Gatunekeseje / felietony, non-fiction
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Wszelako od początku. Skąd owa oczywistość? Nie tylko stąd – wiem: łatwo tak stwierdzić, znając nazwisko autora jeszcze przed zajrzeniem między strony – że wystarczy krótki wyimek, iżby przynajmniej podejrzewać, że książkę napisał Dukaj. Wskazują na to zarówno upodobane przezeń anglicyzmy, jak i charakterystyczna budowa zdań: łączących jakąś technokratyczność ze sprawnym wgłębianiem się w język, a także z emocjami, podkreślanymi przez gęste dopowiedzi do twierdzeń i opisów. Jednakże oczywistości nie brak też dlatego, że Dukaj, jak sam przyznał na kartach tomu, właściwie opiera się na starszych refleksjach i teoriach – ot, po swojemu je układa. Wszak mocny wpływ komputeryzacji czy mediów na myślenie – na wiele sposobów kojarzący się ze wpływem innym: tym, który w starożytności odnosiło rozpowszechnianie się pisma – naświetlał kilka dekad temu na przykład Walter Ong. To, rzecz jasna, nie wszystko, co znaleźć można w eseju, ale odnoszę wrażenie, że więcej jego odkrywczości tkwi w pojęciach niż w przesłaniu. Mimo tego – i tu nieoczywistość – ta zgrabna synteza, wraz z komentarzami i własnymi rozważaniami autora, potrafi dać sporo do myślenia; najpewniej pod niektórymi względami więcej niż liczne przywoływane przez Dukaja źródła z osobna. A nawet jeśli nie, to jest ożywczym, przystępnym podsumowaniem tego, co dzieje się teraz, oraz tego, co wydarzać się może jutro.
Jeszcze przed sednem książki: esejem tytułowym, pojawia się w niej kilka dodatków. O nich również warto wspomnieć. To teksty napisane w różnych okolicznościach i stąd różniące się stylem, konwencją i rangą; w różnym też stopniu nakładające się na siebie, na co we wstępie zwrócił uwagę sam Dukaj. I tak, „Trzecia wojna światowa” oraz „Szczęśliwi uprawiacze nudy” to lekkie artykuły publicystyczne. Tematem pierwszego jest odwieczny spór o zależność między ciałem (materią) a umysłem-duchem, tym razem w świetle wirtualności. Ciekawe porównanie: ci, dla których virtual reality stoi ponad światem rzeczywistym, oraz dwa skrajnie różne przykłady z Europy Wschodniej – osiemnastowieczna sekta skopców, ze względu na wrogość do fizyczności poddających się okaleczeniom, i współczesne „niezliczone pornogwiazdki (…) nawet nie zdejmujące prawosławnych krzyżyków”, które pytane, „dlaczego dają się tak poniżać, dziwią się szczerze: «Przecież to tylko ciało»”. Po drugiej stronie stawił Dukaj dążenia do cielesnej doskonałości przy pomocy, dla przykładu, operacji plastycznych. Być może jednak, że to również zwycięstwo umysłu – „wiedzą już bowiem: prawdziwym ciałem nie jest ich ciało fizyczne”. Z kolei w „Szczęśliwych uprawiaczach nudy” zamieścił autor rozważania o skutkach zastępowania coraz to większej liczby pracowników przez maszyny i programy. Pytanie: czy przeciętny człowiek potrzebuje pracy wyłącznie ze względu na finansowe i społeczne zyski, czy również dla swojej kondycji duchowej? I na ile wpływają na to cechy przyrodzone, a na ile nabyte podczas stykania się z otoczeniem? Dukaj przywołał tu Hegla – który wartość jednostki widział w jej wartości podczas wojny – zauważając, że dzisiaj państwo, dla którego się walczy, zastąpione zostało miejscem na rynku pracy. Mnie przychodzi na myśl Kantowska „Krytyka władzy sądzenia” – nadmiar walki, czyli współcześnie: pracy, jest dla ducha groźny, ale to jej niedobór prowadzi go zazwyczaj do unicestwienia.
W eseju pt. „Do kresu nadziei” nakreślił Dukaj różnicę między rzeczownikowym i czasownikowym do nadziei podejściem. Wskazał, że w polszczyźnie ją się ma, jest więc osobna i urzeczowiona; podczas gdy w językach angielskim, niemieckim czy rosyjskim się – co bardziej naturalne – „nadziejuje”. (Na marginesie: uwagę tę niejako umacnia okoliczność, że przywołane przezeń przykłady nie odbiegają pod tym względem od starożytnych, skoro spojrzeć na czasowniki grecki: elpidzo, i łaciński: spero. A w Polsce, choć już niestety z rzadka i narażając się na zarzut archaizacji, można przecież „tuszyć”). Wątpliwości budzi we mnie sugestia, że im więcej możliwości, tym mniej na nadzieję zapotrzebowania – wszak, wbrew tezie Dukaja, kiedy narzędzia stają się bardziej zaawansowane, za ich sprawą rośnie też sfera wyobrażeń. Ale i tutaj na szczęście pozostawił autor nadzieję na „nadziejowanie”: to „wyjątek personalistyczny”, czyli nadzieja związana z drugim człowiekiem bądź szerzej – jak wolno najpewniej założyć – z cudzym życiem.
„Sztuka w czasach sztucznej inteligencji” ma w sobie wybrzmiewającą na różne sposoby myśl do cna prowokacyjną. Taką bowiem jawi się odnowienie pojęcia Logosu, od wieków towarzyszącego filozofii czy teologii: ewolucja technologiczna jako kolejne etapy odkrywania go; Logos jako maszyna tworząca dzieła perfekcyjnie obliczone (perfekcyjnie upodobnione do ludzkich). Sens tej propozycji łatwiej uchwycić, kiedy przyjrzeć się słowu „cyfryzacja”, bliskiemu przecież rozwojowi technicznemu: oto „owe pryncypia porządku bytu” podobna dostrzegać nie tylko w Bogu, nie tylko w materii bądź genach, ale – może nade wszystko – w Liczbie i matematyce, niczym „pitagorejczycy i XXI-wieczne dzieci Cyfry”. Zmieniają się wówczas rozumienia sztuki i autentyczności – tego, co prawdziwe. I tak oto algorytmy i maszyny odkrywają prawdę o świecie.
Wreszcie, osobną uwagę warto zwrócić na „Żyj mnie” – tekst poświęcony twórczości Josepha Conrada, jak też nią inspirowany; a wykorzystujący „Heart of Darkness”. (Dukaj umyślnie pozostał przy oryginalnej wersji tytułu i cytowanej treści, twierdząc, że w tym przypadku tłumaczenie byłoby odejściem od koncepcji1). To o tyle uzasadnione, że pozwala uniknąć pośrednictwa między czytelnikiem a pisarzem, za czym ułatwia istotną w kontekście tego eseju próbę wczucia się w postać Marlowa). Impresjonistyczne podejście Conrada: znaczenie zmysłów, bodźców oraz iluzji, poprowadziło Dukaja do rozważań o możliwościach i niemożliwościach ludzkiego umysłu w świetle, dla przykładu, rzeczywistości wirtualnej; o jego nieskończonej podatności na dostosowanie się do sytuacji, przynajmniej na obszarze wyobrażeń podążających za okolicznościami. O zdolnościach, innymi słowy, do ukrywania i przekształcania siebie tym bardziej, im silniej coś się odczuwa.
Pora jednak przejść do tego, co „Po piśmie”, czyli do opisu oraz interpretacji przemian, które zachodziły i zachodzą w człowieku ze względu na nowe metody przekazywania informacji bądź doświadczeń. Dukaj założył przy tym, że dzielenie się nimi tkwi nie tylko w ludzkiej kulturze, ale również naturze. Przyjmując – bodaj trafnie i śladami wielu innych (Walter J. Ong, André Leroi-Gourhan) – że za sprawą postępu technicznego rola pisma się zmienia, nowy etap nazwał kulturą „postpiśmienną”, a także „epoką bezpośredniego transferu przeżyć”; to drugie określenie bierze się z zanikania symboli, niezbędnych w przekazie słownym – tak oralnym, jak graficznym. Wprowadził wreszcie Dukaj pojęcie „myślunek”, obecne wcześniej, aczkolwiek inaczej rozumiane, w polskich słownikach, jak już zauważyła Joanna Kapica-Curzytek. To „kategoria węższa od «bycia człowiekiem» (…), a szersza od «rodzajów umysłowości»”; a zatem te rozumowania, odczucia, zachowania, które wynikając wyłącznie z dostępnych metod przekazywania doświadczeń, kształtują człowieka.
Nie jest zarazem tak, że nowe myślunki, a dokładniej: potrzebne im narzędzia, pojawiają się od razu jako całość. Pisarz zwrócił uwagę – któż wie, czy nie z pewną przesadą? – na zaistniałą już podczas ery pisma zmianę, jaką było wprowadzenie do alfabetu fenickiego samogłosek: bez nich, jak wolno w eseju wyczytać, nie zaistniałyby później w Grecji abstrakcyjne idee. Z kolei bieżące przeistaczanie się myślunku piśmiennego w myślunek bezpośredniego transferu zaczęło się już od zdjęć: kopiowania sytuacji na papier. Dukaj – wypada podkreślić – wyraźnie zaznaczył, że to nie tylko uproszczone, lecz również wątpliwe spojrzenie na fotografię; pozwalające mu jednak na pokazanie ważnego kroku w kierunku epoki postpiśmiennej: zdjęcia, podobnie jak audiowizualne media, mogą przekazywać informacje bez warstwy symbolicznej.
Bo przedstawiony pogląd, że bliższy jest związek epok oralnej i piśmiennej niż relacja między pismem a postpismem: „[(mowa → pismo) → technologie bezpośredniego transferu przeżyć]”, uzasadnił Dukaj właśnie odejściem od symboliczności przekazu, przeto od samego języka. (To oczywiście odmienne rodzaje symbolu: w pierwszym przypadku – w erze „człowieka czasownikowego” – wymagający kontekstu, emocjonalności oraz interakcji ze słuchaczem; w drugim – w mijających czasach „człowieka rzeczownikowego” – symbol utrwalony, oddzielony od nadawcy). Dla „człowieka przymiotnikowego”, będącego trzecim etapem wedle zaproponowanej przez Dukaja „reguły gramatycznej”, tracą znaczenie zarówno wydarzania, jak i rzeczy, a zatem także ich opisy; decydujące jest odczuwanie związane z bodźcami – „przeżywanie” – nie zaś owych impulsów źródło. Nie jest więc ważne, czy i w jaki sposób ono istnieje. Jawi się to co prawda powrotem do charakterystycznej dla kultury oralnej emocjonalności, wszelako pozorność tego podobieństwa ukazana została przez zacytowany w eseju wyimek z pracy Daniela Everetta nad oralnym plemieniem Pirahã. „Pytali mnie, kto to jest ten Hisó [Jezus] (…). Skoro jednak ja sam nigdy nie poznałem osobiście Hisó, a nawet nie znałem nikogo, kto by go spotkał, to dla Pirahã rozmowa o nim nie miała sensu”. Jeżeli za Dukajem uwierzyć albo przynajmniej założyć, że relacja amerykańskiego lingwisty byłaby w odniesieniu do innych przedpiśmiennych ludów analogiczna – chociaż wypada dostrzec, że to ryzykowne, zwłaszcza iż o wyjątkowym podejściu Pirahã do doświadczenia mówił sam Everett – wówczas należy też zauważyć, że przekonanie o czegoś-kogoś istnieniu pozostaje dla „człowieka czasownikowego”, w odróżnieniu od „przymiotnikowego”, kluczowe. Niemniej różnica ta nie jest przedstawiona w „Po piśmie” jako przeciwieństwo; w kolejnych epokach następuje „przepracowywanie i włączanie starych form w formy nowe”, „model matrioszki: „{kultura postpiśmienna [kultura pisma (kultura oralna)]}”.
Jakie właściwości ma owo przywołane już „przeżywanie”? Kim są ludzie–„przeżywacze” (tak nazwał Dukaj przedstawicieli nowego myślunku); albo kim będą, kiedy ślady piśmienności zmniejszą się do minimum? Odpowiedzi na te pytania pojawia się w eseju zbyt dużo, żeby do wszystkich bądź większości nawiązać; oto więc te, oprócz już nakreślonych, które wydają mi się najważniejsze. Po pierwsze, odejście od podmiotowości. Podąża ono za zmniejszeniem roli pisma, a zarazem pomnożeniem impulsów: to zapis pozwala na chłodną analizę i urzeczowienie tyleż symbolizowanych przez wyrazy doznań, ile samego siebie; to stałość i niesprzeczność informacji pozwala na poczucie tożsamości. Kiedy „rwie wartkim nurtem” i kiedy nie trzeba „dekodować przeżyć” (a zatem zbędna jest metoda dekodowania), wówczas „«ja» pojawia się i znika”. Po wtóre, nie tyle ponowoczesny koniec wielkich narracji, ile koniec narracji w ogóle. Przypominając o konstatacji Hume’a, że związki przyczynowo-skutkowe są wytworem ludzkim, zwrócił Dukaj uwagę, iż bez myślenia pismem (przy czym przez ostatnie dwa, trzy tysiące lat zazwyczaj myśli się pismem z konieczności – nawet pozostając analfabetą) niepodobna się nad przyczynami i skutkami zastanawiać. Bez nich zaś narracyjność – logicznie ugruntowany bieg wydarzeń bądź konstrukt tez – jawi się jako nieosiągalna. Po trzecie, zanikanie granicy między rzeczywistością a wyobrażeniem; prawdą a fałszem. Trudność w rozróżnieniu realności od wirtualności co prawda wzrasta, ale także traci znaczenie, a to stąd, że wobec możliwości przekazu, utkwionych w urządzeniach-wytworach, fikcyjność nadawcy nie zmniejsza siły przeżywania. W 2006 roku – jak wskazał Dukaj – powtórzono eksperyment Milgrama, karom poddając wirtualnych bohaterów; odruchy i fizyczne reakcje „prawdziwych” uczestników na cierpienie były podobne, mimo że teoretycznie wszyscy zdawali sobie ze sztuczności sprawę. Dlatego też, skoro kontynuować myśl autora, dla osoby postpiśmiennej jest (będzie) drugorzędne, na ile i w jakim sensie realne są doświadczenia – ważne, jak się je przeżywa. „Oczywiście – stwierdził Dukaj – że żyjemy w postprawdzie – bo i w postfikcji”; a tym samym nie tyle jesteśmy elementami rzeczywistości, ile ją – niezależnie od sposobu jej istnienia – odczuwamy: „przeżywamy sobą” wszystko, co napotykamy.
Ma to ważne konsekwencje polityczne. Demokracja ustępuje tzw. patokracji, czyli rządom zmiennych współodczuwań, wykluczających zarówno częściowe przynajmniej uzależnianie decyzji wyborczej od usłyszanej (przeczytanej, zobaczonej) argumentacji, jak i – zwłaszcza utrwaloną – wspólnotowość („empatyzować można tylko z jednostką”, „tylko z już żyjącymi”)2). Wyjątkiem zdaje się tutaj wczuwanie się w najbardziej dla siebie atrakcyjną, spośród wielu, ofertę bodźców, z którą utożsamia się liczna grupa innych, a od której odstąpienie groziłoby osobistym kryzysem; wszak nie tylko przeżywamy, ale i jesteśmy przeżywani. Owa rezygnacja z rozumu wydaje się jednak ceną za przyśpieszenie myślunku; symboliczne przekazy – to jedna z powracających sugestii w „Po piśmie” – czynią doznawanie rzeczywistości wolniejszym i trudniejszym. Być może, że także stąd era liter okaże się, o ile rzeczywiście tak się stanie, krótkim epizodem historii: po stutysiącletniej oralności, przed okresem transferu bezpośredniego.
Ciekawe są też rozważania o tym, co może czekać filozofię. Z jednej strony, o czym wprost nie ma mowy, ale podobna wyciągnąć z eseju taki wniosek, przetrwać powinna logika formalna; „matematyka nie istnieje bowiem poza operacjami na symbolach”, zaistnieć więc nie mogą bez nich również pewne przestrzenie z nią graniczące bądź na nią nachodzące. Z drugiej strony, bardziej interesującą jawi się bezpośrednio przedstawiona wizja odmiennych, „humanistycznych” (w tym znaczeniu, w którym humanistyczne nie są nauki ścisłe) dróg filozoficznych. O ile odnalazł Dukaj u Hegla i heglistów połączone z mechanizmem logicznym odbicia oralności: tkwiącą w dialektyce agoniczność; o ile przeciwstawił im „kanibalistyczne praktyki dekonstrukcjonistów”, czyli pozbawione wyjątków trwanie w „myślunku pisma” i tylko nim się odżywianie; o tyle trudniej znaleźć sposób na poradzenie sobie z ustępowaniem przez języki przekazom pozasłownym. Wstęp do rozwiązania tego kłopotu to, paradoksalnie, zanurzenie w tekście: „imaginatywne” spojrzenie Rorty’ego, w którym argumentacja ustępuje przeżywaniu literatury. Za nim podąża empatia, wczuwanie się w inność i rezygnacja z podmiotowości: odczucie niezależne od tego, kto odczuwa, a nawet – przynajmniej jeśli chodzi o status ontyczny – od tego, co odczuwane. „Tak oto otwiera się nowa droga uprawiania filozofii: bycie” – „w pewien określony, specyficzny, odkrywczy sposób”. Dla Martina Heideggera, jak zauważył Dukaj, przykładem takiego myśliciela był Mistrz Eckhart; z przyczyn technicznych nie miał jednak takich możliwości przeżywania, jakie rozpoczynają się współcześnie.
Nieuniknioną zmianę, wyraźną już teraz, dostrzegł wreszcie autor w beletrystyce. Skoro nie tylko przekształcił się myślunek, ale też rolę powieści przejęły seriale – za czym same powstające książki zaczynają przypominać strukturą odcinkowe filmy – to literatura z jednej strony wychodząca poza nisze, z drugiej pełna rozmachu: objętością, ambicją, fabułą, staje się coraz bardziej przegrana, a zarazem coraz mniej możliwa. I tutaj refleksja. Proszę na chwilę przyjąć – to przecież dość prawdopodobne – że Dukaj ma rację. Skoro tak, to niewykluczone, że napisał „Lód” w jednym z ostatnich momentów, które mogły owej wybitnej skądinąd powieści przynieść takie uznanie. I może stąd brak w eseju „Po piśmie” przerażenia: czego bać się ma pisarz, który zdążył?
• • •
Pomimo łatwo przychodzących do głowy porównań – zda się: całkiem niekiedy uzasadnionych – warto, jak sądzę, unikać poszukiwania w Dukaju Lema 2.0. Stanisław Lem był w końcu w równym stopniu wielkim pisarzem, co wielkim myślicielem, wykorzystującym do rozważań konwencję fantastyki naukowej; w tekstach Dukaja zaś, chociaż imponują rozeznaniem i zdolnością autora do jego używania, filozofia zdaje się jednak nade wszystko służącym do snucia opowieści narzędziem, jakkolwiek ekscytującym samego twórcę. Wydaje się takim w „Lodzie” czy „Innych pieśniach”, a w niemałym stopniu także na kartach „Po piśmie”: tu również rzucają się czasem w oczy efektowne uproszczenia bądź zabawa intelektualna, u Lema wszak często ważna, ale z reguły nie wygrywająca z dociekaniami.
Jedną z prac najczęściej przywoływanych w eseju jest „Wspólnota, która nadchodzi” Giorgia Agambena. Powiada Dukaj: „chwilami czytelnik (…) traci rozeznanie, czy filozof opisuje stan pożądany, rozwiązanie problemów współczesności, czy raczej fatalistycznie zafascynowany zagląda w antropologiczną otchłań”. Lecz to samo wolno stwierdzić o dziele Dukaja. Można tu znaleźć na przykład tezę, że postpiśmienność jest w istocie powrotem do natury, bo co prawda trzeba przed nią skomplikowanego rozwoju technicznego, ale dzięki niemu będzie się niebawem dało funkcjonować bez obcych naszym organizmom umiejętności. Pojawia się również uwaga, że wizja, iż zostaniemy podporządkowani sztucznej inteligencji, nie oznacza dystopii: wszak nie mamy też władzy nad ewolucją i genami. Wypada jednak pamiętać, że naturalne przemiany są wobec człowieka pierwotne, nie są więc z konieczności obarczone wcześniejszymi koncepcjami ludzkimi. Kiedy zaś przeczytawszy „Po piśmie”, spojrzeć na esej „Żyj mnie”, wówczas – trudno zresztą, aby inaczej było w odniesieniu do „Jądra ciemności” – przyjść może na myśl, że właśnie w epoce postpiśmiennej: epoce pełnej zmienności tudzież odrzucającej granice między fikcją a prawdą, (nieomal) wszyscy stają się w pewien sposób Kurtzami. Nie: pozbawieni podmiotowości, lecz każdy „żyjący sobą” otaczającą go rzeczywistość; bezkształtny, nieuchwytny, ale „przeżywający” takie same cechy (jakości) u innych, za czym odczuwający nieuprawnioną lekkość władzy. Bo czy nie jest jej przejawem, dla przykładu, zanikanie poczucia odpowiedzialności ekonomicznej, opisane i trafnie wyjaśnione przez Dukaja rezygnacją z racjonalizmu na rzecz empatyzowania? Mam wrażenie, że mimo dostrzegania niebezpieczeństw, towarzyszących technologicznej rewolucji – a za nią wyraźnej przemiany nie tylko myślenia o człowieku, ale i człowieka – Dukaj te zagrożenia częstokroć ignoruje. Czy jednak należy uznać to za błąd, zwłaszcza że sam autor przyznaje się do umyślnej przesady? Może rozważniej, niżeli z nim polemizować, byłoby przytoczyć tu wiersz Konstandinosa Kawafisa, umieszczony na końcu jednego z rozdziałów:
Wrogowie przyjdą później, ci nowi sofiści,
gdy my, starzy, będziemy leżeli żałośnie
w łóżkach, a już w Hadesie niektórzy. Dzisiejsze
słowa nasze i dzieła wydadzą się dziwne
(a może śmieszne), zmienią bowiem ci wrogowie
styl, materię i prądy – jak i ja, i inni
przekształciliśmy wszystko, co było przed nami.
Co nam się wydawało i piękne, i słuszne,
to wrogowie określą jako głupie, zbędne,
znowu te same rzeczy mówiąc (bez wysiłku)
inaczej – jak my dawne zmieniliśmy słowa
3).
koniec
6 grudnia 2019
1) Tłumaczenie Magdy Heydel, wyżej cenione przez Dukaja niż propozycja Anieli Zagórskiej, pojawia się w przypisach końcowych. Sam Dukaj opublikował niedawno nazwaną przez siebie „spolszczeniem” odsłonę Conradowskiego dzieła („Serce ciemności”), w której starał się dostosować język do współczesnej — i polskiej — emocjonalności.
2) Patrz: wspomniana tam przez Dukaja książka Paula Blooma pt. „Przeciw empatii. Argumenty za racjonalnym współczuciem”.
3) Konstandinos Kawafis, „Wrogowie” („Anekdota poiemata”), tłum. Z. Kubiak.

PS Notatka ta, w nieco innej, nakazanej przez okoliczności formie, ale bez większych różnic, ukazała się w „Studia Philosophica Wratislaviensia”, vol. XIV, fasc. 4 (2019), o czym czuję się zobowiązany powiadomić.

Komentarze

07 XII 2019   09:04:46

Gratuluję ciekawej, inspirującej recenzji (choć, zważywszy na internetowe standardy recenzowania, winienem raczej napisać - eseju). Obu więcej takich tekstów na Esensji.

09 XII 2019   22:55:17

Dziękuję; cieszę się tym bardziej, że miałem obawy, iż ta nota okaże się nieco zbyt sztywna.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Demony i magowie albo jeźdźcy smoków z Furii
Beatrycze Nowicka

30 IX 2020

Podzielony na dwie części z powodu znacznej objętości „Mag bitewny” Petera A. Flannery’ego powinien przypaść do gustu czytelnikom stęsknionym za klasycznym heroic fantasy.

więcej »

Dozwolone do lat osiemnastu
Beatrycze Nowicka

29 IX 2020

„Bezświt” ostatni tom trylogii o Mii Corvere uważam za gorszy od tomu drugiego, choć zapewne wierni fani cyklu poczuli się usatysfakcjonowani.

więcej »

Ciemne strony medali
Joanna Kapica-Curzytek

28 IX 2020

Zdobycie medalu olimpijskiego gwarantuje podziw, prestiż, sławę. Czy zawsze? Tom reportaży „Olimpijki” pokazuje, że gdy jest się kobietą-sportsmenką, inna jest miara i smak sukcesu.

więcej »

Polecamy

Chorzy na życie

Na rubieżach rzeczywistości:

Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Inne recenzje

Człowiek przeżywający
— Joanna Kapica-Curzytek

Tegoż twórcy

Przeczytaj to jeszcze raz: My nie marzniemy
— Anna Nieznaj

Przeczytaj to jeszcze raz: Dryf
— Beatrycze Nowicka

Nanomagia i chłopięce marzenia
— Beatrycze Nowicka

Wieczność porasta rdzą
— Justyna Lech

Scena za ciasna na Lód
— Karolina „Nem” Cisowska

Człowiek przekraczający
— Daniel Markiewicz

Esensja czyta: Luty-marzec 2010
— Jędrzej Burszta, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Daniel Markiewicz, Marcin Mroziuk

Esensja czyta: Grudzień 2009
— Jędrzej Burszta, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Marcin T.P. Łuczyński, Daniel Markiewicz, Beatrycze Nowicka, Monika Twardowska-Wągrowska, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Październik-listopad 2009
— Jędrzej Burszta, Jakub Gałka, Anna Kańtoch, Michał Kubalski, Marcin T.P. Łuczyński, Joanna Słupek, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski, Krzysztof Wójcikiewicz

Z Pozycjonistami na Bubeków i Członków!
— Konrad Wągrowski

Tegoż autora

Dlaczego Kant i Popper nie potrafili wyjść poza fantastykę naukową?
— Mieszko B. Wandowicz

O wirtuozerii, rutynie, a także o sztuce przyzwyczajenia
— Mieszko B. Wandowicz

O nienawiści; oraz o tym, szczo treba robyty z Lachamy
— Mieszko B. Wandowicz

O niedoskonałościach perfekcji
— Mieszko B. Wandowicz

Powieść o uciekaniu
— Mieszko B. Wandowicz

Dziwne owoce we wrocławskiej synagodze
— Mieszko B. Wandowicz

Mizantropia i makolągwy
— Mieszko B. Wandowicz

Byk kształtuje świadomość
— Mieszko B. Wandowicz

W Geisterwelcie wilki łypią inaczej
— Mieszko B. Wandowicz

Boga najlepiej żuć powoli
— Mieszko B. Wandowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.