Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 sierpnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Wiatr ze Wschodu (53)

Paweł Laudański
Najnowsza powieść Władimira Danichnowa, „Dziewczynka i umarli” jest, przynajmniej na razie, moim cichym faworytem do miana najlepszej rosyjskojęzycznej powieści SF minionego roku. „Migrant”, nowa powieść Mariny i Siergieja Diaczenków, sprawiła mi natomiast spory zawód. Wizja zwycięskiego komunizmu, przedstawiona w powieści „C.C.C.M” Marii Czepuriny, odczytana na poważnie – przeraża; na szczęście – powaga jest w tym przypadku wysoce niewskazana.

Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (53)

Najnowsza powieść Władimira Danichnowa, „Dziewczynka i umarli” jest, przynajmniej na razie, moim cichym faworytem do miana najlepszej rosyjskojęzycznej powieści SF minionego roku. „Migrant”, nowa powieść Mariny i Siergieja Diaczenków, sprawiła mi natomiast spory zawód. Wizja zwycięskiego komunizmu, przedstawiona w powieści „C.C.C.M” Marii Czepuriny, odczytana na poważnie – przeraża; na szczęście – powaga jest w tym przypadku wysoce niewskazana.
1.
Druga połowa roku 2010 obrodziła nam dobrą rosyjskojęzyczną fantastyką. Dopiero co zachwycałem się powieścią „2048” Shelley, a teraz – z nieukrywaną przyjemnością – przychodzi mi skreślić kilka słów na temat tekstu jeszcze lepszego.
Popatrzmy: oto kociołek, do którego wrzucimy nieco Strugackich ze „Ślimaka na zboczu” (a konkretnie – z „Lasu”), szczyptę Aldissa prosto z „Cieplarni”, odrobinę charakterystycznego, rosyjskiego poczucia humoru à la Sztern i Kaganow (choć da się tu i ówdzie wyczuć delikatne naleciałości pratchettowskie) oraz ociupinę szaleństwa rodem z filmów Tarantino… Mieszamy, mieszamy dokładnie…
…i wychodzi nam „Девочка и мертвецы” („Dziewczynka i umarli”) Władimira Danichnowa.
Kilkakrotnie przyszło mi już pisać pozytywnie o twórczości tego autora, choć zachwyty swe ograniczałem do krótszych tekstów. Teraz przychodzi pora na powieść; bo udało się wreszcie Danichnowowi napisać i długo, i całkiem zgrabnie.
Dzieje się „Dziewczynka…” na planecie zasiedlonej przez rosyjskich kolonistów; narodowość przybyszów z Ziemi odgrywa tu wielką rolę, stereotypowe bowiem rosyjskie przywary i zalety (zamiłowanie do alkoholu, powszechnie akceptowana korupcja, brak szacunku dla losów jednostki z jednej strony, „rosyjska dusza”, otwarte szeroko serca, serdeczność i gościnność – z drugiej) odciskają swe piętno tak na postępowaniu bohaterów powieści, jak i na przebiegu jej akcji. Planeta skuta jest lodem (jakże to rosyjskie!); nie jest to jednak zwykły lód, posiada on bowiem cudowne właściwości: umarli, którzy trafią doń tuż po śmierci, uzyskują drugie życie. Ułomne, bo nieszczęśnicy przypominają skrzyżowanie zombi z nasiąkniętą do granic możliwości wodą gąbką – ale jednak, bez wątpienia, jest to jakaś forma kontynuacji niespodzianie przerwanego istnienia. Niektórych taka forma funkcjonowania, jak się okazuje, w pełni satysfakcjonuje (zresztą, czyż mają jakiejś inne wyjście?).
Choć, jak się dobrze zastanowić, to może lepsze takie życie niż żadne?
Oto mała dziewczynka, zaadoptowana przez nałogowego alkoholika, nie kryjącego, że dziecko jest mu potrzebne wyłącznie do sprzątania i gotowania (a i do wyładowania agresji od czasu do czasu też się przyda; nie ma to jak porządnie przyłożyć takiej małolacie), istota aż do bólu łagodna, kochająca i współczująca, staje się mimowolnym uczestnikiem szaleńczej eskapady swego przybranego ojca i świadkiem popełnianych przezeń w jej trakcie bezeceństw. W swym dziecięcym umyśle racjonalizuje sobie i tłumaczy zachowanie tatusia jego wcześniejszymi ciężkimi przeżyciami. A tatuś zabija – czasem w pełni świadomie, czasem niejako przy okazji, a czasem – nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że dopiero co kogoś uśmiercił. Jedna z jego ofiar – kilkunastoletni chłopak – trafia tuż po śmierci do lodu, dzięki czemu zyskuje drugie życie i rusza w ślad za swym zabójcą.
Tymczasem w jednym z pobliskich miasteczek ma odbyć się wielkie święto: pieczenie na ruszcie pojmanych umarlaków. Wiadomym jest powszechnie, że ich mięso znakomicie nadaje się na szaszłyki. Święto grillowania jednak nie udaje się – uśmiercone umarlaki (jak to brzmi, prawda?), przygotowane do pieczenia, ponownie ożywiają – co nigdy wcześniej im się nie przytrafiło – i zaczynają polowanie na swych niedoszłych oprawców.
Z czasem umarlaki tworzą jedną nekromasę, jeden wielki organizm utworzony przez połączone ciała zombiaków, zagrażający okolicy i nie tylko… A gdy nad ową nekromasą spróbuje zapanować tatuś dziewczynki, tak, by wykorzystać ją w sobie tylko wiadomych, choć bez wątpienia zbrodniczych celach, oznaczać to może jedno – nadchodzi czas wielkich kłopotów…
„Dziewczynka…” jest z jednej strony powieścią szaleńczą, zwariowaną do tego stopnia, że trudno traktować ją z pełną powagą. Z drugiej strony zaś – to przejmująca historia cierpiącej niewinności i przerażająco bezmyślnej, bezrefleksyjnej ludzkiej głupoty.
I do tego – świetnie, z biglem napisaną. Z ogranych, jak zdawałoby się na pierwszy rzut oka, elementów poskładał Danichnow nową, porażająco świeżą jakość.
Gra „Dziewczynka…” na uczuciach czytelnika: wywołuje współczucie, złość, czasem irytuje jak diabli, a czasem – śmieszy niemal do łez. I jakże powieści tej nie pokochać?
2.
W jednej chwili idziesz zwykłą, wieczorną ulicą jednego z ziemskich miast, a w drugiej – trafiasz przed oblicze kosmicznego oficera emigracyjnego, który informuje cię, że pomimo poświęcenia dwóch lat ze swego życia (nie pamiętasz, co się w tym czasie z tobą działo) nie możesz trafić na wybraną zawczasu planetę, bo ta zmieniła swą politykę imigracyjną. W zamian dostajesz do wyboru dwie inne – jedną z wysoko rozwiniętą cywilizacją technologiczną, drugą – z głęboko humanistyczną cywilizacją z ekologicznym odchyłem. Na zastanowienie się masz tylko chwilę… którą opcję wybierasz, przy założeniu, że drogi powrotnej na Ziemię nie masz?
Przed dokładnie takim dylematem staje bohater najnowszej powieści Mariny i Siergieja Diaczenków „Мигрант, или Brevi finietur” („Migrant, albo Brevi finietur”), trzecim elemencie układanki o nazwie „Metamorfozy”, w skład której wchodzą „Vita nostra” oraz nie wydany jeszcze u nas, ale opisany już w Esensji „Cyfrowy”.
Andriej, bohater „Migranta” (zwany również, a raczej przede wszystkim, Krokodylem), wybiera drugą z wymienionych opcji. I trafia do świata, cywilizacja którego współistnieje harmonijnie z jego fauną i florą. Cywilizacja, której równowagę pomagają zachować pozostawione niegdyś przez tajemniczych kosmitów na stacjonarnej orbicie satelity-stabilizatory. Cywilizacja o hierarchicznej strukturze społecznej, w której status zależy od wyniku przeprowadzanej raz w życiu, w wieku kilkunastu lat, próby, przypominającej jako żywo rytuał inicjacyjny ziemskich dzikich plemion. Zaliczenie tego swoistego egzaminu otwiera drogę do osiągnięcia wysokiej pozycji, a w konsekwencji – umożliwia decydowanie o sobie i współdecydowanie o losach innych, oblanie zaś skutkuje zepchnięciem do roli pół-niewolnika, żyjącego co prawda bez większych trosk i we względnym dostatku, nie mającego jednak nic do powiedzenia i zależnego od swego pozostającego w pełni praw opiekuna.
Egzaminu takiego nie zdał jeszcze żaden imigrant. Krokodyl ma być pierwszym, któremu się to powiedzie. Bo oto test ów, przedstawiany jako coś nie do ogarnięcia dla przybysza z Ziemi, okazuje się być sekwencją zadań albo bardzo łatwych (przejście po rozżarzonych węglach, które wcale takimi nie są), albo co prawda faktycznie dla człowieka nie dysponującego nadzwyczajnymi zdolnościami nie do zaliczenia (przechadzka z zamkniętymi oczyma po wystających z nurtu rzeki głazach, tuż przy krawędzi wodospadu, czy też poszukiwanie w pozbawionych jakiegokolwiek oświetlenia jaskiniach pozostawionych tam specjalnie w tym celu przedmiotów), jednakże w takich sytuacjach pojawia się ktoś, kto Krokodylowi udzieli pomocy w pokonaniu przeszkody, jak by się zdawało, nie do pokonania.
(Tak na marginesie – pomimo wysiłków jakoś nie byłem w stanie dociec przydatności zadań egzaminacyjnych do określenia przyszłego statusu społecznego egzaminowanych. Wyszło mi, że im kto sprawniejszy fizycznie i im więcej posiada nadprzyrodzonych zdolności, tym miałby być dojrzalszy psychicznie i bardziej zdatny do pełnienia ważnych roli w społeczeństwie, co nawet na pierwszy rzut oka wydaje się być tezą cokolwiek ryzykowną, zwłaszcza dla członka wspólnoty stojącej na tak wysokim – jak na planecie, na którą trafił Krokodyl – stopniu rozwoju. Nie wykluczam jednak, rzecz jasna, tego, że najzwyczajniej czegoś tu nie zrozumiałem.).
Krokodyl, ku swemu (i czytelników, przynajmniej niektórych) zaskoczeniu test przechodzi. Jak się wkrótce okazuje – nieprzypadkowo: wielcy tego świata mają wobec niego całkiem konkretne plany…
Cóż – uwielbiam prozę Diaczenków, ale „Migrant” do mnie nie przemówił. Podobnie miałem przed kilku laty z inną ich powieścią, „Пандемом” („Pandemią”). Od strony czysto warsztatowej, stylistycznej to wciąż jest jak najbardziej tekst moich ulubionych autorów. Pomysł jednak, który legł u podstaw tej powieści, i sposób, w jaki został w niej wykorzystany, wydał mi się mocno naciągany. Nie bardzo wyszła tym razem Diaczenkom wizja społeczeństwa funkcjonującego na planecie, na którą trafił Krokodyl, nie bardzo trzyma się kupy koncept na sposób, w jaki można zdobyć i zmieniać swój społeczny status (wspomniany egzamin, dający przepustkę do kast uprzywilejowanych, a potem – regulowanie posiadanego statusu poprzez podejmowanie się prac o różnym znaczeniu dla społeczeństwa), nie bardzo też udaje się autorom wyjaśnienie, dlaczego właśnie Krokodyl ma do wypełnienia tak ważną dla swej nowej ojczyzny rolę.
Podsumowując – najsłabszy jak na razie element cyklu, zainicjowanego świetną „Vita nostrą”. Pozostaje trzymać kciuki za to, że wyraźnie już zauważalna tendencja spadkowa w obrębie owej serii zostanie powstrzymana, i doczekamy się czegoś na miarę mocnego początku.
3.
„C.C.C.M.” Самая Счастливая Страна Мира, czyli „Najszczęśliwszy Kraj Świata”.
W jakimże to państwie tyle szczęścia i skąd się ono tam wzięło?
To oczywiste – w państwie, w którym zapanował komunizm. I to taki prawdziwy, w kanonicznej postaci, a nie jego parodia, która jeszcze gdzieniegdzie wątpliwie raduje ciężko nią doświadczone narody.
Wszystko w NKŚ jest wspólne – środki produkcji, domy, biblioteki. Lud robotniczy wiedzie piękne życie, pracując co tchu w należących doń fabrykach. Niczego mu nie brakuje – państwo zapewnia wikt (gdy na obiad jest do wyboru tylko dwanaście różnych zup, robotnicy zaczynają kręcić nosem) i opierunek. Nie można zapomnieć o strawie duchowej – ciężki trud przy taśmach uprzyjemniają poeci, odczytujący przez zakładowe radiowęzły tak swoje własne, jak i cudzego autorstwa dzieła. Rzecz jasna – dzieła to nieprzypadkowe, nasycone odpowiednim duchem i propagujące jedynie słuszne idee. Co więcej – czyniące to absolutnie szczerze.
Raj po prostu!
Ale jest jeden problem: światowa rewolucja, która ma doprowadzić do zapanowania komunizmu na całym świecie, wciąż jeszcze nie wybuchła. Ciało Wielkiego Wodza wciąż spoczywa w mauzoleum, czekając – zamrożone – na wynalezienie środka, który przywróci go do życia, by poprowadzić robotniczy lud zniewolonej reszty świata na barykady, do walki o ostateczne zwycięstwo.
Tymczasem wrogowie komunizmu nie próżnują. Bezduszny kapitalizm i nieludzki faszyzm zbierają siły, by zaatakować i zmieść z powierzchni ziemi miłujący pokój NKŚ. Ma im w tym pomóc wykradnięcie ciała Wodza…
Główny bohater, jeden z robotników jednej z fabryk jednego z miast potężnego NKŚ zostaje uwikłany w awanturę iście sensacyjną. Początkowo wbrew swej woli, ale z czasem w pełni świadomie, niczym komunistyczny James Bond, podejmuje się realizacji niebezpiecznego zadania na wrogim terytorium. Dzięki temu możemy poznać nie tylko NKŚ, ale i pozostający w szponach jaskiniowego kapitalizmu kraj przypominający skrzyżowanie Anglii i Stanów Zjednoczonych w wersji z lat trzydziestych minionego stulecia, jęczący w faszystowskich okowach klon hitlerowskich Niemiec czy państewko przypominające Francję, zamieszkałe przez ludzi nieporadnych, patrzących z góry na inne narody, choć nie mających ku temu żadnych podstaw. Ale nie chodzi w tym wszystkim o podróżowaniu dla samego podróżowania – trzeba odnaleźć i wydostać ze szponów faszystów porwanych przez nich naukowców, którzy opracowali cudowny środek na zmartwychwstanie, a następnie odnaleźć przetrzymywane przez anglosaskich kapitalistów ciało Wodza…
Rewolucja Światowa zbliża się wielkimi krokami, jest realna jak nigdy dotąd! Niech no tylko Wódz powstanie z martwych…!
Podczas lektury zadawałem sobie pytanie: czy autorka szczerze wierzy w to, co pisze na temat najlepszego ponoć z ustrojów, czy jej powieść należy traktować jako swego rodzaju parodię, takie wielkie puszczanie oka do czytelnika. Początkowo wyglądało mi na to, że pierwsza z wymienionych odpowiedzi jest bliższa prawdzie; z czasem jednak zmieniłem zdanie. I choć może nie mamy w tym przypadku do czynienia z klasyczną parodią, to liczne sygnały rozsiane w powieści nie pozwalają na poważne traktowanie idei NKŚ i zwycięskiego komunizmu…
…choć kto ich tam wie!
A pasztet ów wysmażyła nam niejaka Maria Czepurina, tytułując go… „C.C.C.M”. Czyż mogło być inaczej?
A mnie nurtuje jeszcze jedno pytanie: czy któryś z naszych autorów pokusiłby się o napisanie utworu o zwycięskim komunizmie w Polsce? Nie narzuconym z zewnątrz ustroju, lecz wywalczonym i w pełni akceptowanym? Jakoś śmiem wątpić.
koniec
14 stycznia 2011

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wiatr ze Wschodu (67)
Paweł Laudański

7 VIII 2018

Co ciekawego wydarzyło się na rosyjskojęzycznym rynku książki fantastycznej w roku 2017? Oto subiektywny przegląd nowych nabytków w bibliotece redaktora WzW.

więcej »

Wiatr ze Wschodu (66)
Paweł Laudański

20 VII 2018

Dalia Truskinowskaja mieszka na Łotwie, Mike Gelprin – w USA, Ina Goldin – we Francji, Nikołaj Karajev – w Estonii, Olga Raine zaś – w Wielkiej Brytanii. Międzynarodowe towarzystwo. Co ich łączy? Wszyscy piszą po rosyjsku… Jednym słowem – światowe wydanie WzW.

więcej »

Wiatr ze Wschodu (65)
Paweł Laudański

15 I 2018

Trzy świetne powieści – Chajeckiej, Danichnowa i Midianina, do tego przyzwoity zbiór krótkiej prozy… Wygląda na to, że na Wschodzie wciąż jest cywilizacja!

więcej »

Polecamy

W odmętach miasta bez dna

Przeczytaj to jeszcze raz:

W odmętach miasta bez dna
— Miłosz Cybowski

Pierwsze Zeszyty Iskier, cz. 10 i 12
— Wojciech Gołąbowski

Pierwsze Zeszyty Iskier, cz. 9 i 11
— Wojciech Gołąbowski

Pierwsze Zeszyty Iskier, cz. 7 i 8
— Wojciech Gołąbowski

Ogień nie do ugaszenia
— Dominika Cirocka

Pierwsze Zeszyty Iskier, cz. 5 i 6
— Wojciech Gołąbowski

Pierwsze Zeszyty Iskier, cz. 3 i 4
— Wojciech Gołąbowski

Pierwsze Zeszyty Iskier, cz. 1 i 2
— Wojciech Gołąbowski

Człowiek, który widzi
— Anna Nieznaj

Przemiana fazowa
— Anna Nieznaj

Zobacz też

Z tego cyklu

Wiatr ze Wschodu (67)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (66)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (65)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (64)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (63)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (62)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (61)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (60)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (59)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (58)
— Paweł Laudański

Tegoż autora

Esensja czyta: Styczeń 2010
— Anna Kańtoch, Paweł Laudański, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Rok 2007 w muzyce
— Sebastian Chosiński, Paweł Franczak, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Paweł Laudański

Kir Bułyczow – polska bibliografia
— Paweł Laudański

Kroki w Nieznane: Sześciu wspaniałych
— Paweł Laudański

W sieci: Rodem zza wschodniej granicy
— Paweł Laudański

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.