Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

50… 40… 30… 20… 10…: Marzec 2012

Esensja.pl
Esensja.pl
Późno, bo późno, ale jest. Wreszcie udało nam się (już drugi raz) omówić roczniki zakończone trójką. Co ciekawe, wśród wybranych artystów znalazło się aż trzech reprezentantów Skandynawii. Zapraszamy do czytania, słuchania i oglądania!

Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

50… 40… 30… 20… 10…: Marzec 2012

Późno, bo późno, ale jest. Wreszcie udało nam się (już drugi raz) omówić roczniki zakończone trójką. Co ciekawe, wśród wybranych artystów znalazło się aż trzech reprezentantów Skandynawii. Zapraszamy do czytania, słuchania i oglądania!
1963 – Dick Hyman and Mary Mayo „Moon Gas”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Muzyczny kameleon, tytan pracy i mistrz klawiszy – Dick Hyman – wydał na początku lat 60. płytę, która na długo pozostaje w pamięci. Dwie rzeczy najlepiej opisują „Moon Gas”, o której mowa: kosmiczna atmosfera i urzekające wokalizy Mary Mayo. Niektóre kompozycje idealnie nadawałyby się do filmowego dramatu rozgrywającego się w scenerii science-fiction („Maid of the Moon”), inne sprawdziłyby się u Lyncha („Stella by Starlight”). Odmiennie sprawa ma się z tytułowym utworem – ten mógłby pochodzić z wytwórni Ninja Tune, gdyż brzmi niemalże jak nujazzowy standard. Mimo frapującej zawartości longplay przepadł wśród wszelkiej maści jazzowych klasyków z tamtego okresu oraz wzbierających fal rockandrollowej powodzi. Z tego powodu dziś można znaleźć także informacje o tym, że „Moon Gas” światło dzienne ujrzał w 1962. Na szczęście w 2003 roku doszło do wydania nagrań na CD. Niestety, tylko na rynku japońskim.
Jakub Stępień
1973 – Arbete och Fritid „Arbete och Fritid”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Pamiętacie jeszcze szwedzką Hedningarnę? Kapela ta święciła największe triumfy w połowie lat 90. ubiegłego wieku, ciesząc się niemałą popularnością również w Polsce. Choć wrzucano ją do worka z szeroko rozumianym folkiem, grupa Tottego Mattsona wymykała się jednoznacznym klasyfikacjom. W muzyce Hedningarny można było bowiem odnaleźć także wpływy gotyku i rocka progresywnego. Mieszanka iście wybuchowa, ale wcale nie tak oryginalna, jak w pierwszej chwili mogłoby się wydawać. Dlaczego? Ponieważ już dwie dekady wcześniej działał w Uppsali zespół, który nadzwyczaj udanie łączył elementy folku, jazzu, progresu i muzycznej awangardy – nazywał się Arbete och Fritid. Grupa została założona w 1969 roku z inicjatywy kompozytora i multiinstrumentalisty – gitarzysty, basisty, wiolonczelisty i klawiszowca w jednym – Ovego Karlssona. W pierwszym składzie, który nagrał debiutancki album zatytułowany po prostu „Arbete och Fritid” (1970), znaleźli się jeszcze: Roland Keijser (saksofon, flet, klarnet, organy), Torsten Eckerman (trąbka, instrumenty perkusyjne), Kjell Westling (skrzypce, flet, gitara, fortepian, saksofon) oraz Bengt Berger (perkusja). Dwaj ostatni pożegnali się z kompanią po nagraniu drugiej płyty („Andra”, 1971), a na ich miejsce pojawili się Tord Bengtsson (bas) i Bosse Skoglund (perkusja). W nowym zestawieniu zespół najpierw nagrał, do spółki z wokalistą Rolfem Lundqvistem, krążek „Slottsbergets hambo å andra valser” (1972), a następnie, w 1973 roku, będący już właściwym otwarciem nowego rozdziału w historii kapeli – longplay… „Arbete och Fritid” (który z zawartością debiutu nie miał oczywiście nic wspólnego).
Muzyka zawarta na czwartym studyjnym albumie grupy zaskakuje swoim eklektyzmem. Co może działać zarówno na jej korzyść, jak i niekorzyść – to już kwestia gustu. W każdym razie gdyby ktoś uznał, że płyta jest nierówna – miałby dużo racji. Do najsłabszych, z punktu widzenia fana rocka, należą piosenki inspirowane swingiem i country („Slavvals ” i „Nidälven”), na szczęście stanowią one tylko ułamek repertuaru; kto wie zresztą, czy nie trafiły na krążek jako forma żartu, względnie prowokacji artystycznej. Poza tym jest bowiem smakowicie. Potężne wrażenie robi już otwierający całość trzyminutowy instrumentalny „Gånglåt efter Lejsme Per Larsson, Malung”, który brzmi, jakby kapela folkowa zabrała się za granie hard rocka. Ciarki po plecach przebiegają również, gdy słucha się zwariowanych, rozimprowizowanych do granic możliwości „The European Way” oraz „Petrokemi (det kan man inte bada i)” – takiego muzycznego szaleństwa nie powstydziłaby się żadna z klasycznych kapel krautrockowych! Na „Arbete och Fritid” nie brakuje też jednak utworów o typowo folkowej proweniencji, co dziwić absolutnie nie powinno, ponieważ kwintet z Uppsali słynął właśnie z tego, że czerpał pełnymi garściami z krynicy skandynawskich melodii ludowych, przerabiając je przy tym oczywiście na swoją modłę. Wielbicielom mrocznego – wszak to muzyka rodem z pochmurnej Północy – folku na pewno spodobają się takie kawałki, jak nawiązujący do muzyki dawnej (średniowiecznej) „Alâzig-Dans”, hipnotyczny „Dagen lider”, oparty na zapętlonym motywie skrzypiec „Pols efter Steffen Henningsgård, Brekhena” oraz mogący pochwalić się wyeksponowaną partią fletu zamykający płytę „Vägen Till Nyvla”. Najjaśniejszym w nastroju punktem „Arbete och Fritid” jest natomiast roztańczony „Halling efter Ulrik Jensestuen Valdres”, przy którym można by się bawić do upadłego.
Wydana w 2003 roku reedycja kompaktowa albumu, która pojawiła się na rynku z okazji trzydziestej rocznicy jego nagrania, została poszerzona o jeden utwór – prawie dwudziestominutową koncertową improwizację „Ostpusten-Västpusten”. Pierwotnie kawałek ten wypełnił połowę opublikowanego w 1972 roku „pełnometrażowego” longplaya „Club Jazz 6”, dzielonego ze sztokholmską orkiestrą jazzową Kustbandet. Po „Arbete och Fritid” grupa wydała jeszcze pięć płyt – jedną koncertową („Ur spår”, 1975) oraz cztery studyjne („Käringtand”, 1976 – jako zespół towarzyszący Margarecie Söderberg; „Se upp för livet”, 1977; „Sen dansar vi ut”, 1977; „Håll andan”, 1979), po czym przeszła na stałe do historii.
Sebastian Chosiński
1983 – Black Sabbath „Born Again”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Wiadomo, gdy mówi się Black Sabbath, od razu myśli się Ozzy Osbourne. Fani zapewne dodadzą do niego jeszcze Ronniego Jamesa Dio. I trudno się dziwić, bo albumy nagrane z tymi wokalistami (choć nie wszystkie) to już klasyka ciężkiego rocka. Niestety, często zapomina się, że między dziełami z Dio a upadkiem, kiedy za mikrofonem stanął Tony Martin, ukazało się jeszcze jedno wydawnictwo – „Born Again”. Choć nie tak przełomowe jak „Paranoid” czy „Heaven and Hell”, to warte przypomnienia. W 1982 roku nastąpiły kolejne zmiany w składzie Black Sabbath. Odeszli Dio i perkusista Vinny Aplice, wrócił jednak pierwszy pałker – Bill Ward. Pozostała kwestia wokalisty. Na Ozzy’ego nie mieli co liczyć, ale chcieli ściągnąć kogoś, kto z miejsca zapewniłby im rozgłos. Brani pod uwagę byli David Coverdale i osierocony po rozpadzie Led Zeppelin Robert Plant. Ostatecznie wybór padł na Iana Gillana, najbardziej znanego krzykacza ze wszystkich składów Deep Purple. Jak się okazało, był to świetny strzał, choć nie obyło się bez porównań z jego macierzystą formacją (zwłaszcza w utworach „Trashed” i „Digital Bitch”). Są jednak i prawdziwie sabbathowe momenty, z czego co najmniej dwa zasługują na wyróżnienie. Pierwszym jest „Disturbing the Priest”, w którym Gillan pokazuje ogrom swoich możliwości. Drugim natomiast potężny „Zero the Hero”, zbudowany na miażdżącym riffie Iommiego i ozdobiony charakterystyczną dla niego solówką. Na uwagę zasługuje również ballada „Born Again”, w której Gillan co prawda za bardzo się popisuje, ale nie umniejsza to jej uroku. Reszta materiału również nie schodzi poniżej wysokiego poziomu (smaczku dodają dwie miniatury – „Stonehenge” i „The Dark”). W efekcie otrzymaliśmy ostatnią udaną płytę Black Sabbath (choć jej autorzy twierdzą inaczej). I wszystko byłoby super, gdyby nie ta okropna okładka…
Piotr „Pi” Gołębiewski
1993 – Motorpsycho „Demon Box”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Dla poszukujących ciekawych brzmień spoza Wielkiej Brytanii i USA Skandynawia to wdzięczny region, obfitujący w grupy grające muzykę opartą na klasycznie rockowych instrumentarium, która jednak nie daje się łatwo zaszufladkować. Dla tych, którzy cenią sobie to, co na gitarowej scenie działo się przed dwudziestoma laty, norweski Motorpsycho będzie strzałem w dziesiątkę. Niech was nie zwiedzie pierwszy na liście track, akustyczno-folkowy „Waiting For The One”, gdyż drugi album w dyskografii Norwegów to jazda po wielu gatunkach rockowej alternatywy przełomu lat 80. i 90. Kolejne kompozycje zahaczają o wczesne Flaming Lips („Nothing To Say”, „The One Who Went Away”) i Sebadoh („Come On In”), Mudhoney („Sunchild”) czy Mr. Bungle („Step inside again”). Wrażenie robią ciężkie, riffowe momenty – jak epicki, sludge’owy utwór tytułowy i „Feedtime”, którego nie powstydziliby się wykonawcy z kręgu death metalu. Nie sposób też uwolnić się od podniosłej melodii refrenu „Plan #1”. Garażowy, ostry grunge w postaci „Sheer Profoundity” powinien spodobać się fanom brudnego i niemalże amatorskiego stylu undergroundowej piwnicy. Ci, którym pierwszy utwór na krążku przypadł do gustu, znajdą jeszcze kilka fragmentów w spokojnym klimacie prog rocka lat 70. Ważne natomiast jest to, że mimo tych stylistycznych wygibasów „Demon Box” sprawdza się jako zamknięta historia i daje świetny wgląd w to, jak wyglądał rock początku lat 90. – nie tylko za Wielką Wodą.
Jakub Stępień
2003 – Plej „Electronic Music From The Swedish Leftcoast”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
„Electronic Music From The Swedish Leftcoast” to długi (i sporo mówiący o prezentowanych brzmieniach) tytuł debiutanckiego krążka duetu Plej, złożonego z braci Arvida i Ertika Niklassonów. Ich twórczość to przede wszystkim miękka elektronika wpisująca się gdzieś pomiędzy downtempo oraz house, ale także z jazzowymi zapożyczeniami i z pojawiającymi się kilkakrotnie, niezłymi wokalami. Dwanaście kompozycji to ciepłe, pulsujące i płynące dźwięki, które chwilami ocierają się o przyjemną taneczność, ale najlepiej sprawdzają się chyba jednak jako dość dynamiczne tło dla przeróżnych – zwłaszcza towarzyskich – okazji. Co ważne, na płycie jest co najmniej kilka naprawdę chwytliwych numerów, mogących na długo zawładnąć uszami, głowami i nogami fanów prostej, aksamitnej elektroniki. Spośród nich na szczególną uwagę zasługują: rozmyty „Blue” – na którym śpiewa Jonatan Bäckelie, chyba najbardziej popowy „Song” z udziałem Salome Kent czy wreszcie żywy i bujający, wsparty subtelną trąbką „You” (z ponownie pojawiającym się Jonatanem). Jak widać najlepiej wypadają utwory z interesującymi, gościnnymi głosami (na reszcie słyszymy głównie Arvida), ale nie oznacza to, że pozostałe numery, również w wersjach instrumentalnych, nie mają w sobie odpowiedniej mocy i dużego potencjału. Choćby świetny „Evum” – oparty na dobrym podkładzie oraz znakomitych dęciakach bądź najbardziej downtempowy „Soulset”. „Electronic Music From The Swedish Leftcoast” broni się na dodatek jako całość – to kompletny i melodyjny materiał, godny nawet najlepszej domówki.
Michał Perzyna
koniec
30 marca 2012

Komentarze

« 1 2
02 IV 2012   09:44:53

No a "Dehumanizer"?

02 IV 2012   14:44:42

@Pi - to rób notatki, ale nie pisz że dobre płyty są złe tylko dlatego że tobie się nie podobają.

« 1 2

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Zagraj to jeszcze raz Sam: Szalony świat smutnego clowna
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

23 V 2018

Po czym poznać dobrą kompozycję? Po tym, że można ją zagrać na tysiąc sposobów i ciężko ją zepsuć. Współczesna muzyka pop co prawda wyspecjalizowała się w niszczeniu znakomitych utworów sprzed lat, ale „Mad World” Tears For Fears póki co miał szczęście do wykonawców, którzy się za niego zabierali.

więcej »

Non omnis moriar: Jak wypromować hinduskiego żółtodzioba
Sebastian Chosiński

19 V 2018

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz piętnasty niemiecka formacja Embryo.

więcej »

Zagraj to jeszcze raz Sam: Szwajcaria dla świata
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

16 V 2018

Jest taki rodzaj filmów, o których mówi się, że są tak złe, że aż dobre. Dziś będzie o podobnym zjawisku, tyle, że w dziedzinie muzyki. A konkretnie chodzi o „We Are the World” zaśpiewany przez wyjątkowo malowniczy odpowiednik USA for Africa.

więcej »

Polecamy

Szalony świat smutnego clowna

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Szalony świat smutnego clowna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Szwajcaria dla świata
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Kapela ze wsi Szczecin
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Miałem 10 lat…
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Podglądanie kochanków
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pośpiewajmy razem w podróży
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Leży w zsypie pijany cieć Mieciek
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bieszczadzcy metale
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

W oczekiwaniu na nową płytę Toola
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dzień dobry, digliśmobry
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Inne recenzje

Pakiet startowy: Black Sabbath bez Ozzy’ego
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Z tego cyklu

Podsumowanie
— Esensja

Listopad 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Mateusz Kowalski, Przemysław Pietruszewski

Październik 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Przemysław Pietruszewski

Wrzesień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Sierpień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz

Lipiec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Michał Perzyna

Czerwiec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Michał Perzyna

Maj 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Kwiecień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Luty 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Tegoż autora

Marvel: Dyrektor z pazurami
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Sam: Szalony świat smutnego clowna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tu miejsce na labirynt…: Stara forma, nowa treść
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Rozciągnięty w czasie wideoklip
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Jak wypromować hinduskiego żółtodzioba
— Sebastian Chosiński

Marvel: Jestem Groot!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Sam: Szwajcaria dla świata
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tu miejsce na labirynt…: Jeszcze więcej radości
— Sebastian Chosiński

Thanos kopie tyłki!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

East Side Story: Western i T-34
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.