Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 marca 2020
w Esensji w Esensjopedii

Jerzy Edigey
‹Szkielet bez palców›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSzkielet bez palców
Data wydania1969
Autor
Wydawca Iskry
SeriaEwa wzywa 07…
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl

PRL w kryminale: Mamałyga z klejem stolarskim
[Jerzy Edigey „Szkielet bez palców” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Poeta Stanisław Barańczak – znany krytyk „powieści milicyjnych” – nie cenił Jerzego Edigeya. W jednym ze swoich tekstów z cyklu „Książki najgorsze” uznał, że jego proza „przypomina konsystencją mamałygę z dodatkiem kleju stolarskiego”. Czy uwaga ta może dotyczyć również „Szkieletu bez palców”? Chyba nie do końca, bo to akurat – mimo wielu wad – całkiem zgrabny peerelowski kryminał z rozwiniętym wątkiem obyczajowym.

Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Mamałyga z klejem stolarskim
[Jerzy Edigey „Szkielet bez palców” - recenzja]

Poeta Stanisław Barańczak – znany krytyk „powieści milicyjnych” – nie cenił Jerzego Edigeya. W jednym ze swoich tekstów z cyklu „Książki najgorsze” uznał, że jego proza „przypomina konsystencją mamałygę z dodatkiem kleju stolarskiego”. Czy uwaga ta może dotyczyć również „Szkieletu bez palców”? Chyba nie do końca, bo to akurat – mimo wielu wad – całkiem zgrabny peerelowski kryminał z rozwiniętym wątkiem obyczajowym.

Jerzy Edigey
‹Szkielet bez palców›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSzkielet bez palców
Data wydania1969
Autor
Wydawca Iskry
SeriaEwa wzywa 07…
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Jerzy Edigey (1913-1983) – Tatar z pochodzenia, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Korycki – należał, obok Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego, Anny Kłodzińskiej i Heleny Sekuły, do „wielkiej czwórki” kryminału peerelowskiego. Pisali bowiem najwięcej i tym samym największe mieli nakłady. Inna sprawa, że czytelnicy chętnie sięgali po ich powieści – zarówno te wydawane w formie książkowej, jak i publikowane w prasie. Różne były ich drogi do kariery pisarskiej; w przypadku Edigeya zdecydował o tym los – raczej zły, niż dobry. Korycki jeszcze przed wojną zdążył ukończyć studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim i zaczął nawet pracę w zawodzie. Szybko się jednak okazało, że na przeszkodzie stanęło jego zaangażowanie polityczne w ruch narodowy – i to ten o bardzo radykalnym ostrzu. Był członkiem dwóch faszyzujących (na wzór włoski) organizacji: Obozu Wielkiej Polski (zdelegalizowanego przez władze sanacyjne w marcu 1933 roku) oraz Obozu Narodowo-Radykalnego (który spotkał ten sam, co OWP, los w lipcu 1934 roku, po zaledwie trzech miesiącach od oficjalnego powstania).
Działalność polityczna sprawiła, że w czerwcu 1934 roku – razem z kilkoma innymi działaczami narodowymi (w tym z Bolesławem Piaseckim) – został aresztowany i internowany w Miejscu Odosobnienia w Berezie Kartuskiej (przeciwnicy sanacji nazywali Berezę obozem koncentracyjnym). Wypuszczony po paru miesiącach, nie zrezygnował ze swoich poglądów, ale związał się już z nieco mniej radykalnym ONR-ABC (powstałego w kontrze do Falangi Piaseckiego). Na życie zarabiał jako specjalista od prawa handlowego i… redaktor (a potem nawet szef) działu sportowego narodowego dziennika „ABC”. Po 1945 roku próbował swych sił jako dziennikarz i prawnik, ale gdy rozszalał się stalinizm – z obu funkcji został zwolniony; wtedy został trenerem i sędzią wioślarstwa. Do adwokatury powrócił dopiero po śmierci Stalina, a na początku lat 60. XX wieku zdecydował się spróbować swych sił jako autor powieści kryminalnych, a potem także historyczno-przygodowych dla młodzieży (których akcja rozgrywała się w starożytnej Mezopotamii).
Zadebiutował powieścią „Czek dla białego gangu”, która ukazała się w 1963 roku w serii Iskier „Klub Srebrnego Klucza”. Od tego momentu Edigey (Korycki) publikował już bardzo regularnie. Nic zatem dziwnego, że kiedy parę lat później wydawnictwo Iskry wystartowało z cyklem comiesięcznych – w założeniu, bo w rzeczywistości bywało różnie – (mikro)powieści kryminalnych pod wspólnym hasłem „Ewa wzywa 07…”, zaproponowano mu współpracę. W sumie do 1982 roku wydał tam sześć pozycji: „Szkielet bez palców” (1969), „Gang i dziewczyna” (1973), „Diabeł przychodzi nocą” (1974), „Tajemnica starego kościółka” (1976), „As trefl” (1978) oraz „Siedem papierosów Maracho” (1982). Podobnie jak książkowe wydania dzieł Edigeya, miały one wielu czytelników. Jednym z nich był… poeta i krytyk literacki Stanisław Barańczak, który dwukrotnie wziął na warsztat prozę Koryckiego, miażdżąc go w swoim stałym prześmiewczym cyklu „Książki najgorsze”.
Przy okazji wydania „Walizki z milionami” (1975) Barańczak (1946-2014) napisał: jego specjalnością jest „bezbarwność. Nikt tak jak on nie potrafi krwistemu mięsu kryminalnej intrygi nadać smaku przeżutego papier mâché. Zaczyna się to już od poziomu języka. Narrator Edigeya nie mówi. On skrzypi. Przemawia oschłym i zarazem pretensjonalnym językiem biurokratycznego sprawozdania, pozbawionym jakiejkolwiek ekspresji czy barwności, obojętnie czy chodzi o opis zapalania papierosa (…), czy o zdanie sprawy z wewnętrznych przeżyć mordercy” (wydanie trzecie, ulepszone, strona 45). A po publikacji „Strzału na dancingu” (1975) dorzucał: „(…) musimy przedrzeć się przez dwieście stron prozy Jerzego Edigeya, jak zwykle przypominającej konsystencją mamałygę z dodatkiem kleju stolarskiego. Autor co parę stron kogoś poucza, kierując swoje cenne rady życiowe zwłaszcza ku prostytutkom (nie należy się prostytuować) oraz dziewczętom noszącym zbyt krótkie spódniczki (nie należy nosić zbyt krótkich spódniczek). Milicjanci i prokuratorzy wszystko robią «z galanterią» oraz nie wiadomo dlaczego, bez przerwy uśmiechają się i kłaniają, i to wyłącznie lekko” (strona 77).
Na szczęście „Szkielet bez palców” (1969) – wydany w serii „Ewa wzywa 07…” jako numer trzeci – nie wywołuje tak traumatycznych wrażeń. Może dlatego, że powstał w okresie, zanim autor wziął się na dobre za masową produkcję kryminałów. Zawiązanie akcji bardzo przypomina to, jakie ponad dekadę wcześniej stosował inny autor „powieści milicyjnych” Andrzej Piwowarczyk (patrz: „Stary zegar”, „Królewna?!”, „Maszkary”): dziennikarz – jednocześnie będący anonimowym narratorem – spotyka oficera Milicji Obywatelskiej, który przedstawia mu zdarzenie z przeszłości. Tym razem jest to żurnalista z Warszawy na gościnnych występach w stolicy Dolnego Śląska, a do jego tête-à-tête z majorem Adamem Krzyżewskim (z Komendy Wojewódzkiej MO we Wrocławiu) dochodzi we Wrocławskim Klubie Dziennikarza. To musiała być kwestia jakichś – leczonych przez prozaików peerelowskich – kompleksów funkcjonariuszy, którzy chcąc się najeść bądź napić, nie maszerowali karnie do kantyn milicyjnych, ale nagminnie odwiedzali kawiarnie literackie bądź właśnie dziennikarskie.
Żurnalista liczy oczywiście na jakiś ciekawy temat, oficer natomiast wywnętrza się, że „warszawki” tak naprawdę wcale nie interesuje to, co dzieje się na „prowincji”. A przecież ma tam miejsce wiele interesujących spraw. Jak chociażby ta dotycząca „szkieletu bez palców”, o którym gazety wrocławskie rozpisywały się w 1960 roku. Przybyszowi z metropolii nie przeszkadza fakt, że to stare śledztwo – typowy odgrzewany kotlet – i chętnie wysłuchuje wspomnień majora, który tym chętniej je snuje, że sam doprowadził do wykrycia i ukarania winnych. Służy więc informacjami z pierwszej ręki. Wszystko zaczyna się w lipcu, który jest miesiącem wyjątkowo upalnym. Siedząc w swoim gabinecie, Krzyżewski marzy o tym, aby wyrwać się gdzieś do parku lub na Odrę. I wtedy dociera do niego wieść, że przy ulicy Kiełbaśniczej, niedaleko rzeki, podczas wywózki gruzów po zniszczonej podczas wojny kamienicy odnaleziono ludzki szkielet. Krzyżewski udaje się na miejsce zdarzenia razem z lekarzem milicyjnym Stanisławem Kamińskim.
Szkielet, jak się okazuje, spoczywał płytko, zaledwie na głębokości trzydziestu centymetrów. Kości były już białe, pozbawione tkanek. Pierwsza myśl była taka, że pochowano tu Niemca – jednego z tych, którzy zginęli wiosną 1945 roku w czasie obrony miasta przed Armią Czerwoną. Ale kilka rzeczy nie dawało majorowi spokoju: po pierwsze – nie znaleziono żadnych resztek odzieży, co świadczyłoby o tym, że trupa pochowano… nago, oraz – po drugie – w prowizorycznym grobie walały się strzępki gazet. I to wcale nie niemieckich, ale polskich. Może więc nieszczęśnik wcale nie wyzionął ducha piętnaście lat wcześniej, ale całkiem niedawno. Na te wątpliwości odpowiedzieć może jedynie dokładna ekspertyza kryminalistyczna przeprowadzona w Warszawie. I to tam trafiają doczesne szczątki człowieka, którego szkielet – to kolejna anomalia – nie posiada palców. Czyżby za życia był kaleką? A może da się to wyjaśnić inaczej? W każdym razie Krzyżewski nie musi czekać długo na potwierdzenie swoich przypuszczeń – trup znaleziony na ulicy Kiełbaśniczej nie jest ofiarą drugiej wojny światowej. A skoro nie, to trzeba go koniecznie zidentyfikować, a potem znaleźć jego zabójców. Bo – o tym jeszcze nie było mowy – mężczyzna zginął od silnego ciosu w głowę.
Język stosowany przez Edigeya rzeczywiście bywa irytujący, zdecydowanie nazbyt toporny i służbowy (widać taka przypadłość adwokata). Autor ma też tendencje, co słusznie wytknął mu Stanisław Barańczak, do ciągłego pouczania i traktowania czytelnika jako kogoś znacznie gorzej wykształconego. Ale – z drugiej strony – jaka mogła być (i jaka była w rzeczywistości) wiedza w ówczesnym społeczeństwie polskim na temat zagadnień kryminalistycznych? Czy też procedur milicyjnych? Inna sprawa, że można ją było przekazywać w sposób znacznie bardziej przystępny i dużo mniej wyniosły, jak czynił to chociażby Jacek Wołowski (vide „Kryptonim 4”, „Kryptonim «Proszek do prania»” i inne). Nie zmienia to jednak faktu, że intryga jest zajmująca, a dochodzenie po nitce do kłębka – chociaż żmudne, to jednak nad wyraz ciekawe. Podobnie jak i „kruszenie” świadków, mające na celu zdobycie zeznań obciążających sprawców. Całkiem prawdopodobne, że z takim – lub bardzo zbliżonym w przebiegu śledztwem – Edigey miał do czynienia w swojej praktyce bądź poznał jego szczegóły od kogoś dobrze poinformowanego. Poza tym nie ukrywam, że mam do „Szkieletu bez palców” osobisty stosunek – był to jeden z pierwszych kryminałów, jakie przeczytałem, mając lat dwanaście lub trzynaście. I do dzisiaj całkiem nieźle pamiętałem jego fabułę.
koniec
26 grudnia 2019

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Więcej niż gole
Joanna Kapica-Curzytek

29 III 2020

„Miro” jest biografią niemieckiego piłkarza o polskich korzeniach Miroslava Klose, ale też niebanalnym, wielowymiarowym obrazem tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami świata futbolu.

więcej »

Krótko o książkach: Nieważne skąd, ważne po co
Miłosz Cybowski

28 III 2020

„Człowiek z sąsiedztwa” rozczarowuje na tak wielu poziomach, że dziwi decyzja wydania tej powieści w ramach „Uczty wyobraźni”.

więcej »

Reacher Yojimbo
Konrad Wągrowski

27 III 2020

Jak co roku Jack Reacher wysiada z autokaru, by swymi metodami zapewnić porządek w jakimś zapomnianym amerykańskim miasteczku. Ale jak samotnie walczyć przeciwko dwóm potężnym organizacjom mafijnym? Sposób można znaleźć w filmowych klasykach.

więcej »

Polecamy

Umieranie wstecz

Na rubieżach rzeczywistości:

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.