Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 lutego 2021
w Esensji w Esensjopedii

Zygmunt Zeydler-Zborowski
‹Zaczęło się w sobotę›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZaczęło się w sobotę
Data wydania23 sierpnia 2012
Autor
Wydawca LTW
CyklStefan Downar
ISBN978-83-7565-240-6
Format196s. 130×195mm
Cena22,60
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

PRL w kryminale: Sobota to dla adwokatów niebezpieczna pora
[Zygmunt Zeydler-Zborowski „Zaczęło się w sobotę” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W pierwszych „polskich”, czyli takich, których akcja rozgrywała się w ludowej ojczyźnie, powieściach Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego widać jeszcze pewną przypadkowość, ale też konsekwencję. W każdej z nich pojawia się, chociaż zakres jego obecności jest bardzo różny, Stefan Downar. W „Zaczęło się w sobotę” odgrywa akurat – i bardzo dobrze! – rolę pierwszoplanową.

Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Sobota to dla adwokatów niebezpieczna pora
[Zygmunt Zeydler-Zborowski „Zaczęło się w sobotę” - recenzja]

W pierwszych „polskich”, czyli takich, których akcja rozgrywała się w ludowej ojczyźnie, powieściach Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego widać jeszcze pewną przypadkowość, ale też konsekwencję. W każdej z nich pojawia się, chociaż zakres jego obecności jest bardzo różny, Stefan Downar. W „Zaczęło się w sobotę” odgrywa akurat – i bardzo dobrze! – rolę pierwszoplanową.

Zygmunt Zeydler-Zborowski
‹Zaczęło się w sobotę›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZaczęło się w sobotę
Data wydania23 sierpnia 2012
Autor
Wydawca LTW
CyklStefan Downar
ISBN978-83-7565-240-6
Format196s. 130×195mm
Cena22,60
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Mało atrakcyjnie zatytułowany kryminał „Zaczęło się w sobotę” jest czwartą – po „Czarnym mercedesie” (1958), „Szlafroku barona Boysta” (1958-1959) oraz „Siedmiu kanarkach Maurycego” (1959) – „powieścią milicyjną” Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego. I jednocześnie kolejnym „gazetowcem”, czyli dziełem, jakie w epoce ukazało się jedynie w formie odcinkowej w prasie codziennej. Tradycyjnie najpierw poznali je czytelnicy ogólnopolskiego „Kuriera Polskiego” (w numerach 228-288 z 1960 roku), a następnie – jedynie z leciutkim poślizgiem – regionalnego „Ilustrowanego Kuriera Polskiego”; siedem lat później natomiast po tę opowieść o kapitanie Stefanie Downarze sięgnął jeszcze „Dziennik Łódzki” (informacje tradycyjnie za stroną http://www.gazetowce.klubmord.com/). Miała więc ona szansę dotrzeć do całkiem pokaźnego kręgu zainteresowanych, chociaż na pewno odbiorców byłoby jeszcze więcej, gdyby doczekała się edycji książkowej. I to się w końcu stało – za sprawą wydawnictwa LTW – ale dopiero w… 2012 roku.
Swoją drogą wychodzi na to, że gazety musiały całkiem nieźle płacić za drukowane na swoich łamach powieści, skoro Zeydler-Zborowski zdecydował się na publikację w takiej właśnie formie – w dość krótkim przecież odstępie czasu – trzeciej z rzędu książki. Chyba że traktował to jako inwestycję w przyszłą karierę i szansę na przebicie się, względnie dotrwanie do momentu, kiedy kolejne dzieła będzie mógł już na pniu sprzedawać wydawnictwom. W każdym razie jego nazwisko musiało przyciągać czytelników – w przeciwnym wypadku zapewne redakcja „Kuriera Polskiego” nie zdecydowałaby się na nawiązanie stałej współpracy, ba! niemal wyłączności na nią. Z drugiej strony trudno się temu dziwić, bo chociaż współcześnie – sześć dekad po gazetowym pierwodruku – powieści Zeydlera-Zborowskiego mogą nieco trącić myszką, to jednak są bardzo przyzwoitymi czytadłami i – przynajmniej do tego momentu – interesująco skonstruowanymi historiami kryminalnymi. Których dodatkowym atutem było bezsprzecznie mocne zakorzenienie w rzeczywistości za sprawą rozbudowanego tła obyczajowego.
Z perspektywy czasu dziwić może odrobinę – nie tylko w kontekście „Zaczęło się w sobotę”, ale również wcześniejszego „Szlafroku barona Boysta” – że sportretowana przez pisarza Polska Ludowa nie jest wcale tak siermiężna, jak można by się tego spodziewać po dziełach opisujących rzeczywistość epoki wczesnego Władysława Gomułki. Zeydler-Zborowski idzie tym samym ręka w rękę z twórcami filmów obyczajowych z tego okresu, którzy – w dużym stopniu naśladując obrazy spod znaku francuskiej Nowej Fali (La Nouvelle Vague) – również starali się podkreślać nowoczesność i otwartość PRL-u na nowinki z Zachodu (wyjątkiem był tu na pewno „Ósmy dzień tygodnia” Aleksandra Forda, który jednak od razu po nakręceniu został zatrzymany przez cenzurę). Pytanie czy Polacy także w ten sposób postrzegali świat wokół siebie? Być może w Warszawie – tak, ale czytelnicy z prowincji mogli być nieco zaskoczeni „wielkim światem” przywoływanym przez autora kryminału…
Akcja powieści rozgrywa się jednak w stolicy i, gwoli ścisłości, jej okolicach (pojawia się na przykład uzdrowiskowy Konstancin) – był to więc dobry pretekst, aby pokazać Polskę wielkomiejską i względnie bogatą. Zwłaszcza że głównym bohaterem, nie licząc oczywiście kapitana Stefana Downara, jest wzięty warszawski mecenas – na dodatek mający brata za granicą (w odległej Brazylii) – Eustachy Natorski. Jego mieszkanie i jednocześnie kancelaria mieszczą się w jednej z niedawno odbudowanych kamienic na Krzywym Kole nieopodal Rynku Starego Miasta. Oprócz adwokata pracuje tam jeszcze jego „nieprzyzwoicie młoda” (to cytat z autora) sekretarka Ewa Falińska. Dzień pracy powoli dobiega końca, Ewa szykuje się więc do pójścia do domu. Natorski także żegna się z ostatnim klientem, myślami będąc już przy spotkaniu ze swoją narzeczoną Elżbietą Goterdową. W tym momencie w drzwiach pojawia się jednak jeszcze jeden interesant. Z gatunku tych, których nie należy odprawiać z kwitkiem. Przynajmniej z dwóch powodów: materialnego i moralnego.
Materialnego, ponieważ to bardzo elegancko i szykownie ubrany starszy pan. Moralnego, ponieważ przybysz jest wyraźnie wzburzony i trzyma się za serce, jakby coś mu dolegało. Wprawdzie mówi od rzeczy, przekonując, że jego przyjaciel znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie, co ma związek z wadą wzroku mecenasa i noszonymi przez niego okularami – podczas gdy Natorski okularów nie nosi, a wzrok ma znakomity – ale jeżeli ktoś źle się czuje, grzeczność i szacunek wobec starszych nakazuje przyjść z pomocą. Adwokat opuszcza więc na chwilę gabinet, aby z kuchni przynieść szklankę wody, a kiedy wraca, zastaje swojego niezwykłego klienta… z egzotycznym nożem wbitym po rękojeść w plecy. W pustym, nie licząc oczywiście ich obu, mieszkaniu! Po chwili wahania Natorski postanawia zawiadomić milicję, ale nie działa jego telefon, musi więc wybiec na ulicę i zgarnąć do domu funkcjonariusza stróżującego w najbliższej budce (to taki peerelowski folklor, który zniknął z ulic w latach 70.).
Zawiadomiony milicjant wzywa z kolei ekipę techniczną i lekarską, a jeden z lekarzy, zaskoczony nietypową jak na taką sytuację opowieścią gospodarza, dochodzi do wniosku, że najbardziej pożądaną osobą w tym miejscu będzie Downar. Kapitan Stefan Downar! Z którego nawet jego przełożony, major Leśniewski, pokpiwa, że jest jak Sherlock Holmes. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatecznie wyraża zgodę na to, aby kapitan poprowadził dochodzenie w sprawie zabójstwa – uwaga! uwaga! – Omara Ribasa Nogueiry, brazylijskiego impresaria, który przybył do stolicy w związku z Konkursem Chopinowskim. Skoro to zagraniczniak (choć Natorski zapewnia, że rozmawiał z nim po polsku), sprawa wygląda na dużego kalibru. Downar bierze się więc od razu do pracy i zaczyna szeroko zakrojone śledztwo. W stwierdzeniu „szeroko zakrojone” nie ma żadnej przesady. Bo choć dochodzenie formalnie toczy się jedynie w Warszawie i Konstancinie, stopień jego skomplikowania jest olbrzymi. Dość powiedzieć, że z jednej strony tropy prowadzą, co akurat oczywiste, do Brazylii, z drugiej natomiast – do Moskwy.
Trzeba przyznać, że w trakcie pracy nad „Zaczęło się w sobotę” Zeydlera-Zborowskiego nie zawiodła fantazja. Dość mocno popuszczał jej wodze, ale też odpowiednio nad nią panował. Co oznacza, że za każdym razem, gdy nieco – symbolicznie – „odlatywał”, starał się szybko wracać na ziemię i logicznie motywować swoje kolejne koncepty. I chociaż każdy następny rozdział otwiera nowe pole do gry, wprowadza na szachownicę nieznane wcześniej pionki bądź figury, przez cały czas autor gra z czytelnikiem tę samą partię. To na pewno wymagało od niego dużej dyscypliny. Wprawdzie można mieć pewne zastrzeżenia co do niektórych wątków (zwłaszcza ich mnogości), lecz najważniejsze, że w finale wszystkie udaje się jakoś powiązać i zaprezentować spójne wyjaśnienie zagadki. Tym samym wraz z Zeydlerem-Zborowskim zataczamy wielkie (i trochę krzywe) koło i wracamy do punktu wyjścia. Do jego gabinetu, który w sobotnie popołudnie pragnie jak najszybciej opuścić, aby spotkać się z narzeczoną, ale… O tym już chyba było, prawda?
koniec
16 kwietnia 2020

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

O świecie, którego już nie ma
Sebastian Chosiński

25 II 2021

Był starszym bratem laureata literackiej Nagrody Nobla za 1978 rok. Isaak Bashevis Singer uważał zresztą Izraela Joszuę za swego mentora. Są krytycy, którzy uważają, że talentem starszy z Singerów przewyższał tego, który później zdobył światowy rozgłos. Niestety, zmarł, mając zaledwie pięćdziesiąt lat. Ale i tak pozostawił kilka dzieł, które można uznać za prozatorskie arcydzieła. Wydany po raz pierwszy w języku polskim przed paroma tygodniami zbiór opowiadań „Perły” był jego książkowym (...)

więcej »

Uśmiech towarzyszki Kamli
Anna Nieznaj

24 II 2021

Polityczny esej połączony z reportażem z partyzanckiego przemarszu to w wykonaniu prozaiczki światowej klasy broń niezwykle niebezpieczna. Arundhati Roy w „Indiach rozdartych” wrzuca czytelnika w sam środek krwawego konfliktu, opisanego z liryczną pasją.

więcej »

Ten okrutny XX wiek: Pięścią w Armię Czerwoną!
Sebastian Chosiński

23 II 2021

Drugi tom powieści Romana Orwid-Bulicza, „Jeśli jutro wojna…” jest bezpośrednią kontynuacją tego, co autor przedstawił w pierwszym. Z punktu widzenia współczesnego czytelnika, to dzieło historyczne, ale dla autora było pisaną niemal na gorąco – zaledwie kilka lat po zaistniałych wydarzeniach – kroniką czasów instalowania rządów komunistycznych w powojennej Polsce.

więcej »

Polecamy

Lęk i odraza w Kalifornii

Na rubieżach rzeczywistości:

Lęk i odraza w Kalifornii
— Marcin Knyszyński

Las oblany słonecznym blaskiem
— Marcin Knyszyński

Dick jak Dickens
— Marcin Knyszyński

Kochać to nie znaczy zawsze to samo
— Marcin Knyszyński

Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.