Magazyn Esensja - Dominik "lucek" Szcześniak "Lucka sprawa"

nr 06 (XXVIII)
sierpień 2003




powrót do indeksunastępna strona

Dominik "lucek" Szcześniak
  Lucka sprawa

        #1

Jeśli miałbym formułować jakieś tezy o polskim rynku komiksowym, to zapewne wyszedłbym od tej najbardziej oczywistej, fundamentalnej i w każdym względzie wieloznacznej: rynek komiksowy zmienił się.

Wiedzą o tym czytelnicy, krytycy i twórcy. Rynek został zbombardowany komiksami wszelkiej maści i narodowości, wydawanymi mniej i bardziej starannie, redagowanymi raz lepiej, raz gorzej. Rynek się zmienił i wszyscy o tym wiedzą. Ale czy pod koniec minionego wieku, kiedy nie było jeszcze wcale tak różowiutko, ktokolwiek mógł przypuszczać, że...? No właśnie. Tu dochodzę do sedna. Bo że będzie lepiej i że ktoś wreszcie sprowadzi nowego "Thorgala", to jeszcze można było sobie - powiedzmy - w 1996 roku pomarzyć. Tak samo nie dziwiłbym się proroctwom, że pojawi się w Polsce kilka nowych, najpewniej marnych serii z Zachodu. Dopuściłbym nawet myśl, że gdzieś tam, kiedyś, jakiś śmiałek wyda komiksy Enki Bilala czy Neila Gaimana. Ale, na Zeusa! Czy ktokolwiek mógłby przypuszczać, że ówcześni wirtuozi (w większości z własnej nominacji) polskiego komiksu ustąpią miejsca młodym zdolnym (gniewnym już nie bardzo) i praktycznie nieznanym?

Ja sobie tego nie wyobrażałem; a raczej - przyjmując odpowiedni punkt odniesienia do przeszłości - nie wyobrażam sobie, bym mógł to sobie wówczas wyobrażać.

W - powiedzmy - 1996 roku lista twórców polskiego komiksu stojących w kolejce do wydania albumu była bardzo przewidywalna: Szyłak, Michalski (choć ten miał już cośkolwiek na koncie), Janicki, Różański, Kleczyński, Jezierski, Ozga, Birek, Mazur. Oto ludzie, którzy w owym czasie udzielali się naszemu niszowemu półświatkowi, ciskali mnóstwo prac, a niekiedy nawet tworzyli polską publicystykę komiksową. Oto ludzie, którzy - i to było pewne - powinni mieć opublikowany album. Tymczasem w pewnym momencie, który zresztą trwa do dzisiaj, główne skrzypce zaczęła grać młódź: Adler i Piątkowski, Myszkowski, Śledziu. O emerytach zapomniano. Ale przecież ONI TEŻ POWINNI SKORZYSTAĆ NA BUMIE! Też powinni coś dorzucić do rozwoju branży, przy której wznoszeniu uczestniczyli! Przy której budowaniu wypruwali sobie flaki! Przy której generowaniu poświęcali swój cenny czas i umiejętności za friko! ONI TEŻ POWINNI COŚ NA TYM ZYSKAĆ!

No i się udało.

Jerzy Szyłak i Jacek Michalski, starzy wyjadacze komiksowego podziemia lat 90., dostali możliwość publikacji swojego albumu w okresie Nowej Ery polskich dymków. Ich "Obywatel w palącej potrzebie" to rzadki przykład komiksu, który nie broni się ani fabułą, ani rysunkiem. Ale bylejakość tej pozycji jest usprawiedliwiona. Bo to komiks za zasługi.

On się im po prostu należał.

Tyle że, niestety, niekoniecznie w tej konfiguracji twórczej, niekoniecznie na takiej płaszczyźnie tematycznej i niekoniecznie w tempie tak ekspresowym...

Bo rynek komiksowy zmienił się i nie jest już taki, jak w roku - powiedzmy - 1996. Zdaje się, że Panowie tego nie zauważyli.

P.S. Nie przepadam za większością komiksów młodych zdolnych (gniewnych już nie bardzo) polskich twórców, ale cenię ich za konsekwencję i za dostarczanie czytelnikom solidnie wykonanego materiału. Oni robią komiks i nie muszą stwarzać (nawet mimowolnie) pozorów, że coś im się należy.

P.P.S. Niekonsekwencją z mojej strony byłoby, gdybym pominął zacnych twórców, którym udało się w - powiedzmy - 1996 roku i udaje się dzisiaj. Takie nazwiska, jak Leśniak, Skarżycki, Gawronkiewicz, Wojda nie wzięły się znikąd i od lat trzymają poziom.

powrót do indeksunastępna strona

57
 
Magazyn ESENSJA : http://www.esensja.pl
{ redakcja@esensja.pl }

(c) by magazyn ESENSJA. Wszelkie prawa zastrzeżone
Rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie tylko za pozwoleniem.