Zamek nad zatoką. Królewski medyk, który tak naprawdę jest kimś więcej. Ucieczka księżniczki. Tajemnicze artefakty. Atak groźnych, magicznych istot z północy. Znacie? Nie, to nie „Pamięć, Smutek, Cierń” Tada Williamsa, lecz jego nowa powieść – „Marchia cienia” – otwierająca trylogię o tym samym tytule. Ale od porównań się nie ucieknie.
Źle się dzieje w państwie eiońskim
[Tad Williams „Marchia Cienia” - recenzja]
Zamek nad zatoką. Królewski medyk, który tak naprawdę jest kimś więcej. Ucieczka księżniczki. Tajemnicze artefakty. Atak groźnych, magicznych istot z północy. Znacie? Nie, to nie „Pamięć, Smutek, Cierń” Tada Williamsa, lecz jego nowa powieść – „Marchia cienia” – otwierająca trylogię o tym samym tytule. Ale od porównań się nie ucieknie.
Tad Williams
‹Marchia Cienia›
Przy lekturze pierwszego tomu „Marchii cienia” trudno mi się było pozbyć skojarzeń z inną znaną trylogią fantasy pióra Tada Williamsa – „Pamięć, Smutek, Cierń” (znaną też od tytułu pierwszego tomu jako „Smoczy tron”). I tu i tam mamy położony nad morzem królewski zamek, „odziedziczony” po jakiejś tajemniczej, starszej kulturze; zamkowego lekarza-naukowca skrywającego o wiele rozleglejszą wiedzę niż tę, którą na co dzień okazuje; atak tajemniczych i posługujących się niebezpieczną magią stworzeń z północnych rubieży kontynentu oraz kilka innych rzeczy. Oprócz tego nasila się ujawniona w poprzedniej powieści skłonność autora do przeganiania swoich bohaterów po rozmaitych podziemiach.
Jednak „Marchia…” zrobiła na mnie wrażenie książki mroczniejszej i bardziej klaustrofobicznej – i nie chodzi tylko o wspominane podziemia, ale o cały nastrój. Często pojawia się wątek miejsca (lasu, pałacu, podziemi), z którego trudno jest się wydostać. Ciężką atmosferę potęguje też kładzenie silnego akcentu na obłęd, któremu ulegają – lub wydają się ulegać – rozmaite postaci. Główni bohaterowie osaczeni są spiskami i zakulisowymi działaniami: w przeciwieństwie do „Pamięci…”, gdzie role były bardziej jednoznacznie rozdane, tutaj trudno odgadnąć, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Tamta trylogia była zresztą w ogóle bardziej „tolkienowska” w duchu i choć świat Williamsa nie jest tak wyidealizowany jak Śródziemie, to jednak dopiero w „Marchii cienia” mamy rzeczy, od których Tolkienowi zrobiłoby się słabo: na przykład postać kastrata-transwestyty, zakochanego w innym mężczyźnie, twardniejące dziewczęce sutki czy dość niewybredny komentarz pewnej służącej na temat jakości uprawiania seksu przez partnerów.
Bohaterowie, jak to zwykle u Williamsa, są pełnokrwiści i realistyczni. Autor tworzy wiele postaci, prowadząc akcję w kilku równoległych wątkach: mamy więc historię Briony i Barricka, królewskich bliźniąt borykających się z trudami regencji; przeżycia zakochanego w Briony przywódcy gwardii królewskiej; Rogowca z rasy Funderlingów, który w dziwnych okolicznościach znajduje jeszcze dziwniejsze dziecko; a także Qinnitan z dalekiego południa – spokojnej nastolatki wybranej na jedną z żon przez szalonego króla-boga. Niewątpliwie losy ich wszystkich splotą się w finale w jakiś pomysłowy i dramatyczny sposób.
Tad Williams ma talent do obrazowych opisów oraz do tworzenia obcych ras i kultur. W „Marchii cienia” nie bazują one w tak oczywisty sposób na Eskimosach, Wikingach, Japończykach i Bizancjum jak w „Smoczym tronie”, są bardziej oryginalne (z wyjątkiem Dachowców, którzy nieodparcie kojarzą mi się z Pożyczalskimi z książek Mary Norton), choć przyznam, że dla mnie odrobinę straciły przez to na plastyczności. Być może jednak to skutek tego, że znam dopiero pierwszy tom sagi. Na razie najbardziej interesująco wygląda imperium Xis, a szczególnie obyczaje i tajemnicze rytuały na dworze króla-boga.
Niestety, przyjemność obcowania z wciągającą akcją i żywymi postaciami psują nieco niedociągnięcia translatorskie i redakcyjne. Niektóre zdania brzmią po polsku trochę niezręcznie:
…wydawało się, że Gailon coś powie, lecz stosowna chwila minęła, a przystojny książę ponownie zajął się dłubaniem nogi stołu małym obrzędowym sztyletem (str. 228) czy (o ciężko rannym informatorze)
Gdyby nie był zahartowanym żołnierzem, skóra i kości, to informacja ta nigdy by do nas nie dotarła (str. 349); inne nasuwają podejrzenia, że tłumacz użył niewłaściwego wyrazu:
– A jak wygląda leczenie? – Otwarte okna – odparł szybko Olros. – Brud ze świątyni Kerniosa u wezgłowia i w nogach łóżka chorego.1) (str. 177);
– Włożę to samo, co wczoraj. (…) Tunikę, tę ze złotym warkoczem.2) (str. 446). Wątpliwości budzi również tłumaczenie nazwy klanu Muskających Wodę
Back-on-Sunset-Tide jako „Tyłem-do-Zachodniego-Przypływu”
3), a imię królowej Dachowców Upsteeplebat nie zostało w ogóle przetłumaczone, choć inne imiona członków tej rasy występują w polskiej wersji (Spadzik, Nos Szacowny i Stosowny itd.). Wprawdzie jak na siedmiusetstronicową powieść nie jest to wiele potknięć, zastanawia mnie jednak, ilu jeszcze nie wyłapałam i czy przypadkiem nie ma wśród nich czegoś – jak z tym nieszczęsnym brudem – co może zmienić sens tekstu.
Pozytywny komentarz należy się za to okładce z ilustracją Michaela Whelana – oprócz tego, że jest ładna i nastrojowa, to jeszcze wyraźnie została namalowana do tej konkretnej książki. Na podstawie tego, co widać w księgarniach, wydaje się, że polskie wydawnictwa raczej rzadko zakupują zagraniczne powieści razem z okładkami (nie mówiąc już o zaprojektowaniu własnej), więc jest to praktyka godna pochwały
4).
„Marchię cienia” ze spokojnym sumieniem mogę polecić zwolennikom dobrze napisanej, klasycznej fantasy… mając nadzieję, w ich i swoim imieniu, że następne tomy przejdą bardziej staranną redakcję.

1) W oryginale:
Dirt from the temple of Kernios beneath the head and foot of his bed. Zważywszy, że Kernios jest bogiem ziemi, a dirt po angielsku to zarówno brud jak i ziemia, prawdopodobnie chodziło o to drugie znaczenie, szczególnie, że mowa jest o zrównoważeniu żywiołów u chorych.
2) W oryginale:
A tunic – the one with the gold braid. Braid to po angielsku warkocz, ale również galon (ozdobna tasiemka ze srebrnej lub złotej lamy do obszywania ubiorów).
3) Bliższe znaczeniowo wydaje mi się „Wracający-z-Wieczornym-Przypływem”.
4) Choć oczywiście nie mam pewności, czy nie był to raczej wymóg zachodniego wydawcy.