Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 22 stycznia 2018
w Esensji w Esensjopedii

50… 40… 30… 20… 10…: Kwiecień 2012

Esensja.pl
Esensja.pl
Na początek długiego i ciepłego weekendu kolejna porcja znakomitych, ale trochę mniej znanych (lub zapomnianych) płyt sprzed lat. Wśród wybranych artystów: Johnny Cash, Jazz Q, Meat Puppets, Paraphrenia oraz Mylo. Miłej lektury.
1964 – Johnny Cash „Bitter Tears: Ballads of the American Indian”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Rok 1964 był bez wątpienia jednym z najlepszych w karierze Johnny’ego Casha. Wydał wtedy dwie wyśmienite płyty, będące jednymi z najlepszych w jego dorobku. Pierwszą jest wypełniona hitami „I Walk the Line”, drugą natomiast album koncepcyjny „Bitter Tears: Ballads of the American Indian”, z którego wykrojono tylko jeden (i to mniej znany) singiel. Reszta bowiem była jak na owe czasy zbyt kontrowersyjna. Jej tematyka skupiała się na niewesołym losie rdzennych mieszkańców Ameryki, czyli czymś, co do dziś stanowi niemy wyrzut sumienia po drugiej stronie Atlantyku. Podobno bezpośrednim powodem nagrania tej płyty były więzy krwi łączące rodzinę Cashów z plemieniem Czirokezów, aczkolwiek można powątpiewać w tę opowieść, ponieważ w następnych latach Johnny w ten sam sposób mówił, że w jego żyłach płynie krew Szkotów, Anglików i Irlandczyków. Jakkolwiek by nie było, słuchając krążka czuć, że faktycznie poruszyły go losy Indian pozamykanych w rezerwatach. Już w otwierającym całość, przepełnionym goryczą „As Long as the Grass Shall Grow” (ze słowami Petera La Farge) opowiada o tym, w jaki sposób prezydenci USA, poczynając od Waszyngtona, wykorzystywali naiwność czerwonoskórych. La Farge był zresztą autorem większości tekstów na tej płycie, w tym ironicznego, demaskującego męstwo generała Custera utworu „Custer”, którego wymowa jest spotęgowana przez muzykę rodem z wiejskiej imprezy (oczywiście chodzi o wieś amerykańską, ponieważ utwory utrzymane są w stylistyce country). Na uwagę zasługuje również wspomniany jedyny singiel – „The Ballad of Ira Hayes”, opowiadający historię Indianina, który został obwołany bohaterem narodowym, ponieważ był jednym z żołnierzy, którzy ustawiali amerykańską flagę na szczycie Suribachi po zdobyciu Iwo Jimy, a których uwiecznił na słynnej fotografii Joe Rosenthal. Ira skończył jako alkoholik i umarł w zapomnieniu. Tych, którzy chcą bliżej poznać tę historię, odsyłam do filmu Clinta Eastwooda „Sztandar chwały”. Album kończy „The Vanishing Race”, stylizowany na indiańską modlitwę do przodków. Pomimo upływu pięćdziesięciu lat od czasu ukazania się, krążek ten wciąż potrafi chwycić za serce, a tematy na nim poruszane nie straciły nic ze swojej aktualności.
Piotr „Pi” Gołębiewski
1974 – Jazz Q (Praha) „Symbiosis”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Nigdy nie śmiejmy się z Czechów ani Słowaków! W pierwszej połowie latach 70. ubiegłego wieku, kiedy w Polsce za artystyczne eksperymenty brał się w zasadzie jedynie Czesław Niemen, kiedy do lotu dopiero szykowali się panowie z SBB, u naszych południowych sąsiadów istniała już bardzo prężnie działająca scena muzyczna, rekrutująca wykonawców z pogranicza jazzu i rockowej awangardy. Wystarczy wymienić takich wykonawców jak Flamengo, Modry Efekt, Progres 2, Synkopy 61, Stromboli, Collegium Musicum, The Plastic People of the Universe czy Jazz Q, które niekiedy do swojej nazwy dorzucało jeszcze trzeci człon – „Praha” (bądź „Prague”, jeśli akurat muzycy wyjechali na Zachód). Były to grupy, których popularność wykraczała znacznie poza ojczystą Czechosłowację; często koncertowały one za „żelazną kurtyną”, a nawet nagrywały i wydawały płyty w Niemczech Zachodnich. Gdy w 1969 roku w wolnej części Berlina znalazła się na występach grupa Flamengo, jej współlider, gitarzysta František Francl, poznał tam angielską śpiewaczkę jazzową i bluesową Joan Duggan, którą zabrał ze sobą do Pragi i która wkrótce została jego żoną. Cztery lata później państwo Franclowie zasilili natomiast szeregi prowadzonej przez klawiszowca Martina Kratochvíla kapeli Jazz Q; František zastąpił tym samym Luboša Andršta, który właśnie w tym czasie postanowił działać na własny rachunek i założył zespół Energit. Jazz Q mieli w tym momencie na koncie już dwa kapitalne longplaye: nagrany wspólnie z Modrym Efektem „Coniunctio” (1970) oraz „Pozorovatelna” (1973). Oba były niemal całkowicie instrumentalne; „niemal”, ponieważ w jednym utworze („Trifid”) na drugim z krążków zaśpiewała gościnnie pani Duggan. Eksperyment okazał się na tyle udany, że Kratochvíl zdecydował, by następna płyta była już w całości, choć znów z jednym małym wyjątkiem, wokalno-instrumentalna.
Choć dziś może to zabrzmieć niewiarygodnie, album „Symbiosis” został nagrany w ciągu jednego dnia – 14 maja 1973 roku; ukazał się zaś rok później nakładem Supraphonu. Poza Kratochvílem, Franclem i Duggan możemy usłyszeć na nim jeszcze basistę Vladimira Padrůněka oraz perkusistę Michala Vrboveca; liczni są również zaproszeni goście, wśród których znajdujemy między innymi muzyków tej miary co Jan Kubík i Vladimír Mišík z Flamengo oraz Lešek Semelka z Modrego Efektu. Wspólnymi siłami nagrali oni album, który bez najmniejszych wątpliwości określić można mianem arcydzieła jazz-rocka. Który bez obaw o śmieszność można postawić obok krążków takich wykonawców jak Miles Davis, Weather Report, Mahavishnu Orchestra, Return to Forever, Uzeb czy kapel ze sceny Canterbury. Winylowa wersja „Symbiosis” zawiera pięć utworów. Otwiera ją snujący się, hipnotyczno-balladowy „From Dark to Light”, który następnie przechodzi w elektryczny jazzowy blues „Lost Soul” (Duggan śpiewa tu, jakby była rodzoną siostrą Janis Joplin). „Starbird” to z kolei popis Kratochvíla-pianisty, z drugiej jednak strony nie brakuje w nim także fragmentów o bardziej rockowej proweniencji; kolejny raz na wielki ukłon zasługuje też Joan, tym razem udowadniająca, że i inspiracje śpiewem Elli Fitzgerald nie są jej obce. Prawdziwym opus magnum „Symbiosis” jest jednak ponad szesnastominutowy „The Wizard” – progresywno-jazzowa suita, w której nie brakuje niczego: ani energii, ani zadumy, ani pompatycznego chórku, ani wspaniałych solówek (Francl-gitarzysta wspina się na najwyższe szczyty). Wszystkie emocje wycisza zaś stonowany instrumentalny „Epilog”. Edycję CD krążka uzupełniono jeszcze o prawie dziesięciominutową kompozycję Kratochvíla „Presage” – kolejny wyśmienity kąsek fusion z intrygującą wokalizą Duggan.
Warto dodać, że rok 1974 był dla czeskiego rocka nadzwyczaj udany. Poza „Symbiosis” ukazały się bowiem także dwie nowe płyty Modrego Efektu – „Modry Efekt & Radim Hladík” oraz „Nova synteza 2” (nagrana do spółki z Orkiestrą Jazzową Radia Czechosłowackiego) – obie wcale nie gorsze od krążka sygnowanego przez Jazz Q.
Sebastian Chosiński
1984 – Meat Puppets „Meat Puppets II”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Meat Puppets. Kogo dziś elektryzuje ta nazwa, rączka w górę. Jedna, druga… To wszystko? Raczej tak. Kapela ta święciła największe triumfy w latach 80. i to głównie w Stanach, może jeszcze w Australii. Dziś wiele osób kojarzy przede wszystkim trzy utwory ich autorstwa wykonane wraz z grupą Nirvana na jej „MTV Unplugged”. Pochodziły one z najlepszej w dyskografii braci Kirkwood – płyty „Meat Puppets II” z 1984 roku. Sama płyta oferuje o wiele więcej niż tylko te przypomniane przez grunge’owców kompozycje. Otwierający krążek, oparty na galopującym basie, pełen kosmiczno-gitarowych dźwięków „Split Myself in Two” to prawdziwa wizytówka grupy i perełka stylu ochrzczonego cowpunkiem. Pędzący za nim „Magic Toy Missing” to country pełną gębą. Dalej mamy jeszcze trochę folku à la Dylan, nut rodem z nagrań Casha, obdarzonych tekstami pełnymi humoru czy autoironii („Lost”, „Climbing”), a także brzmieniowe wycieczki w bardziej psychodeliczne klimaty. Im dłużej trwa płyta, tym więcej w nagraniach tria dźwiękowego brudu, instrumentalnego niechlujstwa, a mniej poukładanych i zaczesanych kowbojskich szlagierów. Meat Puppets może i nie byli pionierami mieszania country i punk rocka, lecz z pewnością należą do najbardziej kreatywnych reprezentantów tego nurtu, wzbogacając muzykę o odcienie drugiej połowy lat 60., jak choćby w „We’re Here”, czy alternatywne rozwiązania w iskrzącym od gitarowych przesterów „New Gods”. Muzykom udaje się też zauroczyć nastrojowymi, instrumentalnymi kompozycjami: kołyszącym, przestrzennym „Aurora Borealis” oraz nawiązującym do „Blackbird” The Beatles – „I’m a Mindless Idiot”.
Wracając do wspomnianych trzech nagrań odświeżonych w latach 90., czyli „Plateau”, „Oh, Me” i „Lake of Fire” – mimo że niewiele w nich klasycznego country czy punka, to świetnie wpisują się w kierunek i cel, jaki zespół Kirkwoodów na „Meat Puppets II” sobie założył: zobrazować leniwe popołudnie w wykonaniu kilku nastolatków z Arizony, spędzone na szwendaniu się po okolicy, narzekaniu na rzeczywistość, snuciu planów na przyszłość, a i czasem na zwyczajnych wygłupach. Efekt? Frapujący, uniwersalny i ponadczasowy.
Jakub Stępień
1994 – Paraphrenia „Mantrykota”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Pierwsza połowa lat 90. ubiegłego wieku zaznaczyła się w historii polskiej muzyki rockowej boomem porównywalnym z tym, który obserwowaliśmy dekadę wcześniej. Z tą różnicą, że wtedy rodziły się legendy, które nie miały większej możliwości, aby zaistnieć – głównie z przyczyn polityczno-cenzuralnych – na płytach i w mediach, z kolei po kapelach z początku lat 90. pozostało wiele albumów, ale ich wykonawcy w sporej części odeszli już w zapomnienie. Tak się ma rzecz chociażby z warszawskim zespołem Paraphrenia, który jako laureat festiwalu jarocińskiego w 1993 roku otrzymał w nagrodę kontakt płytowy. Album rzeczywiście powstał, wydała go firma Intersonus pod tytułem „Mantrykota”. Krążek spotkał się jednak z nikłym zainteresowaniem słuchaczy – w Jarocinie kapelę ocenili wysoko jurorzy, nie publiczność! – i szybko trafił na wyprzedaże; dzisiaj natomiast jest prawdziwym rarytasem. Paraphrenia była kwartetem, który tworzyli: wokalista i autor tekstów Sławomir Młynarczyk, gitarzysta Bartłomiej Tyciński, basista Maciej Wyrobek oraz perkusista Dariusz Piskorz. Na krążku znalazło się trzynaście utworów, które wymykają się łatwym klasyfikacjom. Słychać w muzyce warszawiaków wpływy punk rocka spod znaku Dezertera, Deutera czy Farben Lehre („Miasto”, „Waleriana”, „Nabrzeża”), ale również dźwięki kojarzące się bezpośrednio z przeżywającym wówczas apogeum popularności grunge’em z okolic Soundgarden („Wszystko jedno”, „Wiesieque”, „Leon”); nie brakuje też inspiracji pokręconą alternatywą, której królami byli w tamtych czasach wykonawcy pokroju Primusa czy Rage Against the Machine („Szanuj to, co masz”, „Targowiska”).
Jednak czy to wystarczy, by przejść do historii? Skądże! Na to Paraphrenia zasłużyła sobie innymi kawałkami. Kompletnie odjechanymi i schizofrenicznymi – zarówno tekstowo, jak i muzycznie – „Motfiłem” i „Hej! człowieku” (zagranym ostro i rockowo, ale w rytmie… reggae), który Młynarczyk ozdobił niezapomnianym tekstem: „Hożęsjo Coehlo często śnił / że hodują go jak królika w klatce / i niebawem zarżną, by zrobić pasztet / często budził się usmarkany krwią / a potem długo w nocy nie mógł zasnąć / wtedy koił go cichy szept żony własnej (…) w oddali słyszał ciągle noży zgrzyt / a hipnotyczny głos oprawcy / mamrotał ciągle ten sam tekst: / Hej, człowieku, uspokój się (…)”. Ciekawostką, choć zdecydowanie godną uwagi, jest numer zatytułowany „Breakout”, pod którym kryje się bardzo surowa, zaśpiewana gościnnie przez Aldonę Jacórzyńską, wersja „Na drugim brzegu tęczy”. Opus magnum albumu stanowi natomiast zamykająca go ponad jedenastominutowa kompozycja „Mantrakota” (sic!), w której muzycy dają już w pełni upust swojej bogatej wyobraźni. Momentami jest szorstko aż do bólu, gitary świdrują uszy, wdzierają się w podświadomość, a nad wszystkim unosi się duch krautrockowych eksperymentatorów sprzed czterdziestu lat (Can, Guru Guru, Faust, Embryo czy Amon Düül). Album „Mantrykota” zdecydowanie wyprzedził swój czas, na taką muzykę polska publika nie była wtedy jeszcze przygotowana. Co zresztą zespół przypłacił życiem. Niektórzy z muzyków Paraphrenii udzielali się później w zespołach Starzy Singers oraz Mitch & Mitch; najbardziej aktywny po dziś dzień jest bębniarz Dariusz Piskorz, którego po okresie współpracy z Sex Bombą i – uwaga, uwaga! – Papa Dance, można zobaczyć i usłyszeć w reaktywowanym niedawno przez Rafała Olbrychskiego Reds oraz supertriu SAR (Sunday Alternative Rockers).
Sebastian Chosiński
2004 – Mylo „Destroy Rock & Roll”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Swego czasu krążek „Destroy Rock & Roll” potrafił wzbudzić niemałą falę zachwytów wśród miłośników tanecznej elektroniki. Szybko sypały się więc tytuły „płyty roku”, a muzyka i producenta – Milesa MacInnesa – porównywano choćby do takich gwiazd jak Röyksopp, Daft Punk czy Zero 7. Niewątpliwie Szkot wiele zawdzięcza nie tylko tym wyżej wymienionym artystom, ale co najważniejsze – sam, pracując po prostu na własnym komputerze, stworzył jeden z bardziej hipnotyzujących klubowych albumów, który stylowo waha się pomiędzy przyjemnie kołyszącym downtempem oraz porywającym, żywym housem. Prawda jest taka, że wbrew tytułowi „Destroy Rock & Roll” niczego nie niszczy, jest na to zbyt pogodny, przystępny, chwytliwy. A przy tym skonstruowany za pomocą naprawdę prostych środków – wykorzystując przeróżne sample i wsparty jedynie skrawkami zapadających w głowie wokali.
W iście lounge’owy nastrój wprowadza senny „Valley Of The Dolls”, tą samą drogą idzie jeszcze bardziej spowolniony i kojący „Sunworshipper”, ale już „Muscle Cars” rozkręca się żywo i zwiastuje nadchodzącą konieczność odwiedzenia najbliższego w okolicy parkietu. Jego następca – „Drop The Pressure” – to w pełni taneczny, energicznie bujający i elektryzujący kawałek. Te cztery wymienione, otwierające bogaty longplay utwory to najlepszy wyznacznik charakteru całego debiutu Mylo. A że jest na nim aż czternaście numerów, to emocji nie brakuje. Zamykający wydawnictwo „Emotion 98.6” osobiście darzę największym sentymentem. To delikatne, chilloutowe zakończenie, pozwalające złapać oddech po wciągającej, elektronicznej przygodzie z różnorodnym „Destroy Rock & Roll”. Przygodzie, do której chce się wracać co roku, zwłaszcza latem.
Michał Perzyna
koniec
27 kwietnia 2012
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Non omnis moriar: Zemsta na caudillo Franco
Sebastian Chosiński

20 I 2018

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj krautrockowa legenda – Embryo (po raz drugi, a w zasadzie trzeci).

więcej »
Fot. IMDb.com

Pożegnania 2017 (2)
Jarosław Loretz

19 I 2018

Przypomnijmy sobie, kto odszedł w roku 2017. Dziś miesiące kwiecień-czerwiec.

więcej »

50 najlepszych płyt muzycznych 2017 roku
Esensja

19 I 2018

Zgodnie z wielowiekową tradycją prezentujemy zestawienie najlepszych płyt minionego roku. Nie należał on do wybitnie udanych, ale co najmniej pięćdziesiąt płyt wartych jest poznania. Oto one.

więcej »

Polecamy

Nauczyli się latać

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Śniegu płoń!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Inne recenzje

50… 40… 30… 20… 10…: Podsumowanie
— Esensja

Kosmiczne dźwięki z czeskiej Pragi
— Sebastian Chosiński

Z tego cyklu

Podsumowanie
— Esensja

Listopad 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Mateusz Kowalski, Przemysław Pietruszewski

Październik 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Przemysław Pietruszewski

Wrzesień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Sierpień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz

Lipiec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Michał Perzyna

Czerwiec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Michał Perzyna

Maj 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Marzec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Luty 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Tegoż twórcy

Tu miejsce na labirynt…: Fusion dla emerytów
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Diament z odległej przeszłości
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Trzydzieści lat minęło…
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Od Milesa Davisa do bossa novy
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: W okresie burzy i naporu
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Jazz-rockowo-elektroniczny skok na parkiet
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Nowy muzyczny świat
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Muzyczna podróż z Pori do Kartaginy
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Arcydzieło jazz-rockowej awangardy
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

East Side Story: Dwie – wcale nie zgryźliwe – tetryczki
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Zemsta na caudillo Franco
— Sebastian Chosiński

Barbarzyńska przyjemność
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Sam: Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

10 nie tak oczywistych piosenek The Cranberries ...i bonus
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

East Side Story: Współczesny western górniczy
— Sebastian Chosiński

Nowa nadzieja w Kolekcji
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Sam: Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

East Side Story: Bardzo starzy oboje i ich wnuczka
— Sebastian Chosiński

Marvel: Koniec nieskończoności
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.