Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 29 maja 2020
w Esensji w Esensjopedii

Marcin Mortka
‹Ragnarok 1940. Tom 1›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułRagnarok 1940. Tom 1
Data wydania20 lipca 2007
Autor
Wydawca Fabryka Słów
CyklRagnarok 1940
ISBN978-83-60505-60-8
Format408s. 125×195mm
Cena29,99
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Nie będzie Wiking pluł nam w twarz
[Marcin Mortka „Ragnarok 1940. Tom 1” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Marcin Mortka napisał książkę, w której drugą wojnę światową zamiast Niemców rozpętują Wikingowie, na dodatek wespół z Irlandczykami. W „Ragnaroku 1940” przygotowania do starcia zajmują 400 stron – aż strach pomyśleć, ile papieru pójdzie na planowany w następnych tomach konflikt zbrojny.

Michał Foerster

Nie będzie Wiking pluł nam w twarz
[Marcin Mortka „Ragnarok 1940. Tom 1” - recenzja]

Marcin Mortka napisał książkę, w której drugą wojnę światową zamiast Niemców rozpętują Wikingowie, na dodatek wespół z Irlandczykami. W „Ragnaroku 1940” przygotowania do starcia zajmują 400 stron – aż strach pomyśleć, ile papieru pójdzie na planowany w następnych tomach konflikt zbrojny.

Marcin Mortka
‹Ragnarok 1940. Tom 1›

EKSTRAKT:50%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułRagnarok 1940. Tom 1
Data wydania20 lipca 2007
Autor
Wydawca Fabryka Słów
CyklRagnarok 1940
ISBN978-83-60505-60-8
Format408s. 125×195mm
Cena29,99
Gatunekfantastyka
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Wojna jest tuż-tuż, zaraz się rozpocznie. Bagnet na broń, ogłaszam alarm dla miasta Warszawy, twierdzą nam każdy próg. Od Sudanu po Grenlandię wszyscy zbroją się w oczekiwaniu na rychłą jatkę. Ale po kolei.
Akcja książki Mortki zaczyna się w Sudanie znajdującym się pod panowaniem Wielkiej Brytanii. Jeremy Baldwin, korespondent „The Times”, po napisaniu reportażu o sytuacji Anglików w Afryce, wraca do kraju. Ale powrót to nie taka prosta rzecz, bo Kondominium Sudańskie stoi w ogniu (tubylcy podnieśli bunt przeciwko angielskiej władzy) i wydostać się trudno. Wojsko raz-dwa poradziłoby sobie z buntownikami, gdyby nie dziwny fakt, że ktoś uzbroił tych ostatnich w nowoczesną broń (głównie karabiny maszynowe). Kto taki? No ci paskudni Wikingowie.
„Ragnarok 1940” to alternatywna historia Europy podzielonej na znajdującą się pod patronatem skandynawskich bóstw Północ i podlegające chrześcijańskiemu Bogu Południe. Północ ma się zdecydowanie lepiej. Potomkowie Wikingów trzęsą światem, w ich posiadaniu znajduje się nie tylko Półwysep Skandynawski, ale też część Rosji (Królestwo Holmgardu), Grenlandia i zamorska Vinlandia. Warto też wspomnieć o bogatych afrykańskich koloniach, gdzie toczy się pierwsza część powieści (np. Hornland). Cały ambaras w tym, że od około trzystu lat Skandynawowie nie rozpętali żadnej wojny, a synowie Odyna obrastają sadłem i pielęgnują przydomowe menhiry. Król bogów, jak można dowiedzieć się z prologu, dochodzi do wniosku, że jedyne, co może obudzić ducha u jego podopiecznych, to solidna, możliwie totalna i krwawa wojna. Efektem pomysłu Odyna jest supertajne spotkanie wodzów Skandynawów, którzy pod kierownictwem króla Norwegii (dokładniej: Nordveghr) wysmażają międzynarodową operację pt. „Ragnarok 1940”.
Na swoje nieszczęście spiskowcy nie biorą pod uwagę brytyjskiej prasy, a konkretnie Jeremy’ego Baldwina, który bez większych problemów odkrywa intrygę i pędzi do Londynu powiadomić MI-5. Jego tropem ruszają grenlandzcy (nie)zawodni zabójcy. Co jest dalej? Ano przede wszystkim wielka gonitwa.
Mortka, jak słusznie informuje blurb, napisał książkę, która „wciąga jak wir”. Świetna metafora – jak się wyciągnie po kąpieli zatyczkę z wanny powstaje właśnie taki wir i wszystko wlatuje do kanalizacji. Podobnie jest z powieścią „Ragnarok 1940”, która na łeb na szyje pędzi byle wyżej, szybciej, mocniej i kończy się bez konkretnego finału. Baldwin podróżuje przez Sudan, Londyn, Irlandię, spotyka derwiszów, fałszywych włoskich lotników, IRA i co chwila popada w tarapaty. Tylko dzięki tak zwanym zbiegom okoliczności (powinny zostać zakazane przez jakąś literacką komisję) wychodzi cało z największych opresji. Wszystko niby jest w miarę logiczne, ale po lekturze czytelnik czuje się jak turysta, co zwiedził Luwr w 15 minut. Zamęt. Jeszcze inaczej: „Ragnarok 1940” dobrze wpisuje się w popularne powiedzenie „zabili go i uciekł”.
W pośpiesznej narracji przytrafiają się Mortce większe i mniejsze błędy. Oto skrytobójca nasłany na Baldwina grzecznie puka przed wejściem i spokojnie czeka, aż bohater zwieje przez okno. Innym razem, podczas spotkania skandynawskich tuzów, narrator najpierw stwierdza, że „Brakowało jedynie samych konungów [nordyckich królów – MF]”, by dwie strony dalej ni stąd, ni zowąd napisać, że „Konung Nordveghr […] wystąpił właśnie naprzód, by pobłogosławić dziecko”.
W ogóle ci Skandynawowie są jacyś dziwni. Pojawiają się i znikają bez zapowiedzi, a na dodatek mało przypominają normalnych ludzi z połowy XX wieku – raczej jakąś dziwną mieszankę nazistów z Wikingami. Z jednej strony planują blitzkrieg, z drugiej noszą długie brody i oddają cześć pogańskim bożkom. Zupełnie jakby przez tysiąc lat ludzie ci zupełnie się nie zmienili. Czasami jest to śmieszne, na przykład kiedy można przeczytać, że Norwegowie zamiast skrzynek na listy wystawiają przed domy rzeźbione runami menhiry, albo kiedy jeden z bohaterów wykrzykuje: „Na pożółkłe zęby Fenrisa”.
Mimo tego nie twierdzę, że powieść Mortki jest zła. Autorowi udało się budowanie napięcia, kilka niestandardowych rozwiązań (np. list od pułkownika Troya) i proste, rzeczowe dialogi. „Ragnarok 1940” czyta się przede wszystkim szybko, poza tym łatwo i – powiedzmy – przyjemnie. Innymi słowy: książka na dwa-trzy wieczory, albo dłuższą podróż pociągiem. Mortka ma ten luksus, że nie musi wyjaśniać wszystkich wątków ani rozwiązywać zagadek – w końcu może to zrobić w następnych odsłonach cyklu. Pytanie tylko, czy kolejne tomy zdołają unieść fabułę i zadowolić czytelnika? Pożyjemy, zobaczymy.
Na koniec chciałbym poruszyć jeszcze kwestię degeneracji głównego bohatera. Otóż Jeremy Baldwin w trakcie książki tak często dostaje po pysku od wrogów, przyjaciół i całkiem przypadkowych osób (w sumie chyba kilkanaście razy), że w końcu wchodzi mu to w niezdrowy nawyk i pod koniec sam prosi kolegę: „Walniesz mnie w gębę – mówił cicho. – Z całej siły”. Nic dziwnego, że potem bohaterowi ciągle się zdaje, że odkrył jakiś straszliwy spisek i ścigają go asasyni z fiordów. W imieniu swoim i czytelników zaniepokojonych stanem psychofizycznym głównego bohatera zwracam się niniejszym do autora, aby w dalszych tomach oszczędzał trochę Jeremy’ego Baldwina. Nie chodzi o spowolnienie wspomnianego już „wiru akcji”, ale dobrze by było, gdyby bohater od czasu do czasu przysiadł na tyłku i chwilę pomyślał.
koniec
20 sierpnia 2007

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Kalejdoskop zdarzeń
Dominika Cirocka

29 V 2020

„Jak zatrzymać czas” przedstawia motyw długowieczności, w sposób, który trudno uznać za szczególnie odkrywczy i nowatorski. Powieść autorstwa Matta Haiga dostarcza jednak czytelnikowi nieco rozrywki, a momentami skłania także do refleksji.

więcej »

PRL w kryminale: Kuszenie majora Downara
Sebastian Chosiński

28 V 2020

Opublikowany pierwotnie na łamach prasy „Detektyw z Mediolanu” był dziesiątą powieścią Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego, w której jako prowadzący śledztwo oficer Milicji Obywatelskiej pojawił się Stefan Downar. Po raz pierwszy było mu dane ścigać przestępców, mając na pagonach dystynkcje majora. A przecież poznaliśmy go nie tak dawno – zaledwie sześć lat wcześniej – w stopniu porucznika.

więcej »

Jak szmirus ze szmirusem
Joanna Kapica-Curzytek

27 V 2020

Raptularz, dziennik, łże-dziennik – tak właśnie nazywał autor tom swoich zapisków wydanych pod tytułem „Kalendarz i klepsydra”. To bez wątpienia coś więcej, a to „coś” okazuje się w dodatku zaskakująco aktualne.

więcej »

Polecamy

Wszyscy jesteśmy androidami

Na rubieżach rzeczywistości:

Wszyscy jesteśmy androidami
— Marcin Knyszyński

Umieranie wstecz
— Marcin Knyszyński

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!
— Marcin Knyszyński

Pif-Paf! Zium!
— Marcin Knyszyński

Droga bez powrotu
— Marcin Knyszyński

„Bycie” jest kalejdoskopem
— Marcin Knyszyński

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż twórcy

Krótko o książkach: Miasteczko Nonstead
— Jarosław Loretz

Ahoj marynarzu!
— Magdalena Kubasiewicz

Ostrze przeznaczenia
— Beatrycze Nowicka

Grzechot kości
— Beatrycze Nowicka

Wpadnij do wikingów
— Eryk Remiezowicz

Ponure spojrzenie pirackiej papugi
— Ewa Pawelec

Któż nie chciał być piratem?
— Ewa Pawelec

Czarowna wojenna przygoda
— Eryk Remiezowicz

Inna saga, inni wikingowie
— Eryk Remiezowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.