Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Wiatr ze Wschodu (68)

Paweł Laudański
To wyjątkowa edycja WzW. Wyjątkowa, bo poświęcona tylko jednej książce. Ale za to jakiej!

Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (68)

To wyjątkowa edycja WzW. Wyjątkowa, bo poświęcona tylko jednej książce. Ale za to jakiej!
Zdaje się, że to Korea Północna uderzyła pierwsza.
Potem potoczyło się już szybko – USA nie pozostały dłużne, do radosnej (auto)destrukcji dołączyli inni, czyniąc to na tyle skutecznie, że niemal cała powierzchnia kuli ziemskiej zmieniła się w nie nadające się do zamieszkania pustkowie.
Niemal cała. Gdyż jakimś cudem ocalała Japonia.
Oto ostatnie imperium. Jedyne miejsce, w którym tli się jeszcze płomień ludzkiej cywilizacji. I to na tyle intensywnie, by – pomimo wielu trudności – móc z powodzeniem rozwijać technologie zapoczątkowane jeszcze przed wojną: budowy na wpół żywego okrętu oraz kosmicznych podróży. Choć co do tej drugiej pewności nie ma, nie wiadomo, czy to nie wytwór fantazji pewnej futurolożki. Mającej, jak to futurolodzy, skłonności do nadmiernego popuszczania wodzy fantazji.
Japonią znów rządzi cesarz; nastąpiła restauracja dawnych porządków, demokracja w czasach postnuklearnych nie ma szans na przetrwanie.
No dobrze, może ktoś powiedzieć, ale czy koniecznie trzeba o tym pisać? Mało to powstało powieści o spodziewanych skutkach wymiany pocisków z głowicami atomowymi? Czy można jeszcze stworzyć coś ciekawego na tak ograny temat? Można jeszcze zafrapować czymś czytelnika, który, być może, zapoznał się z dziesiątkami, jeśli nie setkami podobnych wizji?
Można. Bo te wizje sprzed lat sporo się zdezaktualizowały. Bo każde pokolenie powinno mieć swoją wersję jądrowej apokalipsy – w pełni na to zasługuje.
Japonia ocalała, ale odczuwa skutki globalnych zniszczeń. Musi z dnia na dzień stać się samowystarczalna. Oznacza to między innymi konieczność powrotu do zarzuconej całkiem niedawno energetyki jądrowej. Musi znaleźć sposób na obronienie się przed inwazją setek milionów zdesperowanych niedobitków z kontynentu. Nie da się ich wyżywić, nieskażonego jedzenia ledwo starcza dla jej rdzennych mieszkańców.
Rosja przestała istnieć, przy życiu pozostało kilkudziesięciu Rosjan, bez trudu zatem udało się Japonii odzyskać utracone po drugiej wojnie światowej na rzecz ZSRR Kuryle. I Sachalin – wyspę, której wcześniej tylko południowa część przez czterdzieści lat znajdowała się pod japońskim panowaniem.
Sachalin. Za czasów carów – miejsce zsyłki, po przegranej wojnie rosyjsko-japońskiej Rosja musiała podzielić się wyspą ze zwycięzcą, ZSRR odzyskał utracony fragment w 1945 roku. Po konflikcie nuklearnym zawisł pomiędzy rajem, jakim jawi się Japonia, próbująca za wszelką cenę zachować resztkę ludzkiej cywilizacji, a piekłem, jakim stał się kontynent euroazjatycki, wyniszczony wojną, nie nadający się do życia, z którego ocaleni z wojny, przede wszystkim Chińczycy i Koreańczycy, usiłują uciec, bez względu na wszystko.
A zatem – czyściec. Pomiędzy rajem a piekłem. Jeśli tak wygląda czyściec, to nie ma co dziwić się tym milionom zdesperowanych Azjatów, próbującym opuścić tereny piekła.
Sachalin to miejsce, w którym ludzkie życie nie ma żadnej wartości. Brakuje nieskażonej żywności, spożywanie radioaktywnych roślin i żywiących się nimi zwierząt może zakończyć się tylko w jeden sposób – mniej lub bardziej powolną, acz bolesną śmiercią, najmniejszy nawet zatem woreczek bezpiecznego zboża czy garść owoców morza wyhodowanych w zbiornikach hydroponicznych są cenniejsze od złota.
Ludzie gotowi są podjąć jakąkolwiek pracę, nawet tę, o której wiadomo, że wykonujący ją mają szansę przeżyć średnio dwa-trzy lata. W niespełniających żadnych przedwojennych standardów, odkrywkowych kopalniach węgla czy radioaktywnej rtęci, w fabrykach o warunkach tak strasznych, że warunki panujące w ich dziewiętnastowiecznych odpowiednikach jawią się przy tym jako szczytowe osiągnięcia lobby prorobotniczego.
Życie ludzkie nie jest wiele warte; za zabicie Chińczyka czy stojącego niżej od niego w społecznej hierarchii Koreańczyka nic nie grozi. Zwłaszcza Japończykowi, przedstawicielowi nacji z oczywistych względów uprzywilejowanej. Bo w czym problem, skoro na miejsce zabitego od razu pojawia się dwóch, pięciu, dziesięciu jego rodaków? A kolejni tylko czekają, by pokonać wody cieśniny oddzielającej Sachalin od kontynentu? To fala migracyjna o niewyobrażalnych wprost rozmiarach; współczesny szturm mieszkańców Afryki i Bliskiego Wschodu na południe Europy jest przy niej niczym delikatna zmarszczka na powierzchni oceanu.
W takich okolicznościach ludzie mrą jak muchy. Każdego dnia umiera tak wielu, że nie wiadomo, co robić ze zwłokami; o tradycyjnych pochówkach w ziemi z braku miejsca nie może być mowy. Trupy poddawane są zatem odpowiednim zabiegom, do których należy m.in. wysuszenie i nasączenie mazutem, a następnie wykorzystywane jako wkład do specjalnie do tego celu przystosowanych pieców sachalińskich elektrowni.
Sachalin to miejsce zsyłek – do jednego z trzech tamtejszych więzień trafiają skazani z całej Japonii. Każde cieszy się zasłużoną złą sławą, dotrwanie w każdym do końca kary – o ile, rzecz jasna, ta nie była dożywotnią – nie należy do rzeczy łatwych, o ile jednak pobyt w dwóch z nich można jakoś przetrwać, by po odbyciu kary dożyć swych dni jako półwolny osadnik na wyspie, to na samą wieść o wysłaniu do trzeciego z nich skazańcy są gotowi z miejsca odebrać sobie życie.
Z powodu braku wiarygodnych informacji można tylko domyślać się, co dzieje się poza Japonią i przyległymi wyspami. Krążą plotki o szerzącej się epidemii MOBu, czyli podrasowanej w jakimś laboratorium wersji wścieklizny. Objawy ma podobne do objawów znanej nam tradycyjnej wersji (na przykład wodowstręt; tylko dzięki temu choroba nie dotarła na wyspy), a różnice polegają na szybkości pojawienia się pierwszych objawów – do trzech minut od zarażenia. Zarażeni błyskawicznie zmieniają się w istoty jako żywo przypominające zombi z niskobudżetowych horrorów, wyczuwające z dużej odległości osoby niezarażone i do upadłego polujące na tych zdrowych jeszcze szczęśliwców.
Mówi się też o skażeniu wielkich obszarów środkiem bojowym o nazwie Agent V (to zapewne odwołanie do znanego z czasów wojny w Wietnamie, cieszącego się zasłużenie złą sławą Agenta Orange). Mała kropla Agenta V wystarczyła, by błyskawicznie zmienić wszystkie znajdujące się w pobliżu zwierzęta w grudy kisielu. Ludzi także, rzecz jasna.
Ot, uroki nowoczesnej wojny i pracujących na jej potrzeby laboratoriów naukowych. Wcale nie potrzebujemy do dokonania samozagłady kosztownych broni nuklearnych, wystarczy trochę trującego gazu, płynu lub proszku.
Tak wygląda stan świata, przedstawiony przez Eduarda Wierkina w powieści „Остров Сахалин” („Wyspa Sachalin”). Przedstawiony w sposób niezwykle plastyczny – jak na dłoni widać nędzę tych resztek pięknej przecież planety, na których jeszcze da się żyć. Jak w koszmarze z najgorszych snów, ale jednak.
W takim świecie przyszło żyć głównej bohaterce „Wyspy…”, pół-Rosjance, pół-Japonce, doktorantce jednej z japońskich uczelni, specjalizującej się w nauce wydawałoby się mało przydatnej w chylącej się ku upadkowi rzeczywistości: futurologii. Bo jaki sens mają rozważania na temat przyszłości, gdy współczesność ledwo dycha, i przeżycie każdego kolejnego dnia wymaga nie lada wysiłku?
Adeptka futurologii udaje się w podróż na Sachalin. Oficjalnym celem jej wyprawy mają być trzy tamtejsze więzienia, przy okazji ma rozejrzeć się i zdać relację z tego, jak faktycznie wygląda życie na wyspie. Bo nawet uczelnie wiedzę na ten temat posiadają tylko z oficjalnych źródeł. I nie chodzi nawet o cenzurę, choć ta, rzecz jasna, odgrywa spora rolę w dezinformowaniu społeczeństwa, lecz o jakże prozaiczne, postwojenne trudności w uzyskaniu jakichkolwiek wiarygodnych informacji. Media w dzisiejszym rozumieniu już przecież nie działają, kontakt ze sztucznymi satelitami został utracony na samym początku wojny, samoloty nie latają, a nieliczne sprawne jeszcze śmigłowce pozostają w rękach wojskowych.
Choć porównałem Sachalin do czyśćca, to podróż Bzu – bo tak ma na imię nasza futurolożka – jawi się niczym zejście do piekła, stopniowo przez kolejne jego kręgi.
Iturup, jedna z Wysp Kurylskich. Kościółek, w którym próbuje się nieść pociechę śmiertelnie chorym, wyniszczonym tak przez samą wojnę, jak i warunki panujące po jej zakończeniu, umierającym nawet w czasie mszy.
Moneron, niewielka wysepka u południowo-zachodnich krańców Sachalinu, swoisty punkt przesiadkowy między kontynentem a wyspą, zarazem miejsce, w którym następuje pierwsza, naturalna selekcja chętnych do życia w lepszym świecie. Taki swoisty odpowiednik współczesnej, włoskiej Lampedusy.
Chołmsk, miasto pełne uchodźców. Uchodźcy są wszędzie, uchodźcy walczą o przeżycie.
Uglegorsk, Aleksandrowsk, Tym, Poronaj, Jużnyj, Newelsk, Gornozawodsk. Kolejne miasta, z gigantycznymi, zatruwającymi jeszcze bardziej i tak już zatrutą przyrodę i ludzi wyziewami z prymitywnego przemysłu i kopalń, z koszmarnymi więzieniami, z utrzymywaną z trudem w jako takich ryzach ludnością. Gdzie najmniejsza nawet iskra może spowodować wybuch niezadowolenia, zmienić względny spokój w niemożliwy do stłumienia bunt.
Ale to jeszcze nic. Problemy dopiero się zaczną, gdy potężne trzęsienie ziemi zniszczy i tak ledwo zipiącą infrastrukturę, gdy uwolni trzymanych w nieludzkich warunkach, pałających żądzą zemsty więźniów, gdy zasypie wąski przesmyk dzielący Sachalin od kontynentu, gdy fale zarażonych MOBem dostaną się na wyspę…
„Wyspa…” to powieść przepełniona okrucieństwem, nie jest to jednak okrucieństwo bezmyślne, niezrozumiałe, zawsze bowiem znajduje uzasadnienie – zniszczonym światem, rozpadającymi się więzami międzyludzkimi, postępującą anomią. Nie jest to zło wydumane, wypływa z ludzkiej natury, której wnikliwym obserwatorem jawi się autor. To zło wiarygodne – tak może wyglądać świat pozostający w agonii po wielkiej wojnie, nie zdający sobie jeszcze sprawy z tego, że umiera.
Ale zarazem piękna – pięknem i dobrem ludzi, który próbują zachować człowieczeństwo w czasach totalnego, wydawałoby się, upadku ludzkości, ludzkiej cywilizacji. Próbują sprawić, by ludzkość miała przed sobą przyszłość, by dzięki potędze nauki, która niemal zmiotła swych twórców z powierzchni Ziemi, dać jej nadzieję. Nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone.
To bez wątpienia jedna z najlepszych powieści rosyjskojęzycznej fantastyki ostatniego dziesięciolecia. Należy do tekstów, które czytelnicze umysły pozostawiają przeorane, z głębokimi, niemożliwymi do zabliźnienia ranami.
Czyli – taka, którą szczególnie lubimy.
koniec
31 sierpnia 2018

Komentarze

04 IX 2018   08:38:58

Brzmi świetnie, ale ponieważ ja nie gawarit, poprosiłbym jeszcze o informację wydawniczą: Czy wiadomo cokolwiek o przyszłym tłumaczeniu tej książki na polski albo angielski?

20 IX 2018   09:41:32

Niestety, nic na ten temat nie jest mi wiadome. Ale książka jest stosunkowo świeża, tegoroczna, wieści o niej nie dotarły zapewne jeszcze do możnych wydawniczego światka (może dzięki WzW dotrą?), czemu nie sprzyja też niespecjalnie duży nakład wydania oryginalnego - 1500 egzemplarzy.

01 XII 2018   02:16:14

wlasnie nabylem przez ozon.ru byl przynajmniej jeden dodruk 2000 egzemplarzy z ktorego pochodzi moja ksiazka :)

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Wiatr ze Wschodu (70)
Paweł Laudański

14 XI 2018

I znów będzie o fantastyce niekonwencjonalnej, bo do takiej zakwalifikować należy zarówno „Забвения” Ilji Borowikowa, jak i powieść Jewgienii Niekrasowej „Калечина-Малечина”. Zestaw książek prezentowanych w 70 edycji WzW uzupełnia zbiór opowiadań Mariny Jasinskiej i Andrieja Kokoulina „По ту сторону отражений”.

więcej »

Wiatr ze Wschodu (69)
Paweł Laudański

10 X 2018

Rosja, Wielka Brytania, USA, Izrael… Co łączy te kraje? Mieszkają w nich autorzy książek przedstawionych w najnowszej edycji WzW.

więcej »

Wiatr ze Wschodu (67)
Paweł Laudański

7 VIII 2018

Co ciekawego wydarzyło się na rosyjskojęzycznym rynku książki fantastycznej w roku 2017? Oto subiektywny przegląd nowych nabytków w bibliotece redaktora WzW.

więcej »

Polecamy

Ten świat to jeden wielki Kant!

Na rubieżach rzeczywistości:

Ten świat to jeden wielki Kant!
— Marcin Knyszyński

„Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” – 1 Kor 13, 12
— Marcin Knyszyński

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie
— Marcin Knyszyński

Prawda Absolutna kontra prawdy subiektywne
— Marcin Knyszyński

Gra w życie
— Marcin Knyszyński

Zobacz też

Z tego cyklu

Wiatr ze Wschodu (70)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (69)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (67)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (66)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (65)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (64)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (63)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (62)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (61)
— Paweł Laudański

Wiatr ze Wschodu (60)
— Paweł Laudański

Tegoż autora

Esensja czyta: Styczeń 2010
— Anna Kańtoch, Paweł Laudański, Marcin Mroziuk, Beatrycze Nowicka, Mieszko B. Wandowicz, Konrad Wągrowski

Rok 2007 w muzyce
— Sebastian Chosiński, Paweł Franczak, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Paweł Laudański

Kir Bułyczow – polska bibliografia
— Paweł Laudański

Kroki w Nieznane: Sześciu wspaniałych
— Paweł Laudański

W sieci: Rodem zza wschodniej granicy
— Paweł Laudański

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.