Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 listopada 2019
w Esensji w Esensjopedii

‹Wizje alternatywne 6›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWizje alternatywne 6
Data wydania6 czerwca 2007
RedakcjaWojtek Sedeńko
Wydawca Solaris
ISBN978-83-89951-62
Format400s. 125×195mm
Cena36,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup

Na siłę
[„Wizje alternatywne 6” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Wojciech Sedeńko przyjął przy komponowaniu „Wizji alternatywnych 6” pewną tezę, mianowicie koniecznie starał się udowodnić wyższość fantastyki z przesłaniem nad rozrywkową. Jak wyszło? Tak jak każdy gwałt na opornej materii, czyli nie najlepiej, choć z interesującymi przebłyskami.

Eryk Remiezowicz

Na siłę
[„Wizje alternatywne 6” - recenzja]

Wojciech Sedeńko przyjął przy komponowaniu „Wizji alternatywnych 6” pewną tezę, mianowicie koniecznie starał się udowodnić wyższość fantastyki z przesłaniem nad rozrywkową. Jak wyszło? Tak jak każdy gwałt na opornej materii, czyli nie najlepiej, choć z interesującymi przebłyskami.

‹Wizje alternatywne 6›

EKSTRAKT:60%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWizje alternatywne 6
Data wydania6 czerwca 2007
RedakcjaWojtek Sedeńko
Wydawca Solaris
ISBN978-83-89951-62
Format400s. 125×195mm
Cena36,90
Gatunekfantastyka
WWW
Zobacz w
Wyszukaj wMadBooks.pl
Wyszukaj wSelkar.pl
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj / Kup
Omawianie antologii wypada zacząć od przedmowy Wojciecha Sedeńki („12 nowych prekognitów”), który starał się w niej przedstawić swój pogląd na fantastykę polską roku 2007. Warto się zagłębić w rozważania wydawcy i je przemyśleć, bo mówimy jednak o człowieku, który wiele przeczytał i wyróżnia się umiejętnością wyszukiwania książek godnych wydania. Pozwolę sobie zatrzymać się nad dwiema tezami.
Pierwsza to znane już od wielu lat wyrzekanie na płaskość fantastyki, wynikającą z jednej strony z łatwości debiutu i związanej z tym inwazji młodych, nieznających kanonu SF (dochodzi tu jeszcze brak pracy z autorem), a z drugiej – z coraz gorszego gustu odbiorców, którzy coraz bezkrytyczniej podchodzą do książki, zaliczając ją, miast się rozkoszować.
Nie zgadzam się z takim poglądem, bo ignoruje on prawo Sturgeona, stare jak fantastyka: 90% wszystkiego to gówno. Łagodząc: większość fantastyki (literatury, kultury) będzie zawsze skierowana na masową rozrywkę i zabawianie, bo tak było zawsze, nawet wtedy, gdy Homer tworzył „Iliadę”. Sytuacja, w której na rynku funkcjonują jedynie dzieła „z przesłaniem” jest niewiarygodna, bo a) zakłada, że mamy wśród czytelników same anioły, a nie zjadaczy chleba, b) ignoruje fakt, że ludzie bywają czasem zmęczeni i zamiast wmyślać się w dylematy, chcą zaznać prostej rąbanki. A kiedy czasem chcą czegoś więcej, dobrze jest, jeżeli mogą sięgnąć po dzieło ambitniejsze.
Druga teza, o której chciałbym powiedzieć, to stwierdzenie, że krytyka polskiej fantastyki nadmiernie oszczędza autora, wręcz są to „entuzjastyczne komentarze”, nie recenzje. I tu coś jest na rzeczy. Osobiście znam pewien mentalny mechanizm, rodem z ciemnych lat dziewięćdziesiątych, każący łagodnie się odnosić do wszystkiego co nasze. Dominacja fantastyki z Zachodu była wtedy tak nieznośna, że wszystko, co miało swojskiego autora (a zwłaszcza debiutanta), dostawało na starcie premię za pochodzenie. Dziś już nie ma takiej potrzeby, dziś polskość – to jest nakład i zwracam się niniejszym z prośbą do kolegów recenzentów o niedawanie forów rodakom pisarzom.
Co jeszcze trzeba powiedzieć – większość recenzentów polskiej fantastyki to amatorzy, miłośnicy literatury, piszący za darmo, w wolnym czasie. Naturalnym odruchem jest tu lęk przed stawianiem zbyt ostrych ocen, lęk wynikający po części z braku literackiego obycia. I tu zgadzam się z Sedeńką – zapoznanie z kanonem (nie tylko sf) dobrze by nam wszystkim zrobiło. I pisarzom, i krytykom.
No dobrze, autor antologii sam sobie ustawił wysoko poprzeczkę. Bardzo się po pierwszych dwóch tekstach (Andrzej Zimniak „Randka z Homo sapiens”, Maciej Guzek „Julia i potwory (niebajka)”) zdziwiłem, kiedy okazało się, że pokonał wysokość bez strącenia. Oba opowiadania nadają się bowiem jednocześnie i do rozrywki, i do przemyśleń.
Choć na pierwszy rzut oka teksty Zimniaka i Guzka dzieli wszystko (sf kontra fantasy, wysublimowanie kontra prostota), to okazuje się, że oba żyją z tego samego tematu, tematu, którym parali się i Lem i Dukaj, i który jest jednym z ciekawszych motywów fantastyki. Człowiek jako drugi gatunek człowieka.
Żyjemy w przekonaniu, że Homo sapiens jest jeden. Biologicznie może, ale kulturowo z łatwością potrafimy obracać naszych bliźnich w zwierzęta (vide debata, czy Indianie mają dusze). Guzek, tworząc opowieść o elfce schodzącej do miasta orków, wykorzystuje tak naprawdę nasz dzień powszedni, pokazuje, że obok nas żyją ludzie, którym ów tytuł tak naprawdę trudno przyznać. Dwie ręce, dwie nogi, owszem – ale to, co w głowie? „Julia i potwory (niebajka)” to opowieść o wykluczeniu, które przybiera formę najostrzejszą – stworzenia innego, gorszego gatunku. Jednocześnie jest to kawał lektury, dobrze napisanej, o dobrym tempie, tętniącej wydarzeniami. Proste – ale nie prymitywne.
Andrzej Zimniak parę rzeczy już napisał i bardzo to widać. Literacko jest to najlepszy tekst zbioru, napisany najciekawszym językiem, najbardziej przesycony nowymi koncepcjami. Ale leitmotivem znowu jest dzielenie się Homo sapiens, tyle że tym razem w górę. W „Randka z Homo sapiens” obserwujemy nadludzi, którzy powstają z nas, przeciętniaków, dzięki wyrzeczeniu się pewnych cech, za którymi nie tęsknią, ale bez których nie ma stworzenia zwanego człowiekiem. To jedna z prostszych interpretacji tego opowiadania, najlepszego chyba w zbiorze.
Po dwóch pierwszych tekstach oczekiwania miałem wysokie. No i nici, do pierwszej dwójki zdołało doszlusować jedynie dwoje autorów: Łukasz Orbitowski i Joanna Kułakowska. „Włócznia i nóż” to przede wszystkim dowód na to, że pierwsze z nich umie opowiedzieć ciekawą historię. Spotkanie przyjaciół, na którym pojawia się nieoczekiwany gość, zabierający ich na spacer po Krakowie… Nie wydaje się to zagajenie nadto oryginalne, a jednak Orbitowski tworzy na tej podstawie własne mitologie, przenosi czytelnika do świata nadprzyrodzonego zrodzonego wyłącznie w głowie autora, bez odwoływania się do znanych mitów i archetypów. Z jednej stron mamy tu motyw powrotu do świata marzeń, ale niepokojący, połączony z zemstą, trudno więc to opowiadanie zakwalifikować; wzdragam się przed nazwaniem go horrorem, bo nie tyle straszy, co zdumiewa.
Jeśli chodzi o „Wiatr i głodne kwiaty” Joanny Kułakowskiej, to udało się autorce przedstawić dramat polskich zesłańców, ofiar stalinowskiego reżimu. To już dużo. Ale, co więcej, umiała wpleść w opowieść wątek magiczny, który współgra z tragedią z naszego świata i nadaje jej sens. Tekst napisany zadziwiająco sprawnie, przechodzenie między światami prawie nie zgrzyta, a przy tym pomysłowo osadzony w baśniach Wschodu.
Omówiwszy najlepszą czwórkę, pora przejść do dwóch tekstów, które z nóg nie zwalają, ale są na dobrym poziomie. Pierwszy to „Latarnia” Krzysztofa Kochańskiego. Sympatyczna, prosta opowieść o niezwykłym miejscu i mieszkającej tam rodzinie, zbudowana na zaskakującym zakończeniu. Dobra rozrywka, nic tam się nie wyszuka innego. „Czas snu” Izabeli Szolc to z kolei przedstawienie świata widzianego oczami Eskimosów – świata śniegu, polarnych nocy i walki o przeżycie. Fabuły tam ledwie, ledwie, ale rekompensuje to niezwykłość wizji, podkreślana językowymi umiejętnościami autorki. Jeszcze raz wraca pytanie o ilość ludzkich gatunków żyjących na Ziemi i o Obcych wokół nas.
Jeśli chodzi o „Polecamy czynny wypoczynek” Piotra Witolda Lecha, to nigdy nie przepadałem za dickowskimi przeskokami między narracjami, miejscami i czasami. Tekst zdał mi się chaotyczny i nieskładny, ale może być to efekt mojej niechęci do tego typu prozy, a nie autorskich błędów. Powstrzymam się zatem od jednoznacznej oceny. Na plus zapiszę jedynie autorowi, że choć z początku zdawało się, że pójdzie w banalne wyśmiewanie się z Unii Europejskiej, zdołał się zatrzymać.
A teraz zrobi się nieprzyjemnie, bo następne pięć tekstów jest dowodem na prawdziwość przysłowia o belce we własnym oku. Zdumiewa mnie, jak te opowiadania mogły trafić do antologii; jakiejkolwiek antologii, co dopiero do markowych „Wizji alternatywnych”.
„Fałszerze” Wojciecha Szydy jeszcze się w tej grupie maruderów mają najlepiej. Autor miał interesujący pomysł na starcie o Wszechświat, umiał też ciekawie pokazać jeden z epizodów starcia. Opowiadanie dowodzi, że mamy do czynienia z twórcą o nietuzinkowej wyobraźni, który zdecydował jednak na nieszczęście, że się nie będzie przed czytelnikiem kłaniał – i utopił tekst w technobełkocie. Przykład: „Wypluła mnie igła kodowa kweronowego inseminatora”. Mało? Proszę: „Ksenobionika gwiezdnych architektów egzystujących w świecie wyłonionym z nich samych”. Z trudem da się przebrnąć przez łany tych kwiatków. Sytuacji nie polepsza ostatni akapit, w którym autor zdaje się sugerować, że chciał połączyć religię z nauką. Doprawdy. Kweronami?
„Rekwiem dla niewinnych” to znowuż jedynie szkic fabularny, a nie opowiadanie. Najwyraźniej pięćdziesiąt sześć stron to za mało dla Mai Lidii Kossakowskiej, aby mogła rozwinąć skrzydła. W „Wizjach alternatywnych 4” dostała ich sto osiemnaście i „Zwierciadło” (którego, nota bene, opowiadanie z szóstych „Wizji…” jest ciągiem dalszym) było tekstem godnym uwagi. Tam była niepokojąca atmosfera, tragedia, niespodziewane zakończenie, tu zaś mamy prostą opowieść o zemście, bez interesujących postaci i bez niespodzianek. Od początku wiadomo, kto przeżyje, kto nie jest tym, za kogo się podaje, a kto znienacka wychynie w końcówce. Do tego dochodzi irytująca przeżywalność bohatera, którego wyratować da się po prostu ze wszystkiego i to bez specjalnie wyszukanych trików.
Jeśli chodzi o powrót Marka Baranieckiego: „Dzień grzechu” zaczyna się dobrze i oparty jest na koncepcie ciekawym. Odsłania się przed nami świat ludzi obdarzonych wizją przeszłości i bohater pełen sprzeczności, zwiastujący los godzien śledzenia. Co więcej, jest szansa na niezłą intelektualną zabawę – i autor sugeruje, że nas do tego zaprasza. Tyle że po kilku stronach „Dzień grzechu” przeradza się w słowotok, blog jakowyś papierowy, piętrzący na sobie idee, które akurat autorowi mignęły. Postacie stają się jedynie lornetkami, przez które autor przybliża swe idee, a fabuła jest ciągiem zdarzeń podporządkowanych autorskiej konieczności wypowiedzenia się. Nic tu nie ma z beletrystyki, bardziej jest to esej na temat. I niestety – raczej będący zestawem impresji, które przypadkiem wpadły pod pióro, niż przemyślanym wywodem. Szczególnie razi to, że świat, który miał być przeorany zmianą, jest Krakowem A.D. 2007 z kilkoma świecidełkami, kulminacja zamieniona w strumień świadomości sugeruje niezdolność do zakończenia tekstu, a bohater, który po pierwszej scenie praktycznie przestaje pełnić jakąkolwiek rolę, w końcówce znów wyrasta na tego najważniejszego.
Jeżeli chodzi o „Lekko nawiedzony dom” Jerzego Rzymowskiego i „Arkę” Iwony Michałowskiej, to z obu tekstów warto jedynie zatrzymać pomysł i przesłanie. Pierwsze: warto marzyć. Drugie: pieniądze odbierają sens światu. Natomiast wykonanie jest toporne – prosta, przewidywalna (u Rzymowskiego) lub absurdalna (u Michałowskiej) fabuła, ledwie naszkicowane postaci bez cienia życia i własnego charakteru, kilka dialogów i wydarzeń potrzebnych by to popchnąć, puenta (Rzymowski) albo i nie (Michałowska), dziękujemy, do widzenia. Wkraczamy tu już na obszar, w którym ciężko mówić o literaturze, bardziej o sprzedawaniu swojej idei w opakowaniu opowiadaniopodobnym.
Jak więc oceniać „Wizje alternatywne 6”? Na pewno nie są one w stanie spełnić wymagań, które fantastyce stawia Wojciech Sedeńko. Więcej nawet: widać, że na skutek przyjętej tezy do antologii dostały się teksty, które nie miały tam prawa zagościć. No, ale, wicie rozumicie, pasowało. Szkoda doprawdy, że szósta część „Wizji…” jest chyba najsłabszą z serii, mimo że błyska w niej kilka klejnotów.
koniec
19 września 2007

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Krótko o książkach: Specjalne moce Szymona
Joanna Kapica-Curzytek

16 XI 2019

„Przygoda z mapą” to książka o dysleksji dla dzieci, rodziców i nauczycieli

więcej »

To skomplikowane
Joanna Kapica-Curzytek

15 XI 2019

„W Belgii czyli gdzie?”, druga książka autora o tym kraju, pozwala nam jeszcze lepiej poznać specyfikę tego państwa, w którym panuje król, mieszkają obywatele należący do trzech obszarów językowych i na stałe zagościły instytucje Unii Europejskiej.

więcej »

PRL w kryminale: Mały, Suchy, Chudy i Spokojny
Sebastian Chosiński

14 XI 2019

Kryminały Jacka Wołowskiego nie są ani lekką, ani szczególnie przyjemną – i nie dotyczy to wcale ich poziomu – lekturą. Mając wyostrzony zmysł reporterski, autor często szukał bowiem inspiracji w wydarzeniach, które miały miejsce w rzeczywistości. Grzebał w ludzkich brudach, wyciągając na wierzch to, co władze PRL-u chętnie by ukryły. Nie inaczej jest w powstałej na początku lat 60. XX wieku książce „Oset pleni się w mroku”.

więcej »

Polecamy

„I Have a Dream”

Na rubieżach rzeczywistości:

„I Have a Dream”
— Marcin Knyszyński

Koszmarna teofania
— Marcin Knyszyński

Nowe rozdanie
— Marcin Knyszyński

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Tegoż autora

Kronika śmierci niezauważonej
— Eryk Remiezowicz

Zamknąć Królikarnię!
— Eryk Remiezowicz

Książka, która nie dotarła do nieba
— Eryk Remiezowicz

Historia żywa
— Eryk Remiezowicz

Wpadnij do wikingów
— Eryk Remiezowicz

Gdzie korekta to skarb
— Eryk Remiezowicz

Anielski kryminał
— Eryk Remiezowicz

I po co ten pośpiech?
— Eryk Remiezowicz

Nie zawsze szczęście
— Eryk Remiezowicz

Parę nut bez motywu przewodniego
— Eryk Remiezowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.