Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 października 2020
w Esensji w Esensjopedii

Marek Krajewski
‹Festung Breslau›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułFestung Breslau
Data wydania24 sierpnia 2006
Autor
Wydawca W.A.B.
CyklEberhard Mock
ISBN83-7414-210-3
Format352s. 125×195mm
Cena29,90
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Armageddon na ulicach Breslau
[Marek Krajewski „Festung Breslau” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Nie jest to dla autora komfortowa sytuacja, kiedy krytycy i publiczność oznajmiają jednym głosem, że jego kolejne książki są „długo oczekiwanymi”. A w takiej właśnie sytuacji znalazł się Marek Krajewski przed opublikowaniem ostatniej części swojej tetralogii o niemieckim Wrocławiu – „Festung Breslau”. Wrodzony talent i nabyta elokwencja pozwoliły mu jednak nie zawieść oczekiwań.

Sebastian Chosiński

Armageddon na ulicach Breslau
[Marek Krajewski „Festung Breslau” - recenzja]

Nie jest to dla autora komfortowa sytuacja, kiedy krytycy i publiczność oznajmiają jednym głosem, że jego kolejne książki są „długo oczekiwanymi”. A w takiej właśnie sytuacji znalazł się Marek Krajewski przed opublikowaniem ostatniej części swojej tetralogii o niemieckim Wrocławiu – „Festung Breslau”. Wrodzony talent i nabyta elokwencja pozwoliły mu jednak nie zawieść oczekiwań.

Marek Krajewski
‹Festung Breslau›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułFestung Breslau
Data wydania24 sierpnia 2006
Autor
Wydawca W.A.B.
CyklEberhard Mock
ISBN83-7414-210-3
Format352s. 125×195mm
Cena29,90
Gatunekkryminał / sensacja / thriller
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
W Polsce Ludowej autorzy kryminałów byli hołubieni przez wydawnictwa. Na rynku ukazywało się kilka serii („Z kluczem”, „Z jamnikiem” czy „Ewa wzywa 07”, by wymienić tylko te najbardziej prestiżowe), w których mogli oni realizować swoje zawodowe aspiracje. Pomijając fakt, że w większości z nich głównym i nieodłącznie pozytywnym bohaterem był dzielny funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, spełniały one swoją rolę w stu procentach, dostarczając gawiedzi rozrywki. Kto nie chciał wychwalać rodzimych stróżów prawa, mógł bez większych kłopotów przenosić akcję swych powieści na przykład do Anglii, co czynił chociażby słynny szekspirolog Maciej Słomczyński, publikując kilka wyśmienitych kryminałów pod pseudonimem Joe Alex1). Niestety, po upadku komunizmu polscy pisarze sprawiali wrażenie, jakby zapomnieli, jak się pisze dobre powieści detektywistyczne. A może po prostu uznali ów gatunek za podlejszy i niegodny rodzaj literatury? Dopiero ogromna popularność książek kryminalnych z importu (vide Borys Akunin, Aleksandra Marinina, Henning Mankell, Jeffery Deaver, Michael Connelly i inni) doprowadziła do odrodzenia tej sztuki w Polsce. W pierwszym zaś szeregu pisarzy, którzy podjęli trud reanimowania trupa, znalazł się – z zawodu filolog klasyczny – wrocławianin Marek Krajewski.
Miejscem akcji swoich powieści Krajewski uczynił Wrocław, a raczej – Breslau, ponieważ jego książki opowiadają o czasach, kiedy stolica Górnego Śląska znajdowała się w granicach terytorialnych najpierw Republiki Weimarskiej, a następnie III Rzeszy. Podobne próby podejmowane były już u nas w latach 80. ubiegłego stulecia, tyle że nie w literaturze, a w filmie. Warto wspomnieć chociażby wyśmienity horror Jacka Koprowicza „Medium” czy też zabawny serial Pawła Pitery „Na kłopoty… Bednarski”, których akcję umieszczono w Wolnym Mieście Gdańsku w czasach, kiedy kontrolę przejmowali nad nim naziści. Czy Krajewski inspirował się tymi filmami? Wydaje się to wielce prawdopodobne, choć raczej trudno byłoby doszukiwać się w Eberhardzie Mocku podobieństw do granego przez Władysława Kowalskiego inspektora Selina z „Medium” (o Bednarskim nawet nie wspominam, bo to w końcu Polak). Znacznie bliżej mu do bohaterów amerykańskiego czarnego kryminału, co zresztą trudno uznać za zarzut.
Pierwsze trzy powieści Krajewskiego zdobyły ogromną popularność. Czytelnicy zaczęli więc wywierać presję na autorze, domagając się kolejnych książek z Mockiem w roli głównej. I w końcu doczekali się, choć – jak sądzę – ich radość została nieco zmącona zapowiedzią autora, że „Festung Breslau” to definitywnie ostatnia część cyklu. Trudno jednak Krajewskiemu w to zapewnienie nie uwierzyć. Tym bardziej że konstrukcja powieści oraz wybór czasu akcji idealnie z deklaracjami autora współgrają. Akcję „Festung…” umieścił on bowiem na przełomie marca i kwietnia 1945 roku, a więc w ostatnich tygodniach II wojny światowej, kiedy to zwycięska Armia Czerwona powoli zamykała pierścień okrążenia wokół Wrocławia. Zamienione w twierdzę miasto jeszcze się broniło, mimo że sporą jego część opanowali już Sowieci. Wiele kamienic legło w gruzach, trwał niemal nieprzerwany ostrzał artyleryjski dzielnic znajdujących się w rękach niemieckich. W takiej właśnie apokaliptycznej scenerii kapitan Mock – zawieszony w swych obowiązkach po tym, jak wyszło na jaw, że kilkanaście lat wcześniej dokonał samosądu na psychopatycznym zabójcy – rozwiązuje swoją ostatnią kryminalną zagadkę.
Krajewski zaczął powieść z „górnego C”, jak uczył tego sam mistrz suspensu Alfred Hitchcock. Mocka odwiedza bowiem dawno niewidziany brat Franz. Przed laty Eberhard prowadził śledztwo w sprawie śmierci jego syna – śledztwo, dodajmy, uwieńczone sukcesem. Tymczasem Franz Mock przynosi tajemniczy list, z którego wynika, że złapano wówczas niewłaściwą osobę, a klucz do rozwiązania zagadki kryje się dziś w jednej ze zniszczonych wrocławskich kamienic. Eberhard Mock, choć zaskoczony i niedowierzający temu niecodziennemu donosowi, nie może odłożyć sprawy ad acta – nie pozwala mu na to charakter i oficerska policyjna duma. Wraz z Franzem wybiera się we wskazane w liście miejsce, co staje się nie lada wyczynem, ponieważ kamienica znajduje się w części miasta zajętej przez Armię Czerwoną i dotrzeć można doń tylko tajnymi podziemnymi przejściami, jakimś cudem kontrolowanymi jeszcze przez Wehrmacht. Na dodatek u celu swej wyprawy obaj panowie zamiast rozwiązania zagadki znajdują umierającą piękną, młodą dziewczynę. Nie byłoby w tym może nic dziwnego – wszak mamy wojnę – gdyby nie fakt, że została ona wyjątkowo brutalnie zgwałcona i okaleczona. Mock w pierwszej chwili uznaje, że padła po prostu ofiarą skośnookich czerwonoarmistów2) (o czym hitlerowska propaganda nachalnie trąbiła), kiedy jednak już na spokojnie wiąże ze sobą pewne fakty, wiele rzeczy nie daje mu spokoju. I słusznie, bo bardzo szybko okazuje się, że akurat tej zbrodni wcale nie są winni bohaterscy i jurni krasnoarmiejcy.
Wstrząsające? A to zaledwie preludium – im dalej, tym grozy, perwersji i ohydy będzie więcej. Spośród wszystkich czterech powieści Krajewskiego o Eberhardzie Mocku ta jest bezsprzecznie najbardziej drastyczną. Dla nieco wrażliwszych czytelników owo nagromadzenie aberracji i wynaturzeń może okazać się wręcz murem nie do przeskoczenia. Jednak choć „Festung Breslau” jest miejscami książką szokującą, przedstawiony w niej obłęd ma swoje pełne uzasadnienie. Powieść jest bowiem literackim odzwierciedleniem Armageddonu, apokalipsy, która rozgrywa się – a raczej rozegrała przed sześćdziesięcioma laty – niemal na naszych oczach. Wystarczy zerknąć na wizjonerskie obrazy Hieronima Boscha3) – one również przepojone są szokującą symboliką, nawiązującą do grzesznej ludzkiej natury, przedstawiają fantastyczne stwory, tyleż fascynujące, co odrażające. Świat odmalowany przez Krajewskiego w „Festung Breslau” prawie niczym się więc od wizji niderlandzkiego artysty nie różni. Może tylko tym, że – pomijając wątek kryminalny powieści – wszystko pozostałe mogło wydarzyć się, czy też wprost wydarzyło się, naprawdę.
Eberhard Mock jest gliniarzem z prawdziwego zdarzenia. „Psem”, który, gdy tylko wywącha jakiś ślad, nie popuści, aż nie złapie zbrodniarza. Niekiedy owo poczucie sprawiedliwości (a może tylko chęć zemsty, czasami nie sposób nie mieć wątpliwości) przysłania mu zdrowy rozsądek. Pozostaje więc głuchy na błagania swojej żony Karen, aby opuścili miasto, gdy jeszcze jest to możliwe. Nie zadowala się samym rozwiązaniem zagadki, mając świadomość, że zbrodniarzowi może ona ujść na sucho. Na pewno wzbudza szacunek. Ale czy daje się lubić? Krajewski zapewne obawiał się takiej reakcji czytelnika i dlatego wyposażył swojego bohatera w pewne cechy charakteru, które przestają czynić go nieskazitelnym. Jest więc kapitan Eberhard Mock dziwkarzem, który nie stroni od seksualnych perwersji, bywa krnąbrny i nie waha się przed użyciem przemocy czy też szantażu, jeśli tylko może go to przybliżyć do osiągnięcia celu. Jakby tego jeszcze było mało, również facjata Mocka w „Festung Breslau” nie wzbudza zaufania. Po pożarze szpitala w Dreźnie, podczas którego – kilka miesięcy wcześniej – uratował z płomieni młodą kobietę, ma blizny na twarzy; by je zakryć, nosi skórzaną maskę. Jak widać, autor zadbał o równe rozłożenie akcentów: niemal tyle samo mamy powodów, by Mocka lubić, jak i tych, które przemawiają za uczuciami wręcz przeciwnymi.
„Festung Breslau” czyta się świetnie. Czasami tylko nieco irytujące może wydawać się nagromadzenie nieprawdopodobnych wręcz perwersji. Zakładam jednak, że jest to zabieg w pełni zamierzony, mający nawiązać do klimatu powieści sensacyjno-kryminalnych okresu międzywojnia, które bardzo często ociekały wręcz przemocą i seksem (z pogranicza pornografii), jak również bardzo chętnie wykorzystywały wątki okultystyczne. To wszystko mamy w powieści Krajewskiego w sporych ilościach. Na szczęście autor potrafi bardzo zgrabnie tymi motywami żonglować, co prowadzi do tego, że czytając „Festung…”, wciąż odkrywamy coś nowego i na pewno się nie nudzimy. Dotarłszy do końcowej strony, odczuwamy zaś żal, że to nasze ostatnie spotkanie z kapitanem Mockiem. Ostatnie w formie książkowej, bo przecież planowana jest ekranizacja tetralogii. Mówi się o dwóch różnych dziełach – serialu i filmie kinowym. W tym ostatnim w rolę Mocka ma wcielić się ponoć austriacki aktor Klaus Maria Brandauer, co – jak sądzę – byłoby strzałem w dziesiątkę.
koniec
26 marca 2007
1) Mało kto pamięta dzisiaj, że Maciej Słomczyński – właśnie pod pseudonimem Joe Alex – był także w latach 60. XX wieku scenarzystą kilku filmowych kryminałów: „Zbrodniarza i panny”, „Ostatniego kursu” oraz „Gdzie jest trzeci król”.
2) Swoją drogą ciekawe, czy ktoś pokusił się o dokonanie obliczeń, ile kobiet zostało zgwałconych i pohańbionych w czasie „wyzwalania” Polski przez bohaterską Armię Czerwoną w latach 1944-1945? Dane dotyczące Węgier, a przedstawione w książce Victora Sebestyena „Dwanaście dni. Rewolucja węgierska 1956”, są zatrważające. Na 4,5 miliona Węgierek ofiarą gwałtów dokonanych przez żołnierzy bratniej armii padło aż 150 tysięcy kobiet (prawie 3,5%). Po zakończeniu wojny zliberalizowano nawet na Węgrzech ustawę antyaborcyjną, aby mogły one przerywać niechciane ciąże.
3) Wystarczy przestudiować tryptyk „Ogród ziemskich rozkoszy”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

PRL w kryminale: Milicjant, który chciał być księdzem
Sebastian Chosiński

22 X 2020

„Brat Mikołaja” to dość przewrotny kryminał Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego, w którym tytułowy bohater pojawia się jedynie w opowieściach retrospektywnych. Choć praktycznie wszystko – od pierwszej do ostatniej strony – kręci się wokół niego. Jednocześnie też autor wskazuje na to, jak bardzo krzywdzące mogą być niesprawdzone plotki, zwłaszcza kiedy powielają je osoby uchodzące za szanowane.

więcej »

Nieoczekiwane skutki walki z blokadą twórczą
Joanna Kapica-Curzytek

21 X 2020

„Co powiesz na spotkanie?” to rzeczywiście zwariowana komedia romantyczna, jak czytamy na okładce. Lektura wnosi wiele pozytywnej energii i pozwala spojrzeć na życie z optymizmem.

więcej »

To, co najsmutniejsze
Joanna Kapica-Curzytek

20 X 2020

„Podróż życia sióstr Shergill” to powieść o sile i przekleństwie tradycji.

więcej »

Polecamy

Chorzy na życie

Na rubieżach rzeczywistości:

Chorzy na życie
— Marcin Knyszyński

Dick w starym stylu
— Marcin Knyszyński

Faust musi przegrać
— Marcin Knyszyński

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej
— Marcin Knyszyński

Myślę, ale czy jestem?
— Marcin Knyszyński

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Prometeusze na sowieckim widelcu
— Sebastian Chosiński

W alkoholowo-hipnotycznym transie
— Sebastian Chosiński

Szpiegowska afera w wielkim stylu
— Sebastian Chosiński

Burszowie sprzed (ponad) stu lat
— Sebastian Chosiński

Przygody Eberharda na Czarnym Lądzie
— Sebastian Chosiński

Popielski is dead, long live Mock!
— Sebastian Chosiński

Nad pięknym i modrym… Bałtykiem
— Sebastian Chosiński

Drzewo złe owoców dobrych wydawać nie może
— Sebastian Chosiński

Mrok to jednak nie Mock
— Sebastian Chosiński

Esensja czyta: Październik 2012
— Miłosz Cybowski, Jacek Jaciubek, Anna Kańtoch, Joanna Kapica-Curzytek, Daniel Markiewicz, Agnieszka Szady

Tegoż autora

Myślozbrodnia Winstona Smitha
— Sebastian Chosiński

Ogień wciąż płonie, gniew nie wygasa
— Sebastian Chosiński

Słowiańska dusza, amerykański szyk
— Sebastian Chosiński

Morskie opowieści w rytmie roots reggae
— Sebastian Chosiński

Po obu stronach Bałtyku
— Sebastian Chosiński

Internacjonalizm międzygalaktyczny
— Sebastian Chosiński

Gdzie diabeł nie może, tam Rotanowa pośle
— Sebastian Chosiński

„I po ch… pani robiła te badania?!”
— Sebastian Chosiński

Za siedmioma odległymi galaktykami…
— Sebastian Chosiński

W Rosji najgorzej być zakładnikiem…
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.