Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 maja 2020
w Esensji w Esensjopedii

Przemysław Borkowski
‹Hotel Zaświat›

EKSTRAKT:20%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułHotel Zaświat
Data wydania10 maja 2013
Autor
Wydawca Oficynka
ISBN978-83-62465-67-5
Format124×194mm
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Kryminalna grabież czasu
[Przemysław Borkowski „Hotel Zaświat” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
O ile „Gra w pochowanego” Przemysława Borkowskiego z trudnością unosiła się jeszcze na falach przeciętności, to jego nowsza jego powieść – „Hotel Zaświat” – wręcz wywróciła się do góry dnem i bez specjalnego wdzięku pogrążyła w toni.

Jarosław Loretz

Kryminalna grabież czasu
[Przemysław Borkowski „Hotel Zaświat” - recenzja]

O ile „Gra w pochowanego” Przemysława Borkowskiego z trudnością unosiła się jeszcze na falach przeciętności, to jego nowsza jego powieść – „Hotel Zaświat” – wręcz wywróciła się do góry dnem i bez specjalnego wdzięku pogrążyła w toni.

Przemysław Borkowski
‹Hotel Zaświat›

EKSTRAKT:20%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułHotel Zaświat
Data wydania10 maja 2013
Autor
Wydawca Oficynka
ISBN978-83-62465-67-5
Format124×194mm
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Przemysław Borkowski, jeden z filarów Kabaretu Moralnego Niepokoju, pracowicie rozwija swoją karierę literacką, aczkolwiek trudno opędzić się od wrażenia, że jest to orka na ugorze. Debiutancka „Gra w pochowanego” była nad wyraz przeciętną powieścią, trapioną rozlicznymi mankamentami natury warsztatowej i logicznej. Wydane w 2011 „Opowieści Central Parku” też nie wzbudzały specjalnego zachwytu, ale przynajmniej broniły się pewną różnorodnością i drobinami humoru. Rok 2013 przyniósł jednak „Hotel Zaświat”, powieść, której nie sposób uznać za cokolwiek innego niż literacką katastrofę. W tej sytuacji lektura najświeższej trylogii kryminalnej o Zygmuncie Rozłuckim, zbierającej zresztą mocno mieszane opinie, też nie wydaje się być dobrym pomysłem na spędzenie wolnego czasu.
Wspomniany „Hotel Zaświat” miał być – zdaje się – kryminałem z lekkim wątkiem grozy, ale trudno mieć w tej kwestii pewność, bo książka w zasadzie nie posiada żadnej fabuły. Mimo trzystustronicowej objętości. Jak to – zakrzykną niedowiarkowie – przecież tam coś musi być! I będą o tyle mieć rację, że rzeczywiście w środku jest – mnóstwo liter, które łączą się w słowa, te zaś w zdania, zresztą na ogół poprawnie napisane. I tyle. Autor udowodnił bowiem, że można napisać grubą powieść-nic.
Zgaduję, że wyjściowym pomysłem było prywatne śledztwo w sprawie znajdowanych w położonej na uboczu wiosce fragmentów zwłok, ale bohater „Hotelu…” tak naprawdę nie prowadzi żadnego śledztwa. Policja zresztą też. Ot, tu jest ręka, tam noga, i już. Nikogo nie interesuje, skąd się wzięły. Z kolei za wątek nadprzyrodzony miało robić kilka dziwnych elementów, ale albo są one wrzucone byle jak i w niewiadomym celu (lisek prowadzący do fragmentów zwłok), albo niby poprawnie wprowadzone, tyle że niemal natychmiast przydeptane i wyśmiane (bezdomny jako niby-niedźwiedź, dziwne dźwięki w zajeździe), albo zaprezentowane jako tzw. inserty, czyli – przykładowo – ktoś przynosi bohaterowi opowiadanie do przeczytania, i ten wraz z nami przez cały następny rozdział je czyta (w ten sposób zjawiają się żrące ludzi karpie, jedyny jaśniejszy punkt tej książki). W efekcie nie ma co mówić o jakimkolwiek klimacie grozy, bo po prostu brak pożywki, na której mógłby już nawet nie urosnąć, a chociaż zakiełkować.
O czym jest więc ta powieść? Ano o tym, że pewnego dnia do niedużej miejscowości przyjeżdża sfinalizować sprzedaż rodzinnego domu niejaki Krzysztof Rozkroczny. Tu się wychował, więc chodzi po okolicy, oglądając jezioro, mokradła, domy, stodoły, strumyki, wykroty, gałęzie, cmentarz, ptaki i co tylko jeszcze przyjdzie do głowy autorowi. Co jakiś czas trafia na tubylca – księdza, kolegę z dzieciństwa, byłego sąsiada – i obowiązkowo daje się zaprosić na herbatę. Wówczas następuje kilka stron niezobowiązujących rozmów o wszystkim i o niczym, i bohater rusza dalej – oglądać, pić herbatę i myśleć o sprzedaży domu. Przy czym każda jego czynność jest dokładnie opisana, każde otwarcie drzwi czy okna, każde przekroczenie progu, każdy rzut oka na krzaki, po prostu wszystko. Że zacytuję przypadkowy akapit:
„Zaparkował samochód, wysiadł i wszedł po schodkach. Drzwi były zwykłe, przypominały wejście do normalnego domu, a nie do hotelu. Brakowało tylko tabliczki z nazwiskiem gospodarza. Otworzył je i wszedł do środka.”
I tak leci akapit za akapitem. Nic z tych opisów i poczynań nie wynika. Nic nie buduje klimatu. Nic nie tworzy ścieżki pod intrygę. Można przerzucić w ślepo 50 stron i nic nie stracić. Tym bardziej, że nie wiadomo, co ma być osią fabuły. Znalezione członki? Raczej nie, skoro znikają z pola widzenia po dwóch, trzech stronach. Co prawda w zewnętrznej historii o karpiach znowu się pojawiają, ale wiadomo, że to fikcja niezwiązana z samą fabułą „Hotelu…”. Tajemniczy bezdomny? No pojawia się co jakiś czas, ale na krótko, niczym meteor prześlizgujący się po krawędzi horyzontu. Ksiądz? Niby rzuca jakieś tajemnicze uwagi, ale ani bohater nie przywiązuje do nich większej wagi, ani nie przekładają się one na tok opowieści.
Takie błądzenie po omacku, w zalewie śmiertelnie nudnych, tuzinkowych opisów, trwa do strony 286. Wtedy akcja znienacka wskakuje na skuter i zaczyna pędzić na łeb na szyję, biorąc kolejne wiraże już bez czytelnika, który w międzyczasie spadł z siodełka i przydzwonił w drzewo, przez następny kwadrans próbując ogarnąć, czego właściwie był przed chwilą świadkiem. Bo autor nagle przypomniał sobie, że miało być i kryminalnie, i nadnaturalnie, więc – bach! – chlasnął finisz w stylu kryminału grozy. Tak ni w pięć, ni w dziewięć. Bez wstępu, bez przygotowania. Ale za to z przytupem. I rozwiązaniem kilku dodatkowych wątków, których istnienia nie sposób było nawet wcześniej podejrzewać.
O tym, co konkretnie się na ostatnich kilkunastu stronach dzieje, oczywiście napisać nie mogę, żeby nie zepsuć lektury desperatom, którzy jednak zechcą sięgnąć po „Hotel Zaświat”, ale wiele wskazuje na to, że najpierw powstał finał, a dopiero potem reszta, mozolnie rozbudowywana o kolejne puste akapity. W sumie nie wiadomo, po co była cała ta harówka, bo w zaprezentowanym kształcie intryga miała potencjał co najwyżej na niezbyt grube opowiadanie. A i to dopiero wtedy, gdyby rzecz napisał ktoś sprawniejszy warsztatowo. Szczerze powiedziawszy – o wiele sprawniejszy.
koniec
13 maja 2020

Komentarze

16 V 2020   11:58:49

Może chciał być polskim Murakamim? Spora część recenzji, zwłaszcza ostatni akapit, pasuje jak ulał do drugiego tomu "Śmierci komendanta" - które było tak spektakularnym literackim harakiri, że ja temu panu już dziękuję ;)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Krótko o książkach: Świat na opak
Miłosz Cybowski

26 V 2020

Nominowany do Hugo i nagrodzony BSFA „Odwrócony świat” Chrostophera Priesta to solidna porcja fantastyki w stylu retro, która jednocześnie zadaje jak najbardziej aktualne pytania o naszą percepcję rzeczywistości.

więcej »

Algorytm jest sztuką?
Joanna Kapica-Curzytek

25 V 2020

Technologie cyfrowe rozwijają się nader dynamicznie i w wielu dziedzinach naszej działalności ułatwiają życie. A co z twórczością artystyczną, do tej pory zarezerwowaną dla ludzi? „Kod kreatywności” przekonuje, że i tutaj algorytmy zaczynają mieć wiele do powiedzenia.

więcej »

Dźwięki spełnionych marzeń
Joanna Kapica-Curzytek

24 V 2020

„Odgłosy rosnących bananów” to słodko-gorzka opowieść o tym, że tam, gdzie jest wojna, może też być miłość.

więcej »

Polecamy

Wszyscy jesteśmy androidami

Na rubieżach rzeczywistości:

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Esensja czyta: Luty 2013
— Miłosz Cybowski, Jakub Gałka, Jacek Jaciubek, Joanna Kapica-Curzytek, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Joanna Słupek, Konrad Wągrowski

Gliniarz z Eurocity
— Beatrycze Nowicka

Tegoż autora

Zabiedzona flota: Nielotny
— Jarosław Loretz

Anioł w zielonych kaloszach
— Jarosław Loretz

Nazwobójca
— Jarosław Loretz

Siódma dusza po kisielu
— Jarosław Loretz

Wąż zwany Hydrą
— Jarosław Loretz

Pół-wampiry i pół-Niemcy
— Jarosław Loretz

Kiedy rozum śpi, budzą się upiory
— Jarosław Loretz

Światło wiekuiste
— Jarosław Loretz

Niania średnio tania
— Jarosław Loretz

Klasyka gryziona po kostkach
— Jarosław Loretz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.