Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 24 września 2021
w Esensji w Esensjopedii

Zygmunt Sztaba
‹Zwracam panu twarz›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZwracam panu twarz
Data wydania1974
Autor
Wydawca MON
SeriaLabirynt
Format171s.
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl

PRL w kryminale: Kompan doktora Mengele
[Zygmunt Sztaba „Zwracam panu twarz” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
W połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy ukazał się demaskatorski kryminał Zygmunta Sztaby „Zwracam panu twarz”, autor był już pisarzem z niemal trzydziestoletnim stażem. Jako twórca powieści detektywistyczno-sensacyjnych wciąż jednak wracał do tych samych wątków – imperializmu zachodnioniemieckiego i braku rozliczenia tego państwa za zbrodnie wojenne.

Sebastian Chosiński

PRL w kryminale: Kompan doktora Mengele
[Zygmunt Sztaba „Zwracam panu twarz” - recenzja]

W połowie lat 70. ubiegłego wieku, kiedy ukazał się demaskatorski kryminał Zygmunta Sztaby „Zwracam panu twarz”, autor był już pisarzem z niemal trzydziestoletnim stażem. Jako twórca powieści detektywistyczno-sensacyjnych wciąż jednak wracał do tych samych wątków – imperializmu zachodnioniemieckiego i braku rozliczenia tego państwa za zbrodnie wojenne.

Zygmunt Sztaba
‹Zwracam panu twarz›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułZwracam panu twarz
Data wydania1974
Autor
Wydawca MON
SeriaLabirynt
Format171s.
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
W wielu książkach Zygmunta Sztaby roi się od paskudnych nazistów, którzy po zakończeniu wojny i upadku III Rzeszy uniknęli należnej im kary i wciąż – tyle że teraz pod skrzydłami nowych, amerykańskich mocodawców – judzą przeciwko światowemu pokojowi. Z takimi negatywnymi bohaterami mieliśmy do czynienia zwłaszcza w opublikowanych pierwotnie tuż po wojnie powieściach „Eryk Müller poszukuje siostry” (1946), „Zielona granica” (1948) oraz „W ślepym zaułku” (1948). Ta ostatnia niemal dekadę później ukazała się ponownie, lecz pod zmienionym tytułem – jako „Muszka w białe grochy”. W kolejnych latach Sztaba zmienił nieco charakter swoich dzieł i postanowił wpisać się w nurt tak zwanej „powieści milicyjnej”, który reprezentowały chociażby „Zemsta Mariana Boruty” (1956), „Na zachód od Lille” (1957), „Śmierć w lustrze” (1959), „Puszka błękitnej emalii” (1959) czy „Rodrygo miał twarz drapieżną” (1961).
W wydanym w 1974 roku w serii „Labirynt” Wydawnictwa Obrony Narodowej (w nakładzie stu dwudziestu tysięcy egzemplarzy) „Zwracam panu twarz” warszawski pisarz postanowił powiązać oba dominujące w jego twórczości wątki, to znaczy dokonać mariażu historii stricte milicyjnej z polowaniem na nazistowskiego zbrodniarza wojennego. Udało mu się to całkiem zgrabnie, choć ewidentnie w dwóch miejscach pojawiają się niedoróbki, jakby autor zapomniał w finale o tym, o czym pisał wcześniej. Absolutnie zastanawia też pierwszy rozdział, który – z wyjątkiem zmienionych personaliów pojawiających się w nim postaci – jest żywcem przepisany z introdukcji do „Muszki w białe grochy”. Przyznam, dziwny to zabieg. Zaskakujący tym bardziej, że jest później przyczyną jednej ze wspomnianych fabularnych wpadek.
Akcja powieści zaczyna się w czasie drugiej wojny światowej w jednym z obozów koncentracyjnych. Gustaw, polski pielęgniarz przydzielony do lazaretu, w którym eksperymenty na więźniach przeprowadza nazistowski lekarz – przyjaciel i powiernik samego komendanta – zgłasza się, aby przekazać wiadomość o przygotowywanej ucieczce. Liczy przy tym na nagrodę finansową, lecz kiedy przekonuje się, że Niemiec nie ma najmniejszej ochoty dopełnić wcześniejszej obietnicy, w pijackim zwidzie wali go butelką po alkoholu w głowę i zabija (tak przynajmniej można by sądzić i tak właśnie stało się w „Muszce…”). A potem, już po wykonaniu wyroku na niedoszłych uciekinierach – przed śmiercią lekarz zdążył powiadomić telefonicznie obozowe Gestapo – wykorzystuje ich pomysł, aby samemu wyrwać się na wolność.
Tyle tytułem wstępu. W kolejnym, nienumerowanym rozdziale przenosimy się już w czasy współczesne pisarzowi, lecz nie do Polski, a do… Hamburga, gdzie luksusową klinikę dla bogaczy prowadzi utalentowany doktor Heinrich Wolff. Sam jest majętnym człowiekiem, więc niczego sobie nie odmawia – oprócz małżonki ma też młodziutką dwudziestoletnią kochankę, która, tak się składa, jest jego sekretarką w kronice. Przeglądając nowy numer „Der Spiegel”, mężczyzna trafia na reportaż z Polski (biorąc pod uwagę to peerelowskie otwarcie na Republikę Federalną Niemiec, nie należy mieć wątpliwości, że akcja rozgrywa się na początku lat 70., czyli już po unormowaniu relacji ze Związkiem Radzieckim i Polską przez kanclerza Willy’ego Brandta), który zilustrowany jest współczesnymi zdjęciami. Zwłaszcza jedno z nich przykuwa jego uwagę. Do tego stopnia, że natychmiast kontaktuje się z niejakim majorem Kranzem, a następnego dnia leci do Warszawy, aby odnaleźć mechanika samochodowego Gustawa Nowaka.
Intrygujące, prawda? Nowak zdaje sobie sprawę z tego, że cieszy się w stolicy i jej okolicach dobrą renomą, ale żeby informacje o nim przekazywali sobie nawet turyści z zachodnich Niemiec – tego jeszcze nie było. Spotkanie z Wolffem pozbawia go jednak złudzeń – tu chodzi bowiem o coś zupełnie innego niż naprawa zepsutego Mercedesa. O co? Można się domyślić i na to też liczy autor, ponieważ chwilę później robi kolejny przeskok fabularny i otwiera jeszcze jeden wątek, którego główną postacią staje się porucznik-pilot Władysław Lewandowski. W czasie urlopowego wojażu z narzeczoną przez przypadek podsłuchuje w lesie rozmowę jakiejś parki na temat wyciągnięcia za wszelką cenę pieniędzy od „doktorka” (tak go nazywają). Niestety, Lewandowski nie widzi ich twarzy – słyszy tylko głosy, wie, że kobieta ma na imię Lotka i że odjechali niebieską wuefemką. I tu ciekawostka, bo produkcję tych motocykli zaprzestano w połowie lat 60., a w powieści wyraźnie jest mowa o nowych egzemplarzach, więc może jednak czas akcji należałoby przesunąć o kilka lat wcześniej.
W każdym razie zaintrygowany pilot jedzie szybko na najbliższy posterunek Milicji Obywatelskiej i mówi, co słyszał. Informacje te są jednak tak ogólnikowe, że trudno na ich podstawie podjąć konkretne działania. Na szczęście tego samego dnia w restauracji Władek podsłuchuje rozmowę na temat „doktorka”, którym okazuje się okoliczny znachor Stefan Wolski. Może więc o niego chodzi? To byłby już jakiś trop. Sierżant Walicki przekazuje wiadomość do Komendy Wojewódzkiej, w której pracuje kapitan Kazimierz Bochenek. Tak się składa, że to przyjaciel Lewandowskiego, zatem bardzo poważnie traktuje meldunek. Niestety, okazuje się, że jest już za późno – funkcjonariusze, którzy przybywają do położonej w lesie willi Wolskiego, zastają już tylko jego trupa i splądrowane pokoje. Wszystkie starania poszły więc na marne. Ale przynajmniej teraz Władek ma motywację, by pomóc milicji w wytropieniu mordercy. Względnie morderców, jeśli rzeczywiście zrobiła to ta para, którą słyszał w lesie.
Powieść Zygmunta Sztaby składa się z dwóch równolegle prowadzonych wątków. Pierwszy dotyczy mechanika Nowaka, którym z czasem zaczyna interesować się polski kontrwywiad (dzięki temu na arenę wydarzeń wkracza kapitan Grzywacz), drugi – śledztwa w sprawie śmierci Wolskiego. Znachora o tyle dziwnego, że posiadał on dyplom ukończenia studiów medycznych. Nie ma wątpliwości, że jego przeszłość skrywa jakieś tajemnice. Podobnie zresztą jest z Nowakiem. Jak się potem okazuje, łączy ich jeden wspólny mianownik, a Sztaba mocno gimnastykuje się, aby to logicznie uzasadnić. Tu jednak, o czym była mowa parę akapitów wyżej, pojawiają się nieścisłości. Skoro Gustaw zabił Lagerarzta (czyli lekarza obozowego) przed swoją ucieczką, jakim cudem pojawia się on po wojnie cały i zdrowy – to pierwsza wątpliwość. A druga: w czasie odwiedzin w leśniczówce, w której mieszkają zagraniczni turyści-myśliwi, występujący incognito kapitan Grzywacz poznaje Heinricha Wolffa, ale kiedy jakiś czas później spotykają się na przejściu granicznym – ten zachowuje się, jakby widział go pierwszy raz na oczy.
Jak to wytłumaczyć? Mam pewną teorię, lecz – poza domysłami – żadnych dowodów na jej potwierdzenie. Choć na początku lat 70. Sztaba wydał dwie pozycje w serii kryminalnej „Ewa wzywa 07…” – pod tytułami „Śmierć lichwiarza” (1970) oraz „To nie było samobójstwo!” (1971) – nie były to wcale nowe teksty (pochodziły one odpowiednio z 1961 i 1957 roku). W latach 60. warszawski prozaik nie zajmował się już w zasadzie tworzeniem powieści kryminalnych. Głównie przerabiał stare. Tacy „Mordercy przyszli nocą” (1965) – tytuł może być mylący, bo sugerowałby właśnie książkę detektywistyczną, a tak nie jest – to poddana recyklingowi „Sprawa Konrada Piecucha” (1956). Może więc i „Zwracam panu twarz” to takie dzieło, które powstało znacznie wcześniej, dopiero później zostało wyciągnięte przez autora z szuflady, gdzieniegdzie rozszerzone, poprawione (przy okazji też zepsute) i oddane w 1973 roku do druku wydawnictwu Ministerstwa Obrony Narodowej, które zresztą całkiem nieźle zarabiało na powieściach kryminalnych i sensacyjnych.
koniec
4 czerwca 2021

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

PRL w kryminale: Konflikt robotniczo-chłopski
Sebastian Chosiński

24 IX 2021

Nie pisał kryminałów, choć niekiedy w swej prozie i reportażach zajmował się ciemnymi sprawkami bliźnich. Jedyną jego książką, jaka bez naginania rzeczywistości pasuje do tej rubryki, jest (mikro)powieść „Dźwig”, której głównym bohaterem Bohdan Drozdowski uczynił dociekliwego kapitana Milicji Obywatelskiej, próbującego znaleźć odpowiedź na pytanie, kto pobił – niemal na śmierć – suwnicowego z fabryki w prowincjonalnym mieście.

więcej »

Pozostają tylko wspomnienia
Joanna Kapica-Curzytek

23 IX 2021

Jak czyta się „Smażone zielone pomidory” trzydzieści cztery lata po premierze? Nadal znakomicie, a tęsknota do świata, którego już nie ma, z upływem czasu wydaje się jeszcze większa.

więcej »

Mała Esensja: Natura, nasz język i krzywdzące stereotypy
Joanna Kapica-Curzytek

22 IX 2021

„Plotki o zwierzętach” wspaniale tłumaczą młodszym czytelnikom reguły świata przyrody, dementując przy okazji prawdziwość wielu utartych powiedzonek o zwierzętach.

więcej »

Polecamy

Człowiek jako bariera ostateczna

Stulecie Stanisława Lema:

Człowiek jako bariera ostateczna
— Marcin Knyszyński

Nie wszystko i nie wszędzie jest dla nas
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.