Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 lutego 2020
w Esensji w Esensjopedii

Andrzej Wardziak
‹Siódma dusza›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSiódma dusza
Data wydania28 października 2015
Autor
Wydawca Videograf
ISBN978-83-7835-430-7
Format240s. 135×208mm
Cena29,90
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 26,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Siódma dusza po kisielu
[Andrzej Wardziak „Siódma dusza” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
„Siódma dusza” Andrzeja Wardziaka szwankuje nie tylko jako horror, ale nawet jako literatura piękna. A trochę szkoda, bo pomysł ma w zasadzie znośny.

Jarosław Loretz

Siódma dusza po kisielu
[Andrzej Wardziak „Siódma dusza” - recenzja]

„Siódma dusza” Andrzeja Wardziaka szwankuje nie tylko jako horror, ale nawet jako literatura piękna. A trochę szkoda, bo pomysł ma w zasadzie znośny.

Andrzej Wardziak
‹Siódma dusza›

EKSTRAKT:30%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSiódma dusza
Data wydania28 października 2015
Autor
Wydawca Videograf
ISBN978-83-7835-430-7
Format240s. 135×208mm
Cena29,90
Gatunekgroza / horror
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Kup wSelkar.pl: 26,47 zł
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Pisanie powieści grozy jest wciąż u nas modne i do cycka wydawniczego próbuje podczepić się cała horda twórców, którym się uroiło, że niosą czytelnikowi złotogłów. Niestety, bardzo często materia ma złocisty odcień nie z powodu szlachetnej nici, a jedynie z tego względu, iż wcześniej gościł na niej szukający ulgi kot. Powiedzmy, że „Siódma dusza” Andrzeja Wardziaka nie zasługuje na zaliczenie do uszlachetnionej przez kota puli, ale nie ma się co oszukiwać – dobrą powieścią też nie jest.
Przede wszystkim jej fabuła jest… eee… skromna. I to mówiąc bardzo delikatnie. Do chłopaka, którego rodzice wyjechali na kilka dni, wpada na balangę czwórka przyjaciół. Po paru drinkach ruszają obejrzeć willę i znajdują ukryte pomieszczenie, w którym poprzedni właściciel domu, zmarły samobójczą śmiercią wuj, przeprowadzał jakieś mroczne obrzędy. Wkrótce grupkę zaczynają nękać nadprzyrodzone zjawiska, w poczet których zaliczają się zwidy, urojenia, hipnotyczne transy i dziwne telefony. Wszystkiego zazwyczaj po jednej sztuce. Całość została zaś wzbogacona migawkami z przesłuchania, prowadzonego jakiś czas po imprezie, a dotyczącego jatki, jaka się rozegrała w domu. Jatki, która ogólnie ma stanowić ukoronowanie fabuły. A przynajmniej takie wrażenie się odnosi, skoro autor już na początku książki przebąkuje, że przeżyła jedna osoba…
I w zasadzie to już wszystko. Co więc zajmuje ponad dwieście stron druku? No cóż… Głównie woda. Bynajmniej nie różana. Przede wszystkim królują infantylne, rozwleczone opisy najdrobniejszych czynności. Absolutnie zbędne i zasadniczo nieciekawe. Opisy, z których nic dla przebiegu fabuły nie wynika.
„Chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Adam stwierdził, że to nie ma sensu i rozmowy nie najlepiej im dzisiaj wychodzą. Obaj w milczeniu wrócili do salonu, gdzie czekali na nich pozostali.”
Apogeum pustoty następuje podczas próby opuszczenia przez bohaterów domu. Dziesięć stron po wyjściu na zewnątrz – wciąż idą, kłócąc się, wściekając, zastanawiając bądź szczerze coś wyznając. Dziesięć stron dalej wciąż jest to samo. Kolejne dziesięć niewiele się różni od poprzednich dwudziestu. Dochodzi do tego, że czytelnik ze zgrozą – w końcu miał to być horror, więc pozornie wszystko gra – zaczyna uświadamiać sobie, że po szyję wpadł w watę. Pusty, sterylny kłąb waty, z którego nie ma nawet czego wyciskać. Bo bohaterowie po „przejściu” pięćdziesięciu stron… wracają do domu. Ot, wyszli i wrócili. Wniosek z wędrówki nie wypływa żaden. Poza jednym – że skoro marsz „zjadł” 50 stron, to i pozostałych 180 też nie grzeszy kalorycznością.
To całe wodolejstwo powoduje, że nachodzi czytelnika nieprzeparta ochota przerzucania kolejnych kartek, z pobieżnym rzutem oka na dowolną linię dialogową. Wciąż idą? To przeskakujemy dalej, o kolejnych kilka stron. Już są w domu z powrotem? To podczytajmy dwa-trzy akapity, żeby zobaczyć, czy coś się będzie działo. Kłopot w tym, że dialogi też nie są treściwe. Ani nawet naturalne. W lwiej części są irytująco grzeczne, jałowe i dublują przekazywane przez narrację informacje.
Gorzej, że rozdęta narracja nie tylko nudzi czytelnika, ale i morduje klimat. Autor zaczyna budować scenę, każe bohaterom nerwowo przełykać ślinę, niepewnie iść korytarzem, w trwodze, co też tam zastaną. Napięcie rośnie, i rośnie… Po czym grupa wchodzi w korytarz i idzie dalej, jak gdyby nigdy nic. I jeśli klimatu nie zabija zaniechanie albo brak kropki nad i, to i tak utłucze je bezsensowny wybryk któregoś z bohaterów albo kolejny zbędny, acz sążnisty opis, z naiwnym wykładaniem wątpliwych motywacji.
„Postawiła nogę na pierwszym stopniu. Nie miała najmniejszego pojęcia, czego może się spodziewać na górze. (…) Spokój uleciał, a Nadia poczuła zaciskający się wokół jej szyi strach. (…) Zrobiła drugi krok, potem trzeci, pnąc się schodami coraz wyżej. (…) Po chwili milczącej, pełnej napięcia wędrówki dotarli do drzwi biblioteki. (…) Oczywiście pomieszczenie było puste (…). [Marcin] przyjrzał się uważnie fotelom, szukając w nich wgłębień lub innych dowodów na to, że ktoś aktualnie na nich przesiaduje. Niczego takiego nie zauważył.”
Cztery strony dalej bohaterowie nadal się czają i boją, a czytelnik coraz chętniej przerzuca kartki. Kolejne półtorej strony i „Nadia odeszła od obrazu”, zaś trzy strony dalej „Adam tylko siedział i przysłuchiwał się ich [Nadii i Marcina] rozmowie.” Bite 18 stron od rzucenia idei zorganizowania seansu spirytystycznego (jego powód to w ogóle cymes) do zajęcia miejsc przy stoliku. I tak czas wycieka czytelnikowi strona za stroną, zabierając ze sobą hordy obumierających na darmo szarych komórek.
A przecież nie wspomniałem jeszcze o bezsensownej psychologii postaci. Praktycznie wszyscy tutaj zachowują się jak błądzące we mgle przedszkolaki, które pierwszy raz urwały się wychowawczyni i udają, że wiedzą, jak powinno wyglądać dorosłe życie. Motywacje są z księżyca wzięte, działania chaotyczne, przesłanki abstrakcyjne. Erotyczne zainteresowanie jest i go nie ma, dialogi raz są godne średnio rozgarniętych dzieci, by zaraz potem przeskoczyć w tryb wódczanej awantury. Mimo to autor brnie w dogłębne opisy motywacji bohaterów i ich uczuć. Chwilami zwyczajnie odechciewa się czytać książkę. Jak na przykład podczas sceny, gdy jeden z chłopaków dziko się miota i składa do skoku na główkę przez zamknięte okno, w związku z czym konieczne jest błyskawiczne działanie:
„(…) musiała podjąć próbę uratowania go, gdyż z pewnością w jego umyśle roją się teraz jakieś niewyobrażalne makabryczne sceny. Podniosła stojącą na dywanie świeczkę i zgasiła ją zwilżonymi wcześniej palcami.”
Podobnie dziwnie jest w sytuacji, gdy postać ma rozprutą rękę. Pada wówczas arbitralne – narratorskie! – stwierdzenie, że rozciętej żyły ramieniowej „nie da się opatrzyć, nawet posiadając specjalistyczny sprzęt”. To prawda, samej żyły opatrzyć się nie da, ale tu idzie o ratowanie życia, a nie opatrywanie jakiejś żyły. Do tego zaś służy sprzęt mało specjalistyczny, czyli pasek, kabel bądź sznurek, doskonale sprawdzające się w roli opaski uciskowej. Trochę wątpliwości budzi też szaleńczy bieg ze świecą – wciąż normalnie się palącą – po schodach, w przeciągu, z obijaniem się o przeszkody.
Szczęśliwie „Siódma dusza” jest napisana prostym, gładkim językiem i nawet mimo powyższych mankamentów oraz paru błędów językowej natury1) czyta się ją szybko i bez zgrzytów. Również wyjściowy pomysł na fabułę nie jest taki zły, choć – niestety – zarżnięty przewrotnym, ale pozbawionym logiki finałem, świadczącym o tym, że autor chyba nie do końca rozumie ideę samobójstwa. Po książkę można więc sięgnąć, ale raczej w akcie desperacji, gdy pod ręką nie ma już absolutnie nic innego do czytania.
koniec
5 lutego 2020
1) Z tych zabawniejszych: jeden wziął się prawdopodobnie z nadgorliwości autokorekty (rozsmarowanie nadgarstków zamiast rozmasowania), drugi zaś jakimś cudem przemknął się przez redakcyjne sito, notabene całkiem gęste („Marcin zręcznie uniknął ciosu i uderzył go prosto w brzuch. Ten zgiął się w pół i skulił się.”)

Komentarze

05 II 2020   18:59:37

„w roli opaski uciskowej”- generalnie nie stosuje się współcześnie, zwłaszcza w przypadku dosyć powolnych krwotoków z żył. Zamiast tego nakłada się opatrunek, w razie potrzeby wielokrotny, może być również z materiałów przygodnych jak podkoszulek, tampon itp, itd.
A skoro książka zawiera sporo waty, również jej można użyć, tylko nie bezpośrednio na ranę (nikt nie lubi zrywać zaśmieconych skrzepów)

05 II 2020   20:46:20

No ten nie był powolny. Żyła była rozcięta wzdłuż na długość przynajmniej 20 centymetrów.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Mała Esensja: Przez szacunek dla zwierząt
Wojciech Gołąbowski

22 II 2020

Wydana oryginalnie w 1931 roku powieść dla młodzieży „Topsy i Lupus” jest nie tylko historyjką o przygodach dwóch tytułowych psów. Jej głównymi bohaterami nie jest także para małoletnich kuzynów, przemierzających w ówczesnych czasach prawie-samotnie w poprzek całą Rzeczpospolitą. Przede wszystkim traktuje o mądrości zwierząt.

więcej »

Krótko o książkach: Nie podawać w wątpliwość
Joanna Kapica-Curzytek

21 II 2020

Książka „Niewiarygodne” powstała na podstawie artykułu, którego autorzy zostali wyróżnieni w 2016 roku nagrodą Pulitzera w kategorii dziennikarstwa śledczego. Na zawartych tu faktach oparty został też serial Netflixa.

więcej »

PRL w kryminale: „Dzień codzienny” mieszkańców Wrocławia
Sebastian Chosiński

20 II 2020

Czwarta z sześciu mikropowieści Jerzego Edigeya wydanych w cyklu „Ewa wzywa 07…” jest jedną z najsłabszych. Fabularnie i stylistycznie. Co może dziwić tym bardziej, że autor opisał w niej rzeczywiste wydarzenia, które wydawały się wręcz doskonałym materiałem wyjściowym. Niestety, pisarz ewidentnie zarżnął temat, czyniąc z „Tajemnicy starego kościółka” nadzwyczaj ciężkostrawne danie.

więcej »

Polecamy

Pif-Paf! Zium!

Na rubieżach rzeczywistości:

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Nazwobójca
— Jarosław Loretz

Wąż zwany Hydrą
— Jarosław Loretz

Pół-wampiry i pół-Niemcy
— Jarosław Loretz

Kiedy rozum śpi, budzą się upiory
— Jarosław Loretz

Światło wiekuiste
— Jarosław Loretz

Niania średnio tania
— Jarosław Loretz

Klasyka gryziona po kostkach
— Jarosław Loretz

Wizyta w raju. Ponoć.
— Jarosław Loretz

Bazarki z kosmosu
— Jarosław Loretz

Międzygwiezdne czułości
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.