Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 21 sierpnia 2019
w Esensji w Esensjopedii

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?

Esensja.pl
Esensja.pl
Menno Meyjes
Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.

Menno Meyjes

Jak zrobić „Indianę Jonesa” lepszego od „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”?

Usłyszałem od Spielberga, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem- mówi Menno Meyjes, scenarzysta „Koloru purpury” i „Imperium słońca”, które wkrótce ponownie wejdą do polskich kin.
Menno Meyjes - holenderski scenarzysta i reżyser. Nominowany do Oscara za scenariusz do „Koloru purpury”, pierwszego poważnego filmu Stevena Spielberga, który 28 listopada ponownie wejdzie do polskich kin. Ze Spielbergiem współpracował też przy „Imperium słońca” (w kinach od piątego grudnia) i „Indiana Jones i ostatnia krucjata”. Jako reżyser zrealizował między innymi film „Chłopiec z Marsa” o samotnym pisarzu science fiction, który adoptował chłopca przekonanego, że jest Marsjaninem. Aktualnie pracuje nad scenariuszem do filmu „Close Enough” o miłości dwóch słynnych fotografów- Roberta Capy i Gerdy Taro w czasie hiszpańskiej wojny domowej.
Michał Hernes: W przejmującej książce „Kolor purpury”, autorstwa Alice Walker, pojawia się zdanie, że jedna z bohaterek, Tashi wie, że uczy się sposobu życia, w jaki nigdy nie będzie jej dane żyć. Czego nauczyła pana praca nad scenariuszem do ekranizacji tej powieści?
Menno Meyjes: Podszedłem do jego pisania z wielką pokorą. W czasie prac nad nim chciałem się wiele nauczyć i być otwartym na nowe doświadczenia. Wybranie mnie jako scenarzystę „Koloru purpury” nie było oczywistym wyborem. Od początku podkreślałem jednak, że nie chcę tej historii ugrzecznić.
Mimo to film nie jest tak mroczny jak książka.
Chciałem przyczynić się do jej popularyzacji. W tamtych czasach powieść Walker niby była bardzo znana, ale nie przekładało się to na jej czytelnictwo. Ludzie nie czytali jej, choć toczono na jej temat akademickie dysputy.
Przeczytał ją pan przed otrzymaniem tej propozycji?
Tak, ponieważ mieszkałem wtedy w San Francisco, gdzie była bardzo znana. Zachęciła mnie pozytywna recenzja, autorstwa profesora z Berkley. Tę książkę bardzo ceniono w San Francisco, Berkley i Nowym Jorku.
Czy Steven Spielberg dał panu swobodę w pracy nad scenariuszem?
Dość dużą. Świetnie się z nim pracuje. Wie, czego chce, jest dość konkretnym człowiekiem. Powtarza: „Chcę czegoś emocjonalnego tu i tu”. Praca ze Spielbergiem to czysta przyjemność.
„Kolor purpury” to jego pierwszy poważny film, co musiało się wiązać z presją.
W czasie pracy nad filmem nie jest się tego świadomym. Nie mieliśmy nastawienia typu: „O mój Boże, robimy !”. To tylko film.
Nie wierzę, że nie zmagał się pan z różnymi wyzwaniami. Jakie było największe?
Długość tego filmu. Oczywiście, mógłby trwać cztery godziny, ale nie o to chodziło.
Czy wyzwaniem była kobieca perspektywa, opisanie tak silnych i skomplikowanych kobiecych postaci?
Tak wiele tematów jest uniwersalnych, że nie stanowiło to dla mnie problemu. Zwłaszcza, że było mi dane bazować na bardzo dobrej książce.
Zapewne dodał pan jednak coś od siebie.
Oczywiście, ale adaptując słynną powieść, chciałem pozostać jej wierny. W trakcie prac nad scenariuszem słuchałem też sporo muzyki. To była dla mnie istotna inspiracja. Już wtedy pracowaliśmy z autorem muzyki do tego filmu, Quincy Jonesem. W filmie pojawia się wiele muzycznych sekwencji, które wcześniej umieściliśmy w scenariuszu.
Czasem widzowie zapominają w trakcie seansu, że to tylko film i porównują go z historycznymi faktami bądź z prawdziwym życiem.
Nie możesz się codziennie budzić z myślą, że odtwarzasz ważne historyczne wydarzenia i musisz zachować ich realizm. Z takim nastawieniem nie zrobisz niczego. W tej sytuacji pozostaje ciężko pracować i próbować dać z siebie wszystko. Ważne jest, żebyś robił to z pasją i wierzył, że ci się uda. W branży filmowej mawia się: „Musisz zrealizować plan dnia”, napisać określoną ilość scen. Nie masz czasu na to, by spędzić dwa lata w Północnej Karolinie.
Co dostarczyło panu największej frajdy w czasie pisania tego scenariusza?
Scenariusz do „Koloru purpury” napisałem bardzo szybko. Lekko denerwowałem się, czy sprostam temu wyzwaniu. Szybkie tempo pisania sprawiło, że przestałem o tym myśleć, poczułem swobodę i wolność twórczą.
Co najbardziej zachwyciło pana w tej historii?
Jej strona emocjonalna. Film trochę udramatyzował problem przemocy względem kobiet. Opowiada o sprawach, które w czarnoskórej społeczności były tematem tabu.
Napisał pan szybko ten scenariusz, wysłał go Spielbergowi i co było dalej? Jaka była jego reakcja?
Napisałem go w dwa tygodnie i wysłałem mu, mając świadomość, że ten tekst jest zbyt długi. Usłyszałem, że co prawda Spielberg nie czuje się najlepiej, ale bardzo chciałby się ze mną spotkać w sobotę. Pomyślałem więc sobie, że skoro źle się czuje i zaprasza mnie na rozmowę w sobotni poranek, to nie po to, by porozmawiać o najgorszym scenariuszu, jaki kiedykolwiek przeczytał. Zawsze jednak istniała taka możliwość. Na szczęście okazało się, że był zachwycony. Powiedział: „To będzie mój kolejny film”.
Skoro napisał pan ten scenariusz w dwa tygodnie, to zastanawiam się, czy pracował pan nad nim po dwadzieścia godzin dziennie.
W ciągu jednego dnia potrafiłem nad nim siedzieć przez około dziesięć godzin. Po rozmowie ze Spielbergiem przeszliśmy do kolejnego etapu prac nad tekstem- dyskutowaliśmy o nim i nanosiliśmy na niego poprawki. Przeważnie poprawiałem tekst już tego samego dnia.
Zawsze jest pan tak szybki w pisaniu?
Gdy wszystko przebiega we właściwy sposób, przekłada się to na szybkie pisanie, a scenariusz zawiera w sobie jeden głos. Kiedy dłużej nad nim pracujesz, siłą rzeczy stajesz się innym człowiekiem. Raz czujesz się dobrze, a innym razem masz depresję. Jednego dnia jest ciepło, a drugiego- zimno.
Może te zmiany nastroju pomagają czasem w pisaniu?
Masz rację. Lubię jednak napisać szybko scenariusz, nie czytać go i wrócić do niego po czasie. Pierwszą wersję wolę napisać szybko. Potem i tak trzeba go przedyskutować z innymi. W przypadku „Koloru purpury”, aż dziesięciokrotnie nanosiłem na scenariusz poprawki.
Napisał pan też scenariusz do, wyreżyserowanego przez Spielberga, odcinka serialu „Niesamowite historie”, zatytułowanego „Misja”.
Spielberg zlecił mi to zadanie, gdy kończyliśmy pracę nad „Kolorem purpury”. Nie miałem na to zbyt wiele czasu, musiałem napisać go w ciągu weekendu. W pewnym sensie uratowałem Stevena, bo musiał wypełnić swoje zobowiązania względem producentów tego serialu. Doszedłem do wniosku, że skoro jestem scenarzystą i to moja praca, to muszę się wziąć do roboty.
Co najbardziej zaskoczyło pana w Spielbergu, kiedy go pan poznał?
Jego otwartość i łatwość, z jaką porozumiewa się z innymi. Był już wtedy bardzo sławny, ale miał w sobie dużo luzu. Zachwyciło mnie, jak miłym jest człowiekiem.
Czy oglądając „Kolor purpury” czuł pan, że to pańska opowieść, czy coś pana w tym filmie zaskoczyło?
Obserwowałem, jak ten film powstawał. Mimo wszystko efekt końcowy uważam za bardzo miłą niespodziankę.
Co utkwiło panu w pamięci z wizyt na planie?
Kiedy jesteś po raz pierwszy na planie filmu, wszystko cię zaskakuje. Tak było ze mną w przypadku „Koloru purpury”.
Zazdroszczę panu tej szansy na przyglądanie się, jak pracuje Steven Spielberg.
Powiedział mi wówczas coś bardzo przydatnego. Usłyszałem od niego, że nie powinienem kręcić, dopóki nie poznam emocjonalnego sedna sceny, dopóki nie spojrzę na nią z sercem. Później sam zostałem reżyserem, wyreżyserowałem wiele filmów. Czasem łatwiej jest powiedzieć: „Nakręcimy daną scenę tak i tak, a reszta wyjdzie w montażu”, tymczasem Steven zawsze w czasie kręcenia obiera określony punkt widzenia.
Pracował pan też nad scenariuszem innego filmu Spielberga, „Imperium słońca”.
Byłem w gronie osób, które dyskutowały nad napisanym już scenariuszem. Zastanawialiśmy się, jak uczynić go bardziej filmowym.
Jaki był pański wkład w ten film?
Mógłbym wymienić kilka przykładów, ale niekoniecznie chcę się przechwalać, mówić słowa typu: „To jest ode mnie!”. Takie przechwałki mnie nudzą.
Podejrzewam, że wyzwaniem było zmierzenie się z tak wspaniałą książką, jak powieść Ballarda.
Tak, bardzo ją lubię. Później miałem okazję poznać tego pisarza. Był wspaniały. Zaskoczyło mnie, że to najbardziej nienormalna normalna osoba, z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia. Był doktorem, mieszkał w Wimbledonie i na pierwszy rzut oka wyglądał jak przeciętny mieszkaniec przedmieść, tymczasem naprawdę był kimś na miarę surrealistycznego malarza, Rene Magritte’a. Był w pewnym sensie cichym surrealistą.
Zaangażowano pana również do pracy nad scenariuszem „Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty”.
Musieliśmy się wtedy zmierzyć z problemem natury technicznej. Kusiło nas, żeby zrobić film lepszy i ciekawszy niż „Poszukiwacze zaginionej arki”. Początkowo wydawało mi się, że to się nam nie uda. W końcu pierwsza część opierała się na wspaniałych pomysłach. Doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie pójść niejako bokiem; postawić na pomysł, który jest jednocześnie czymś i niczym. Uważałem, że to najlepsza recepta na sukces opowieści o Świętym Graalu, która w jakimś stopniu musiała nawiązywać do „Zaginionej arki”.
Rozmawiał: Michał Hernes
koniec
23 listopada 2014

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wracać wciąż do domu
Ursula K. Le Guin, Michał Hernes

24 I 2018

Cztery lata temu opublikowaliśmy krótki wywiad z Ursulą K. Le Guin.

więcej »

Piszę o osobach zagubionych i poszukujących
Anna Kozak

17 XI 2014

Prezentujemy wywiad z Anną Kozak, autorką powieści „Okna” wydanej w październiku 2014 roku nakładem wydawnictwa Akurat.

więcej »

Zabójcy, prawa kobiet i literatura
Lauren Beukes

25 III 2014

Lauren Beukes jest autorką trzech powieści fantastycznych, a ponadto opowiadań, komiksów, książki o nadzwyczajnych kobietach Południowej Afryki, wielu artykułów prasowych. W Polsce właśnie wychodzi jej najnowsza powieść, „Lśniące dziewczyny”. Z tej okazji i dzięki przyjazdowi Lauren Beukes do Polski na Pyrkon, Esensja zadała pisarce kilka pytań.

więcej »

Polecamy

Prawdziwe kłamstwa

Na rubieżach rzeczywistości:

Prawdziwe kłamstwa
— Marcin Knyszyński

„Normalni” szaleńcy
— Marcin Knyszyński

Dwadzieścia sroczych ogonów
— Marcin Knyszyński

Kto tu jest chory?
— Marcin Knyszyński

„Osacza nas zewsząd wug!”
— Marcin Knyszyński

Otwórz oczy!
— Marcin Knyszyński

Zapchajdziura
— Marcin Knyszyński

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.