Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 września 2020
w Esensji w Esensjopedii

Aleksandra Janusz
‹Dom Wschodzącego Słońca›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDom Wschodzącego Słońca
Data wydania29 listopada 2006
Autor
Wydawca RUNA
CyklMiasto magów
ISBN83-89595-29-X
Format400s. 125×185mm
Cena28,50
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Magia, przyjaźń i rock’n’roll
[Aleksandra Janusz „Dom Wschodzącego Słońca” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Coś dla miłośników urban fantasy, filmów i komiksów przygodowych. W „Domu Wschodzącego Słońca” Aleksandry Janusz mamy istną mieszankę wybuchową: ożywione mity greckie sąsiadują ze świszczącymi katanami, a czarodzieje potrafią przesłać ładunek magii za pomocą krótkofalówki.

Agnieszka ‘Achika’ Szady

Magia, przyjaźń i rock’n’roll
[Aleksandra Janusz „Dom Wschodzącego Słońca” - recenzja]

Coś dla miłośników urban fantasy, filmów i komiksów przygodowych. W „Domu Wschodzącego Słońca” Aleksandry Janusz mamy istną mieszankę wybuchową: ożywione mity greckie sąsiadują ze świszczącymi katanami, a czarodzieje potrafią przesłać ładunek magii za pomocą krótkofalówki.

Aleksandra Janusz
‹Dom Wschodzącego Słońca›

EKSTRAKT:70%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDom Wschodzącego Słońca
Data wydania29 listopada 2006
Autor
Wydawca RUNA
CyklMiasto magów
ISBN83-89595-29-X
Format400s. 125×185mm
Cena28,50
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Już sama okładka „Domu Wschodzącego Słońca” sugeruje, czego może spodziewać się czytelnik. Wprawdzie w powieści nie zauważyłam czerwonych demonów z czymś w rodzaju chodniczka wyrastającego z uszu, ale zasadniczo ilustracja oddaje istotę książki: dużo akcji, siły nadprzyrodzone i połączenie współczesności z magią.
Miejscem akcji jest fikcyjne amerykańskie miasteczko Farewell, w którym mieszkają magowie, na co dzień wtopieni w społeczeństwo jako piosenkarze, ochroniarze, prezesi firm czy uczennice. Z równą wprawą posługują się teleportacją i magią uzdrawiającą, co Internetem i telefonami komórkowymi, które wykorzystują zresztą w dość specyficznych celach. Otóż czarodzieje bronią miasta i jego mieszkańców przed rozmaitymi złowrogimi siłami – czy będą to potwory z innego wymiaru, czy zadomowione w złej dzielnicy wampiry, z którymi zawarto coś w rodzaju chwiejnego zawieszenia broni.
Tak, zdaję sobie sprawę, że w streszczeniu brzmi to jak kiepski erpeg albo coś w rodzaju popłuczyn po serialu o Buffy, jednak książka jest wciągająca i sympatyczna. Autorka nie odżegnuje się bynajmniej od skojarzeń z popkulturą – demony wyglądają w oczach bohaterów jak żywcem wzięte z gier komputerowych, postaci rzucają komentarze w stylu „Niezły Matrix” albo „To nie Gwiezdne wojny!”. Podrasowany dodge może kojarzyć się z wehikułem Pana Samochodzika lub z pojazdem Batmana, syczący potwór – z Gollumem; coś dla siebie znajdą również miłośnicy celtyckich legend.
Takie nagromadzenie gadżetów z różnych bajek – tu samurajowie, tu Złote Jabłko, tu znów czarodziej z palmtopem w ręce – może na kimś sprawić wrażenie dość humorystyczne, książka jednak nie jest bynajmniej groteską czy parodią. Humor występuje w bardzo niewielkich, acz umiejętnie dawkowanych ilościach: mnie szczególnie rozbawił pyskaty komputer (trochę szkoda, że czynnie występuje tylko w jednej scenie), niecodzienna scena wywiadówki i jeszcze bardziej niecodzienny egzorcyzm przy użyciu słowa, które nawet w naszych zepsutych czasach wciąż jest w telewizji zastępowane przeciągłym „piiiii…”1).
Powieść podzielona jest na cztery rozdziały, z których każdy mógłby właściwie stanowić samodzielne opowiadanie (rozdział drugi został zresztą opublikowany w „Science Fiction” jako opowiadanie „Z akt miasta Farewell”). Co ciekawsze, rozdział czwarty objętością dorównuje trzem poprzednim razem wziętym, jest też najbardziej dramatyczny. Można zaryzykować stwierdzenie, że to w nim zawiera się właściwa akcja książki, zaś poprzednie służą głównie do przedstawienia bohaterów, relacji między nimi i istotnych dla zrozumienia fabuły elementów świata.
Co do samego świata, to przyznam, że nie do końca podoba mi się osadzenie akcji w bliżej niesprecyzowanej części Stanów Zjednoczonych. Być może zanadto przywykłam w polskiej fantastyce do utworów dziejących się w Warszawie, Lublinie czy Wrocławiu, ale momentami miałam wrażenie, że „amerykańskość” realiów jest cokolwiek umowna i przyłapywałam się na zastanawianiu, czy w USA aby na pewno istnieją przystanki autobusowe z wiatami z pleksiglasu, czy zabytkową część miasta określa się tam mianem Starówki, a w gimnazjum omawia mity greckie i Dostojewskiego. Mimo że autorka włożyła sporo wysiłku w realistyczne i malownicze opisanie scenografii, dla mnie jest ona równie sztuczna co filmowe Gotham City.
Mocną stroną powieści są natomiast bohaterowie. Cybermag Timothy, zbuntowana nastolatka Eunice, sympatyczny rockman Gabriel2) czy mroczny pół-Japończyk Lloyd to postaci, do których czytelnik – oczywiście dzięki talentowi autorki – przywiązuje się od pierwszych stron. Mają swoje wady i słabostki, ale są dobrymi ludźmi i wypróbowanymi przyjaciółmi, stanowiącymi właściwie coś na kształt ekscentrycznej rodzinki. Nawet jeśli niekiedy przypominają bohaterów z filmu czy komiksu (dwumetrowy Azjata w czarnym płaszczu, z kataną i jeżdżący na motorze), to jest to komiks, który chętnie bym przeczytała. Ktoś wprawdzie mógłby zarzucić, że również autorka bardzo się przywiązała do swoich postaci i niekiedy odrobinę ułatwia im życie, ja jednak nie zamierzam czynić z tego zarzutu – jeżeli nawet w powieści są rozwiązania na zasadzie deus ex machina, to na tyle zgrabnie przeprowadzone, że nie przeszkadzają mi ani trochę. Zresztą jeśli będę miała kiedyś ochotę na brutalną rzeź sympatycznych postaci, wezmę do ręki ostatni tom „Sagi o wiedźminie”.
Bardzo zgrabnie i żywo napisane są dialogi: zarówno żarty czy cięte powiedzonka, jak i grube przekleństwa są wplecione w wypowiedzi postaci nader naturalnie, dzięki czemu przy lekturze nie miałam wrażenia, że ktoś mnie usiłuje rozbawić na siłę ani też że popisuje się „twardym realizmem życia” (hłe hłe), każąc bohaterom kląć jak krasnoludzkim grabarzom.
Gorzej niż dialogi wypada narracja: jest poprawna, ale – muszę z przykrością przyznać – zaledwie poprawna. Zdania są monotonne, wręcz drewniane; opisom brakuje dynamiki, co szczególnie boleśnie rzuca się w oczy w scenach walk, na przykład: „Lloyd systematycznie odpierał ataki widmowych przeciwników. Łatwo położyłby kres walce, gdyby wymierzył cios w Takedę, to było możliwe, chociaż od Japończyka dzieliły go cienie. Zależało mu jednak na schwytaniu mężczyzny żywego. Chciał zadać Takedzie kilka pytań, liczył też na to, że zdoła przywrócić mu zdrowy rozum. Został poważnie ranny w lewe ramię, ale starał się o tym nie myśleć.
Gdyby nie ten daleki od ideału język narracji, na którym w trakcie lektury momentami potykałam się jak na wyboistej drodze, „Dom Wschodzącego Słońca” miałby szansę stanąć na półce z moimi ulubionymi lekturami. Rzadko zdarza mi się trafić na tak piękne przedstawienie przyjaźni połączone z pewną „tolkienowskością” ducha, jednak bez tolkienowskiej idealizacji świata. Chciałabym dostawać dreszczy przy scenie finałowej konfrontacji. Chciałabym płakać przy końcowej rozmowie Timothy’ego z Gabrielem i chciałabym chcieć wracać do poszczególnych scen tak często, aż z książki zaczną wypadać kartki. A tak mogę tylko zamknąć książkę z uczuciem, że Aleksandrze Janusz prawie udało się napisać powieść, jaką całe życie pragnęłam przeczytać.
koniec
14 lutego 2007
1) I nie chodzi tu bynajmniej o słynne Sapkowskie „Odejdź stąd i wychędoż się sam”.
2) Swoją droga, już w czwartej z kolei powieści z gatunku urban fantasy napotykam muzykę rockową jako istotny element akcji…

Komentarze

23 I 2020   22:03:33

Mam świetną informację dla wszystkich na tym forum. Czy słyszałeś o rzucającym zaklęcia, dr Ogundele? Ten człowiek przywiózł mojego męża, który opuścił mnie na 7 lat w ciągu 24 godzin ze swoimi mocami, mam na imię Isabella, jest prawdziwy, skontaktuj się z nim na jego czacie WhatApp lub Viber: +27638836445.

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kamień pamięci
Joanna Kapica-Curzytek

21 IX 2020

„Leksykon światła i mroku” jest oryginalny w formie i przejmujący w treści. Przynosi nam portret największego zbrodniarza wojennego Norwegii. Bohaterem powieści jest też pewien „dom zły” – niemy świadek morderstw i bestialskich tortur.

więcej »

Mała Esensja: Jak brat z bratem
Marcin Mroziuk

18 IX 2020

Wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł, „O Stephenie Hawkingu, czarnej dziurze i myszach podpodłogowych” nie jest opowieścią o słynnym brytyjskim naukowcu. Zamiast tego w książce Katarzyny Ryrych poznajemy pewnego obdarzonego bujną wyobraźnią chłopca, który musi zmierzyć się z nietypowymi wyzwaniami.

więcej »

PRL w kryminale: Zbójnicki urok i wyrachowana bestia
Sebastian Chosiński

17 IX 2020

Czytelnicy mieli prawo być nieco skołowani, kiedy wzięli do ręki wydaną przez Czytelnika w 1972 roku „Czerwoną nitkę” Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego. Wszak dotyczyła ona wydarzeń, o których autor wspominał – w formie retrospektywnej – w wydanej rok wcześniej przez Iskry powieści „Nawet umarli kłamią”. Zamieszanie prawdopodobnie wynikło z przedłużającego się procesu wydawniczego, który sprawił, że książka napisana wcześniej ujrzała światło jako druga.

więcej »

Polecamy

Dick w starym stylu

Na rubieżach rzeczywistości:

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Szpiedzy, smoki i różniczki
— Anna Nieznaj

Długa droga do Avalonu
— Zofia Marduła

Vivat Academia, vivant cantatrices!
— Anna Nieznaj

Doskonały przepis na placek po bretańsku
— Zofia Marduła

Całkiem zwyczajny czarodziej
— Magdalena Kubasiewicz

Esensja czyta: Wrzesień 2016
— Dominika Cirocka, Miłosz Cybowski, Jarosław Loretz, Beatrycze Nowicka, Marcin Osuch, Konrad Wągrowski

Esensja czyta: Lipiec 2016
— Miłosz Cybowski, Anna Kańtoch, Magdalena Kubasiewicz, Jarosław Loretz, Anna Nieznaj, Beatrycze Nowicka, Agnieszka ‘Achika’ Szady, Konrad Wągrowski

Cichostopy
— Aleksandra Janusz

Maestro
— Aleksandra Janusz

Tegoż autora

Miyamoto Usagi i poszukiwacze zaginionej szkatułki
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Skrzyżowanie konia z pająkiem
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ale co z tą papugą?
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Latająca głowa księcia Neptuna
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Potworessy, katakumby i naukowczynie
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Ślub bednarki i drwala online
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Koń się naprawdę uśmiał
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Szczęście kruche jak porcelana, czyli dziwna niechęć do rysowania nóg
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Czas jest konstruktem umysłu
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Na Bieszczady nie ma rady…
— Agnieszka ‘Achika’ Szady

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.