Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 14 maja 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

Kolejne podsumowanie muzyczne roku 2011

Esensja.pl
Esensja.pl
Zapraszamy na drugą odsłonę podsumowania muzycznego 2011 roku. Piotr „Pi” Gołębiewski przedstawi swoje zestawienie najlepszych i najgorszych płyt roku, a także zdradzi, czemu nie znaleźli się w nim Lou Reed i Metallica.

Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Kolejne podsumowanie muzyczne roku 2011

Zapraszamy na drugą odsłonę podsumowania muzycznego 2011 roku. Piotr „Pi” Gołębiewski przedstawi swoje zestawienie najlepszych i najgorszych płyt roku, a także zdradzi, czemu nie znaleźli się w nim Lou Reed i Metallica.
Najlepsze płyty 2011 roku:
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. Kazik Na Żywo „Bar La Curva / Plamy na słońcu” i Atmasfera „Integro”
Nie mogłem się zdecydować, która z tych płyt miałaby się nie zmieścić w niniejszym podsumowaniu, dlatego pozwoliłem sobie na mały przekręt i umieściłem w nim obie. Nowy album reaktywowanego KNŻ pokazał, że Kazik wciąż jeszcze może! „Bar La Curva / Plamy na słońcu” to ostre granie w starym, dobrym stylu, okraszone świetnymi i ironicznymi tekstami („Skończyłem się”, „Nikomu nie cofam poparcia”, „Hanna Gronkowiec walczy”).
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Atmasfera natomiast to folkowa grupa z Ukrainy, o której zrobiło się u nas głośno dzięki programowi „Must Be the Music. Tylko muzyka”. Jej styl to mieszanka niesamowitej energii (tu na szczególną uwagę zasługuje bębniarz o dzikiej fizjonomii Wolverine’a Timur Gogitidze) i ezoterycznego, magicznego klimatu. Dużo uroku formacji dodaje to, że jego twarzami są urocze bliźniaczki Anastasiya i Yuliya Yaremchuk. Wszystko to składa się na bardzo oryginalną całość.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. Kasabian „Velociraptor!”
Kasabian od samego początku swojego istnienia nie schodził poniżej wyznaczonego przez siebie, wysokiego poziomu. Tą płytą jednak wzniósł się na wyżyny umiejętności. Przede wszystkim jest to rewelacyjne, przebojowe granie w beatlesowskim stylu (wystarczy wspomnieć singlowy „Days Are Forgotten”), ale w każdym utworze można znaleźć smaczki, które odróżniają go od poprzedniego, jak motywy orientalne w „Acid Turkish Bath” czy elektroniczny chłód zapożyczony od Kraftwerk w „I Hear Voices”. Mimo to całość jest niezwykle spójna, a niesie ją wciągający, transowy rytm.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. R.E.M. „Collapse Into Now”
Wygląda na to, że to ostatni album w dorobku R.E.M., ale jeśli już się żegnać, to w wielkim stylu! „Collapse Into Now” to bowiem najlepsza płyta zespołu od, nie przesadzając, dwudziestu lat. Panowie pokazali, że nie tylko drzemią w nich jeszcze niespożyte pokłady energii („Discoverer”, „Alligator Aviator Autopilot Antimatter”), ale wciąż potrafią zachwycić swoją wrażliwością – „Oh My Heart” dostarcza wzruszeń na poziomie tych, jakie towarzyszą słuchaniu „Automatic for the People”. Co tu dużo mówić, wiedzieli, kiedy ze sceny zejść, niepokonani.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Steven Wilson „Grace for Drowning”
Steven Wilson to prawdziwy tytan pracy – nie dość, że na bieżąco dostarcza nam nowe płyty swoich grup z Porcupine Tree, Blackfield i No-Man na czele, udziela się producencko, remasteruje dokonania King Crimson, to jeszcze znalazł czas, by nagrać drugi solowy krążek. I to jaki! Można śmiało powiedzieć, że jest wielki i do tego pod wieloma względami: składają się na niego aż dwie płyty, najdłuższy utwór ma ponad 23 minuty, udzielają się na nim gościnnie takie gwiazdy jak m.in. Robert Fripp, Steve Hackett, Tony Levin i Jordan Rudess, a do tego (i może przede wszystkim) jest to porcja doskonałej, niełatwej, ale szalenie wciągającej muzyki. Czapki z głów, że Wilson potrafił to wszystko ogarnąć i nie przytłoczyć słuchacza, a wręcz przeciwnie – sprawić, że chce jeszcze!
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Mastodon „The Hunter”
„The Hunter” to pierwszy od debiutu krążek zespołu, który nie jest albumem koncepcyjnym. Niektórzy uznają to za wadę, ale jak dla mnie stanowi to dużą zaletę, ponieważ słuchając tego albumu nie sposób się po prostu nudzić. Jest ostro („Black Tongue”, „Blasteroid”), nastrojowo („The Sparrow”, „Creature Lives”), ale i… przebojowo („Curl of the Burl”). Jednocześnie nie zapominamy, że to wciąż Mastodon i to stanowi największą siłę tego wydawnictwa.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. The Decemberists „The King is Dead”
The Decemberists nie są innowatorami, nie mieszają stylów, by stworzyć nową jakość, po prostu grają piosenki. Za to takie, które natychmiast wpadają w ucho. To typowo amerykańskie klimaty – gitara akustyczna, mandolina, czasem skrzypce, ale na szczęście niezamknięte hermetycznie w stylu country. W ich twórczości jest dużo przestrzeni, znajdziemy tu nutkę nostalgii, ale również nieco zadziorności, a przede wszystkim mnóstwo szlachetnej, popowej melodyki. Refrenów takich jak w utworach „This is Why We Fight” czy „Down By the River” po prostu nie sposób nie nucić już po pierwszym przesłuchaniu.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Warpaint „The Fool”
Teraz będzie kolejny przekręt. Przyznam, że przeoczyłem debiut Warpaint w 2010 roku i tylko dlatego nie znalazł się on w moim podsumowaniu rok temu. Na szczęście zespół przygotował w 2011 roku ekskluzywną reedycję, co stanowi doskonała okazję, by naprawić ten niewybaczalny błąd. Na ogół nie ufam zespołom zakładanym przez aktorów / aktorki. Najczęściej są to produkcje, które mają na celu zaspokojenie rozbuchanego ego. Tym większe było moje zaskoczenie, że formacja Shannyn Sossamon („40 dni i 40 nocy”) nagrała tak wyśmienitą płytę. „The Fool” jest krążkiem bezwstydnie wręcz ekshibicjonistycznym, na którym dziewczyny śmiało i bez zahamowań prezentują światu swoje emocje. I to te najbardziej skrywane, wśród których króluje poczucie osamotnienia, klaustrofobia i depresyjność. Co ciekawe wszystko podane jest w bardzo przystępny i lekki sposób, tak że słucha się tego z niekłamaną przyjemnością.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Foo Fighters „Wasting Light”
Dave Grohl stracił wiarę. Nie w siebie czy zespół, lecz w rozbuchany, hedonistyczny rynek muzyczny. Choć jako gwiazda nie zrezygnował z przysługującego jego statusowi blichtrowi życia, to jako artysta powrócił do czasów brudu i szczerości grunge’u. Wraz z kompanami, zamiast do ekskluzywnego studia, zeszli do garażu i tam nagrali materiał, który znalazł się na „Wasting Light”, nie bójmy się tego powiedzieć – najlepszej płycie w dorobku Foo Fighters. Nad wszystkim czuwał Butch Vig (ten od „Nevermind”), który zadbał o to, by całość brzmiała surowo, ale nie prostacko. Udało się – dostaliśmy zestaw świetnych kawałków, które powinny trafić do podręczników jako przykład tego, jak powinno grać się czadowy, bezpośredni rock. Wydawało się, że ten zespół nas już niczym nie zaskoczy, a tu proszę! Oby tak dalej!
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. PJ Harvey „Let England Shake”
Polly Jean tym albumem zatrzęsła nie tylko Anglią, ale i całym światem. Już sam fakt, że w tekstach zabrała się za tematy społeczno-polityczne, których do tej pory unikała, stanowi o wyjątkowości tej pozycji. Do tego dochodzi nastrojowa, wciągająca muzyka, będąca czymś pomiędzy balladowymi klimatami „White Chalk” a mrokiem „To Bring You My Love”. Przede wszystkim jednak „Let England Shake” jest płytą o trudnej miłości do Anglii – kraju, który dał równie dużo powodów, dla których powinno się go kochać, jak i nienawidzić. Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś kiedyś taki album nagra o Polsce.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. Luxtorpeda „Luxtorpeda”
Ta płyta, jak i sam zespół, wyłoniły się w zasadzie z nicości. Chyba nikt się nie spodziewał, że tak nagle, jakby od niechcenia, pojawi się na naszym rynku zespół, który z marszu wejdzie do krajowej rockowej ekstraklasy. Oczywiście lider przedsięwzięcia, Litza, to weteran naszej sceny, lecz Luxtorpeda to jego pierwszy w pełni autorski zespół, w którym gra główną rolę (no, może poza Arką Noego, ale to inna bajka). Okazało się, że poza tym, że jest świetnym gitarzystą, potrafi też sprawnie używać gardła i sprawdza się również jako główny wokalista. Ciekawostką jest również udział znanego z hiphopowego składu 52 Dębiec Przemysława „Hansa” Frencela, który swoimi monodeklamacjami ubarwia utwory. Jednak tak naprawdę tym, co stanowi o sile Luxtorpedy, są rewelacyjne kompozycje: jak przebojowy „Autystyczny” – dla mnie przebój roku. Takie zespoły jak ten pokazują, że rock jeszcze nie umarł!
Największe rozczarowania 2011 roku:
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. Kate Bush „Director’s Cut”
Nie myślałem, że kiedykolwiek będę miał okazję zaliczyć płytę Kate Bush do największych rozczarowań roku, ale „Director’s Cut” w pełni na to zasługuje. Po pierwsze dlatego, że Kate zamiast nagrywać nową muzykę, czego nie robi często, zabrała się za odświeżanie staroci, a po drugie – w dużej części te starocie wcale nie były takie złe. Może i album „The Red Shoes” nie jest najlepszym w dorobku artystki, ale już grzebanie w „The Sensual World” zakrawa na świętokradztwo, nawet jeśli robi to sama autorka. Krótko mówiąc, jest to krążek niepotrzebny, ale na szczęście Kate szybko się zrehabilitowała, wydając autorski materiał „50 Words of Snow”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. Kaiser Chiefs „The Future is Medieval”
Kaiser Chiefs zawsze mieli nierówne płyty, lecz na każdej znalazło się kilka przebojów, które podwyższały ich jakość. Tym razem takich kawałków brak. Wszystko brzmi nijako, smętnie i bez wyrazu. Cóż, panowie wreszcie osiągnęli to, o czym pisali recenzenci, nagrali krążek spójny. W swej beznadziejności.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Eddie Vedder „Ukulele Songs”
Ten krążek to jakaś kpiarska autoparodia. Gość, który kiedyś przejmująco wyśpiewał takie evergreeny jak „Alive” i „Jeremy”, nagrał płytę jedynie z towarzyszeniem małej, hawajskiej gitarki. Choć głos Veddera wciąż brzmi świetnie, to jednak pitolenie w tle sprawia, że po trzecim utworze chce się to wyłączyć. Dodajmy, że kawałki wcale nie są długie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Whitesnake „Forevermore”
Poprzedni krążek legendarnego Whitesnake, „Good to Be Bad”, pozwolił uwierzyć w to, że nie należy skreślać weteranów za sam staż. Tam bowiem wykrzesali z siebie iście młodzieńczą energię. Być może to wszystko, na co było ich stać, lub teraz po prostu złapali zadyszkę, ale „Forevermore” to wyjątkowo wymuszony album, na który zabrakło zarówno pomysłów, jak i kondycji. Może czas najwyższy poprosić wnuczków o Geriavit pod choinkę?
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Guano Apes „Bel Air”
Okazuje się, że zmęczenie może dopaść wykonawców o połowę młodszych. Choć bardzo ucieszyłem się z reaktywacji Guano Apes, to jednak nowy album nawet w ułamku nie sprostał mym wymaganiom. Całość brzmi jak odrzuty z sesji, a do tego rockowy pazur został stępiony przez niepotrzebne elektroniczne wtręty. Podczas słuchania „Bel Air” w pewnym momencie nasunęło mi się skojarzenie z guanem małp, ale z małych liter.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. The Strokes „Angles”
Smutne okazały się koleje losów zespołów, które dekadę temu ochrzczone były Nową Rockową Rewolucją. The White Stripes się rozpadł, Interpol nagrywa coraz słabsze płyty, The Hives zaginęli w akcji, The Libertines wciąż nie mogą się zejść, by nagrać porządną płytę, a The Strokes serwują tak żenująco niski poziom twórczości jak na „Angles”. Smutne.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Radiohead „The King of Limb”
Z tym albumem jest taki problem, że gdy zaczyna się już robić interesujący, nagle się kończy. Radiohead coraz bardziej się pogrążają. Chyba za bardzo uwierzyli, że ze ich statusem, cokolwiek by nie nagrali i tak się sprzeda. Choć może nie do końca, trochę się jednak przestraszyli, bo za „The King of Limbs”, w przeciwieństwie do poprzedniego krążka, trzeba już było zapłacić. Nawet jak ściągało się go z sieci.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Queensrÿche „Dedicated to Chaos”
Poprzednim krążkiem Queensrÿche zasłuchiwałem się bez końca. Świetne kompozycje, zagrane z werwą, wciągnęły mnie bez reszty. Tym bardziej czuję się rozczarowany, bo „Dedicated to Chaos” udało mi się przecierpieć do końca bodajże raz i to też na potrzeby recenzji. Mam nadzieję, że to jednorazowy wybryk, aczkolwiek bolesny.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Gorillaz „The Fall”
„The Fall” w zasadzie ukazał się w 2010 roku, ale był dostępny tylko w formie wirtualnej, na CD trafił do sklepów w kwietniu zeszłego roku, stąd jego obecność w niniejszym zestawieniu. I to na honorowym drugim miejscu największych rozczarowań. Płyta w całości została nagrana za pomocą iPada i jako reklamę ją należy odbierać, bo za pełnoprawne dzieło w żaden sposób nie da się tego uznać. Powiem więcej, jeśli Apple faktycznie zapłacił Damonowi Albarnowi, powinien teraz zażądać odszkodowania, bowiem efekt finalny zniechęcił mnie do iPadów na całe życie.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. Lady Gaga „Born This Way”
Takie płyty to sobie może nagrywać podrzędna gwiazdeczka disco, ale nie ktoś, kto został nazwany największym odkryciem muzyki pop od czasów Madonny. „Born This Way” pokazało to, o czym większość niedających sobie wciskać ciemnoty ludzi wiedziała – że Lady Gaga poza szokującym image’em nie ma nic więcej do zaprezentowania. Nie to, żebym się jakoś specjalnie z tego powodu zamartwiał, lecz biorąc pod uwagę medialny szum, jaki wokół tego krążka zrobiono, w pełni zasługuje on na miano największej wtopy zeszłego roku.
Poza konkursem:
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Lou Reed & Metallica „Lulu”
Zacząłem tak jak każdy: włączyłem pierwszą płytę i już po chwili pomyślałem: „kurde, co to jest!”. Postanowiłem się jednak nie poddawać i przesłuchałem do końca, potem drugi raz i trzeci i w pewnym momencie mnie wzięło. „Lulu” nie jest na pewno świetną płytą, ale nie jest również tak złą, jak wielu by chciało. Na pewno brawa należą się Metallice za odwagę, że zdecydowała się na tak radykalny krok jak współpraca z byłym członkiem The Velvet Underground. Zaryzykuję stwierdzenie, że wyszło jej to nawet nieźle; przecież to, co słuchać na „Lulu”, to jedne z najlepszych riffów Metalliki od co najmniej dekady. Gdyby za mikrofonem stanął James Hetfield, moglibyśmy otrzymać absolutny klasyk. Niestety w przeważającej większości słyszymy zachrypnięty głos Lou Reeda. Jednak nie ma się czemu dziwić – każdy, kto zna dokonania artysty z ostatnich dwudziestu lat, wiedział, czego może się spodziewać. Jeśli naprawdę miałbym się do czegoś przyczepić, to do dwudziestominutowego jazgotu kończącego album. Do jego przesłuchania faktycznie trzeba mieć nerwy ze stali. Na szczęście zawsze można go wyłączyć.
koniec
10 stycznia 2012

Komentarze

10 I 2012   14:47:19

Nigdy bym nie pomyślał. że „Creature Lives” jest nastrojowy.

10 I 2012   15:44:08

The Strokes i Radiohead w rozczarowaniach przy jednoczesnej obecności Wilsona, REM, Kazika i Kasabian w najlepszych świadczy o tym że autor podsumowania jest niespełna rozumu.

10 I 2012   17:19:55

Zależy jak na to patrzeć - jak się na coś bardziej czeka, a to nie urzeka, to chyba można wtedy mówić o rozczarowaniu. Rozczarowanie nie jest jednoznaczne przecież z tym, że płyta jest do bani.

10 I 2012   19:23:53

Kazik ze świetnymi i ironicznymi tekstami!? No chyba skonam... Teksty beznadziejne, rymy częstochowskie, całość sprawia wrażenie wypocin ledwie żywego artysty. Za darmo tego nie chcę, jak lubię Kazika. R.E.M. też wcale nie takie ho-ho a porównanie z "Automatic" mocno przesadzone. Ale R.E.M. zakupiłem ;)

10 I 2012   19:58:40

Z tymi ironicznymi tekstami to w ogóle jest ciekawie - najpierw Kazik coś palnie, później temu zaprzeczy, a na koniec napisze o tym "ironiczny" tekst piosenki. ;)

10 I 2012   19:59:17

Nowy Radiohead jest niestety cieniutki. Naprawdę próbowałem, niestety ta płyta nie potrafi we mnie wzbudzić żadnych pozytywnych reakcji.
Ja bym jeszcze wspomniał o ostatniej płycie Tori Amos, która jest moim zdaniem bardzo dobra. Po kilku słabych płytach Tori wróciła z doskonała muzyka. Jedna z jej najlepszych płyt.

11 I 2012   08:25:13

Z Kazikiem problem jest taki, że jak wiekszość społeczeństwa widzi dziadostwo i badziewiarstwo obecnej Polski. Boi się jednak pisnąć cokolwiek krytycznego, bo zaraz zostanie obszczekany przez "autorytety", a kredyty trzeba spłacać i mieć na wczasy w ciepłych krajach.
"Panie Kaziku, Pan się nie boi
Cały naród murem za Panem stoi"...

11 I 2012   23:11:24

Rozczarowani jesteśmy jak coś, na co bardzo liczymy lub pokładamy w tym nadzieje, niestety nie spełnia oczekiwań. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić że Pan Redaktor z takimi samymi wypiekami oczekuje na płytę Radiohead, Guano Apes i Lady Gaga (chociaż z tekstu wynika że na nową Lady wyczekiwał bardziej bo skoro pierwsze miejsce to i rozczarowanie ogromne – ale nie czepiajmy się gustów muzycznych, bardzo dobre jest to że każdy może napisać o swoich ulubionych płytach i anty-płytach mimo tego że czasem z naszego punktu widzenia są to kompletne bzdury).

Tak mi się jeszcze nasuwa że Pan Redaktor jest kopalnią pomysłów – taki Wujek Dobra Rada – większość zespołów powinna kontaktować się z nim przed wydaniem płyty:

„Cześć tu zespól Radiohead, co mamy pozmieniać?” „Zróbcie płytę identyczna jak OK. Computer, nie kombinujcie z ta elektroniką” „Ok. dzięki wielkie Piotrek”.

„Cześć tu Eddie Vader, co mamy pozmieniać?” „Wywal z nagrań ukulele, niech zostanie tylko twój śpiew” „Ok. dzięki wielkie Piotrek”.

„Cześć tu Metallica, jest też z nami Lou Reed ale śpi teraz na fotelu, co mamy pozmieniać?” „Wywalcie go, śpiewaj ty James, i grajcie jak za dawnych lat – podobają mi się rzeczy które już znam ” „Ok. dzięki wielkie Piotrek”.

Bardzo lubię czytać różnorakie podsumowanie w stylu „Ulubione coś tam” - są inspirujące, czasami dzięki nim poznam jakąś ciekawą płytę, książkę itp., no i mówią sporo o osobniku który ja tworzy. A wszelakie podsumowanie z cyklu „Najgorsze coś tam” są dla mnie strasznie irytujące – to silenie się na dowcip by coś „zjechać”, to mądrzenie się że coś należało zrobić tak a nie inaczej – drażni mnie i śmieszy z jednej strony.

P.S. 1. Swoją drogą kilka płyt bym umieścił na swojej liście z najlepszymi (ale tylko kilka:-))
P.S. 2. Trochę brakuje mi w tym zestawie chińskiej płyty Bayer Full’a – co sugeruje że albo Pan Redaktor nie oczekiwał więc się nie rozczarował lub oczekiwał i się nie rozczarował albo ta płyta nie ukazała się w minionym roku:-)
P.S. 3. Czekam na kolejne podsumowania pozostałych redaktorów. Lista Pana Michała Perzyny (sprzed kilku dni) bardzo ciekawa, chociaż równą połowę zespołów z niej nie znam:-) Jednak opisy skłoniły mnie do zakupu dwóch z tych płyt, mam nadzieję że nie będę rozczarowany:-)

12 I 2012   11:44:34

@ Piano
z ciekawości - na co padło? :>

12 I 2012   22:56:15

@ michalp

Te tytuły to:
Yonderboi "Passive Control"
Soley "We Sink"

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Kąpiel słoneczna w strugach fusion
Sebastian Chosiński

8 V 2021

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj album międzynarodowego jazzrockowego projektu niemieckiego pianisty Joachima Kühna.

więcej »

Non omnis moriar: Z Montrealu do Paryża
Sebastian Chosiński

1 V 2021

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj koncertowy album francuskiego skrzypka jazzowego Didiera Lockwooda i towarzyszącego mu kanadyjskiego kwartetu UZEB.

więcej »

Nie przegap: Kwiecień 2021
Esensja

30 IV 2021

Dla tych, którzy w majówkę chcą nadrobić zaległości, podręczny spis naszych recenzji opublikowanych w kwietniu.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

Dwutakt: Usuwamy najsłabsze utwory z albumów Metalliki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jacek Walewski

Pakiet startowy: 50 najlepszych utworów Kazika według czytelników Esensji
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Jeszcze jedno muzyczne podsumowanie 2011
— Jakub Stępień

Weekendowa Bezsensja: 50 najgorszych okładek płyt 2011 roku
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

25 najlepszych płyt 2011 roku
— Michał Perzyna

Prezenty świąteczne 2011: Muzyczne zachcianki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Po płytę marsz: Listopad 2011
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Po płytę marsz: Październik 2011
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Esensja słucha: Październik 2011
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Bartosz Makświej, Michał Perzyna

Po płytę marsz: Wrzesień 2011 – suplement
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tegoż twórcy

SilnaPłyta
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bezkrólewie
— Mateusz Kowalski

Tu miejsce na labirynt…: Kruk krukowi, czyli Muzyczna opowieść niesamowita
— Sebastian Chosiński

Daj się pożreć… „Robakom”!
— Sebastian Chosiński

Pot i Kreff – Made in Poland: Największy z Wielkiej Czwórki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff – Made in Poland: Metallica poczuła się dobrze!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff – Made in Poland: Polly w ekstazie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Last minute
— Jakub Stępień

Pot i Kreff – Made in Poland: Radiogłowi w oblężonej cytadeli
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff: Kazik grać, k… mać!!!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tegoż autora

Surowy w treści, surowy w formie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nie wszystko da się rozstrzygnąć na ringu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Batman wraca do miasta
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zacne sędziowskie archiwa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Włoski western (niekoniecznie spaghetti)
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Po tamtej stronie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nanopandemia
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dziesięć filmów Michaela Baya w jednym
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rockabilly, metal i RPG
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nie tędy droga
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.