Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 27 maja 2018
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

50… 40… 30… 20… 10…: Maj 2012

Esensja.pl
Esensja.pl
Them, Fantasia, The Smiths, Neil Young & Pearl Jam oraz Sweet Coffee – co łączy te zespoły? Dla naszego cyklu najistotniejsze, że mają w swych dorobkach naprawdę dobre albumy, które ukazały się w latach z „piątką” na końcu. Oto ich przypomnienie.

Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

50… 40… 30… 20… 10…: Maj 2012

Them, Fantasia, The Smiths, Neil Young & Pearl Jam oraz Sweet Coffee – co łączy te zespoły? Dla naszego cyklu najistotniejsze, że mają w swych dorobkach naprawdę dobre albumy, które ukazały się w latach z „piątką” na końcu. Oto ich przypomnienie.
1965 – Them „The Angry Young Them” / „Them”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Tych pięciu złych, smutnych i szczerych do bólu buntowników Decca ściągnęła do Londynu wprost z Irlandii Północnej w 1964 roku, raptem kilka miesięcy po ich debiucie na scenie Maritime Hotel w Belfaście. Już drugi singiel grupy – „Baby Please Don’t Go”/„Gloria” – okazał się wielkim sukcesem, wchodząc do Top Ten UK. Kolejny – „Here Comes the Night”/„All For Myself” – osiągnał na liście fenomenalne drugie miejsce w marcu 1965 roku.
W tym samym roku ukazał się debiutancki materiał grupy. Wydany, oczywiście, przez Decca Records w Wielkiej Brytanii pod nazwą „The Angry Young Them”, zawierał mieszankę coverów oraz autorskich kompozycji. Krążek utrzymany był w podobnych tonacjach co wczesne nagrania The Rolling Stones, do tego w niczym płycie Jaggera i spółki nie ustępował. Powodów, dla których amerykańska edycja (wypuszczona przez Parrot) posiadała zmienioną playlistę, mogło być kilka. Efekt jest taki, że w oficjalnej dyskografii Them mamy dwa debiuty – „The Angry Young Them” (UK, Decca) i po prostu „Them” (USA, Parrot). Za wersją brytyjską przemawia choćby obecność „Just a Little Bit” – z przejmującym, soulowym wyznaniem Vana i ujmującą solówką na organach. Wersję amerykańską otwiera znany w Europie z singla cover „Here Come the Night”. Można debatować, który krążek jest lepszą kompilacją, istotne jest natomiast to, że materiał na nich zgromadzony to dobra odpowiedź na pytanie, które być może kiedyś dzieci będą zadawać rodzicom: „A co to w ogóle był ten rock?”. Utwory w stylu „Mystic Eyes”, „You Just Can’t Win” to prawdziwe przebiśniegi ukazujące, jak krystalizowała się muzyka w latach 60., jak również potwierdzenie faktu, że takie kapele jak The Animals, The Rolling Stones, Yardbirds, The Kinks czy The Who miały wspólne korzenie i w podobny sposób budowały repertuar oraz kreowały image. Warto sięgnąć po te nagrania także po to, by posłuchać głosu, który przyczynił się do powstania pewnego kanonu. Van Morrison z czasów Them to wokalista w świetnej formie, urzekający barwą, tembrem i ekspresją.
To, czym Them wspólnie z wymienionymi pozostałami uczestnikami „brytyjskiej inwazji” zachwycili amerykańskich nastolatków i studentów, słychać u The Doors, The Stooges, The 13th Floor Elevators, The Velvet Underground czy MC5. Czy można jednak bardziej zarekomendować ten (te) album (albumy) niż tym, że to właśnie tutaj Van Morrison umieścił swój nieśmiertelny hymn-piosenkę „Gloria”? Utwór ten, który stał się jednym z najczęściej coverowanych kawałków, nagrał zespół debiutujący albumem w ponad pięćdziesięciu procentach składającym się z przeróbek. Jako że to właśnie wokalista był twórcą autorskiego materiału grupy, wiadomo było, że prędzej czy później postanowi sygnować całość swoim nazwiskiem. Zanim drogi jego i pozostałych muzyków się rozeszły, Them zdążyli nagrać jeszcze jeden longplay z Morrisonem. W 1967 roku Van rozpoczął owocną karierę solową. Lecz to już inna historia.
Jakub Stępień
1975 – Fantasia „Fantasia”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Pietarsaari (czy też Jakobstad) to niewielkie (w porównaniu z polskimi warunkami) fińskie miasto położone w zachodniej części kraju nad Zatoką Botnicką. Dzisiaj liczy niespełna dwadzieścia tysięcy mieszkańców. A ilu ich liczyło prawie czterdzieści lat temu? W czasie gdy kilku młodych zapaleńców zakładało amatorski zespół The Things, który później przeistoczył się w St. Marcus Blues Band? W każdym razie grupa kariery nie zrobiła. Może mieli wówczas za mało serca do grania bluesa, a może zwyczajnie ich muzyka nie trafiła na dobry moment. Bo co do tego, że odpowiednie umiejętności posiadali – nie można mieć wątpliwości. W 1973 roku postanowili diametralnie odmienić oblicze muzyczne kapeli, przy okazji przyjmując nową nazwę. Jako Fantasia – swoją drogą, zbytnio się nie wysilili – postanowili grać przeżywający w tamtym czasie największy rozkwit rock symfoniczny, w ich przypadku zaprawiony jeszcze szczyptą fusion (bardziej jednak typowego dla brytyjskiej sceny Canterbury aniżeli artystów zza Atlantyku). Ton zespołowi nadawali przede wszystkim dwaj muzycy: wokalista i gitarzysta (przy okazji też autor wszystkich kompozycji) Hannu Lindblom oraz perkusista Karl-Erik Rönngård. Skład uzupełniali jeszcze: Jukka Halttunen (gitara), Markku Lönngren (bas) i Paavo Osola (klawisze), których po kilku tygodniach zastąpili klawiszowiec Roul Helantie (odpowiedzialny również za pisane w języku ojczystym teksty) i basista Harri Piha. W tym składzie Fantasia nagrała, jak się okazało, swój jedyny krążek, który ujrzał światło dzienne w 1975 roku.
Poza wspomnianymi już muzykami w niektórych utworach można też na nim usłyszeć saksofonistę Pekkę Pöyry, choć są to raczej rzadkie chwile (głównie utwór zatytułowany „Unikuva”). W warstwie instrumentalnej „Fantasia” jest concept-albumem, wszystkie numery utrzymane są bowiem w podobnej tonacji, na dodatek można odnieść wrażenie, że każdy kolejny wynika z poprzedniego, wykorzystując obecne w nim wątki muzyczne. Słucha się więc tej płyty jak trzydziestopięciominutowej suity podzielonej (choć nie jest to nigdzie oficjalnie zaznaczone) na dziewięć części. Początek przywodzi na myśl Camel („Pilvien takaa”), z tą jednak różnicą, że wokal Lindbloma mimo wszystko niewiele ma wspólnego z głosem Andrew Latimera i innych śpiewaków, którzy przewinęli się przez londyński ansambl. Później robi się bardziej jazz-rockowo („Huutokauppa”, „Agressio”), choć podkreślić należy, że Finowie ani przez moment nie dają zapomnieć, iż są głównie bandem progresywno-symfonicznym. Ich muzyka urzeka lekkością i melodyjnością, jest w niej też niezwykły baśniowy klimat (vide „Tulen pisara”, króciutkie „Härmä jazz”), przywodzący na myśl chociażby wydany w tym samym roku krążek Camela „The Snow Goose”. I choć zaserwowany na finał numer „Depressio” pobrzmiewa nieco poważniejszymi tonami, jego zwieńczenie jest radosne.
W 1976 roku grupa odbyła krótką trasę po ówczesnym Związku Radzieckim; objęła ona trzy miasta: Leningrad, Rygę i Moskwę. A potem… zaczęły się kłopoty ze składem. Muzycy przychodzili i odchodzili, aż w końcu pod koniec lat 70. zespół przestał istnieć. Po kilkuletniej przerwie Lindblom reaktywował St. Marcus Blues Band, z którym gra do dzisiaj. Jedyna nagrana przez Fantasię płyta stała się natomiast kolekcjonerskim rarytasem.
Sebastian Chosiński
1985 – The Smiths „Meat is Murder”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Dzisiaj, w świecie muzycznym zdominowanym przez elektronikę, taki zespół najprawdopodobniej nie zrobiłby wielkiej kariery. Muzykom wytykano by zapewne pretensjonalną nazwę i zbyt proste – choć, powiedzmy to sobie od razu: wcale nie banalne – melodie oparte na brzmieniach gitarowych. Być może zyskaliby rozgłos w wąskim gronie fanów alternatywnego rocka, ale o statusie kapeli kultowej mogliby jedynie pomarzyć. Na szczęście do świata show-businessu The Smiths wkroczyło trzydzieści lat temu, kiedy panowały jeszcze zupełnie inne artystyczne trendy i mody i potrafiono docenić to, co nie zawsze skomplikowane, ale za to bardzo melodyjne i – zwyczajnie – urocze. Grupa powstała w Manchesterze w 1982 roku i choć nosiła typowo angielską nazwę, znaleźli się w niej przede wszystkim muzycy o korzeniach irlandzkich. Od samego początku istnienia ton kapeli nadawali dwaj panowie: wokalista i poeta (Steven Patrick) Morrissey oraz gitarzysta Johnny Marr. Pierwszego singla („Hand in Glove”) wydali w maju 1983, a pierwszy album („The Smiths”) – w lutym następnego roku. Osiem miesięcy później, dyskontując popularność zdobytą przez kwartet na Wyspach Brytyjskich, wytwórnia Rough Trade wydała składankowy krążek „Harful of Hollow” (zebrano na nim piosenki z singli oraz z sesji radiowych), który stanowił idealne wprowadzenie do drugiego pełnoprawnego longplaya „Kowalskich” – „Meat is Murder” (co za wegetariański tytuł!). Płyta zaskakiwała już okładką, na której znalazł się – zwielokrotniony do czterech – wizerunek amerykańskiego żołnierza, który zapożyczony został z plakatu poświęconego wojnie wietnamskiej nominowanego do Oscara dokumentalnego filmu Emile’a de Antonio „In the Year of the Pig” (1968).
Krążek zawiera dziewięć piosenek, które trwają w sumie (bez kilkunastu sekund) czterdzieści minut. Słowem: ówczesna norma. Podobnie jak na debiutanckim albumie, także tutaj znalazły się utwory pozbawione pretensji do bycia Wielką Sztuką, ale za to urzekające melodyjnością i hipnotyzującym głosem Morrisseya. Wykrojono z tej płyty zaledwie jeden singiel, który trafił na listy przebojów – to „That Joke Isn’t Funny Anymore”. Co może nieco dziwić, ponieważ wcale nie jest to najlepsza ani najbardziej przebojowa piosenka z całego zestawu; jest za to urokliwą balladą utrzymaną w konwencji hitów popowych z przełomu lat 50. i 60. XX wieku. Na szczególne wyróżnienie, poza wspomnianym już, zasługuje jeszcze sześć kawałków: otwierający krążek „The Headmaster Ritual” (obdarzony w końcowym fragmencie intrygującą, nieco ironiczną wokalizą Morrisseya), transowy „Rusholme Ruffians”, indie-rockowe – najkrótsze na płycie, ale zarazem najbardziej energetyczne – „What She Said” i „Nowhere Fast” oraz umieszczony na końcu leniwie snujący się numer tytułowy (z rozpaczliwym beczeniem barana w tle). Jednak prawdziwym i niezapomnianym killerem jest na „Meat is Muder” numer przedostatni – prawie siedmiominutowy, pacyfistyczny w przesłaniu „Barbarism Begins at Home”. Zadziorny, prawdziwie rockowy, od razu rozpoznawalny dzięki charakterystycznemu riffowi gitary Marra i basowym pasażom Andy’ego Rourke’a. Na dodatek mniej więcej w połowie wokalista rezygnuje ze śpiewania kolejnych zwrotek, swój głos zamieniając w następny instrument – dzięki wokalizie ta niebanalna piosenka jeszcze bardziej zapada w pamięć. W sumie siedem kawałków wyróżnionych na dziewięć to naprawdę niezły wynik, w pełni usprawiedliwiający przypomnienie tego niesłusznie zapomnianego albumu.
Sebastian Chosiński
1995 – Neil Young & Pearl Jam „Mirror Ball”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Neil Young nazywany jest Ojcem Chrzestnym Grunge’u nie bez powodu – jego twórczość miała ogromny wpływ na tworzący się trend, a on sam wspierał czynnie działalność takich grup jak Sonic Youth czy Dinosaur Jr. Z Youngiem związany jest również koniec tego ruchu. Po pierwsze – Kurt Cobain w liście pożegnalnym zacytował go, pisząc, że lepiej jest wypalić się niż powoli blaknąć; po drugie – nagrana przez niego, z towarzyszeniem członków Pearl Jam, płyta „Mirror Ball” jest ostatnim wielkim dziełem grunge’u. Panowie spotkali się w styczniu 1995 roku i tak bardzo przypadli sobie do gustu, że trochę ponad miesiąc później zamknęli się w studiu na czterech sesjach nagraniowych, w czasie których powstał cały materiał na wspólne dzieło. To co poraża już od pierwszego wysłuchania „Mirror Ball”, to niesamowita nić porozumienia między Youngiem a zespołem. Choć piosenki rodziły się na bazie wspólnych jamów, nic się tu nie rozjeżdża. Jest to o tyle ważne, że muzycy postanowili jak najmniej ingerować produkcyjnie w powstały materiał. W efekcie otrzymaliśmy surową i „brudną” płytę, która przy tym niesamowicie buja. Już otwierający całość „Song X” to rozkołysany kawałek, który nie wiedzieć czemu nie stał się wielkim przebojem. Pozostałe utwory, choć już nie tak wpadające w ucho, również nie są pozbawione ładnych melodii i prostych, ale wciągających riffów („Act of Love”, „Downtown”, „I’m the Ocean”). Materiał nie jest jednak jednostajny. Obok zadziornych, szybszych numerów znajdziemy też momenty spokojniejsze, jak „Scenery” i dwie miniatury „What Happend Yesterday” i „Fallen Angel”. Na uwagę zasługuje również „Peace and Love” z wyraźnym wokalnym udziałem Eddiego Veddera, choć można żałować, że potencjał tego artysty nie został bardziej wykorzystany w innych miejscach krążka. Wszystko to sprawia, że kolaboracja Neila i Pearl Jam to jeden z najjaśniejszych punktów w ich karierze. I tylko okładka, przedstawiająca tytułową kulę dyskotekową, wprowadza mały zamęt – brakuje na niej informacji o autorach, a to dlatego, że firma, dla której skład Veddera normalnie nagrywał płyty, nie zgodziła się na wykorzystanie ich nazwy. Nie szkodzi – i tak wszyscy wiedzieli, o co chodzi.
Piotr „Pi” Gołębiewski
2005 – Sweet Coffee „Perfect Storm”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Projektów opartych na elektronicznym brzmieniu dopełnionym jazzowymi i soulowymi naleciałościami wskazać można naprawdę mnóstwo. Jednak takich, które po latach (gdy tego typu lounge’owe downtempo odeszło w pewne zapomnienie wraz z licznymi, nie tylko chilloutowymi, kompilacjami) są w stanie miło ukołysać i nadal przykuć na dłużej uwagę słuchacza, wskazać da się ledwie kilka, ewentualnie kilkanaście. Jednym z nich jest belgijski duet Sweet Coffee, który od 2003 roku tworzą producenci: Patrick Bruyndonx oraz Raffaele Brescia. W ich dyskografii znajdziemy już cztery studyjne albumy, ale tutaj interesuje nas przede wszystkim „Perfect Storm” z 2005 roku.
To płyta konsekwentna i spójna. Wypełniona elektroniką z pogranicza house’u i downtempa, do tego melodyjna i czasem wręcz popowa, ale co ważne – sprawnie i ze smakiem uzupełniona jazzowymi dodatkami (zwłaszcza instrumentami dętymi i klawiszami) oraz soulowym, delikatnym głosem Bibi Diabokua. Czarnoskóra wokalistka nadaje całości mnóstwo subtelności i pewnej zwiewności, co słychać zwłaszcza w pulsującym „My Mind”, świetnie zakończonym dźwiękami saksofonu. Podobnie zresztą wypada „Is This Love” czy spowolniony „Lost In Tears”. Na opisywanej playliście znaleźć można też kilka całkiem energicznych kawałków, które gwarantują brak zbytniej senności, a takie pozycje jak „Special Kind Of Feeling” potrafią nawet skutecznie wyciągnąć na parkiet.
Jasne, że „Perfect Storm” nie jest wydawnictwem doskonałym albo przełomowym. To solidna elektroniczna produkcja z optymalnie wykorzystanymi dodatkami, co nadało jej wyjątkowo stylowego i nieco ekskluzywnego charakteru, oraz ciekawym, bardzo przyjemnym wokalem. Do tego pomimo spójności zapewniająca odpowiednią porcję różnorodnych doznań dla miłośników pulsującego downtempa i house’u. A choćby taki dwuminutowy „Ain’t The Blues” (z dobrym beatem i znakomitym saksofonem) bez wątpienia warto znać.
Michał Perzyna
koniec
26 maja 2012

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Zagraj to jeszcze raz Sam: Szalony świat smutnego clowna
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

23 V 2018

Po czym poznać dobrą kompozycję? Po tym, że można ją zagrać na tysiąc sposobów i ciężko ją zepsuć. Współczesna muzyka pop co prawda wyspecjalizowała się w niszczeniu znakomitych utworów sprzed lat, ale „Mad World” Tears For Fears póki co miał szczęście do wykonawców, którzy się za niego zabierali.

więcej »

Non omnis moriar: Jak wypromować hinduskiego żółtodzioba
Sebastian Chosiński

19 V 2018

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz piętnasty niemiecka formacja Embryo.

więcej »

Zagraj to jeszcze raz Sam: Szwajcaria dla świata
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

16 V 2018

Jest taki rodzaj filmów, o których mówi się, że są tak złe, że aż dobre. Dziś będzie o podobnym zjawisku, tyle, że w dziedzinie muzyki. A konkretnie chodzi o „We Are the World” zaśpiewany przez wyjątkowo malowniczy odpowiednik USA for Africa.

więcej »

Polecamy

Szalony świat smutnego clowna

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Szalony świat smutnego clowna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Szwajcaria dla świata
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Kapela ze wsi Szczecin
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Miałem 10 lat…
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Podglądanie kochanków
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pośpiewajmy razem w podróży
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Leży w zsypie pijany cieć Mieciek
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bieszczadzcy metale
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

W oczekiwaniu na nową płytę Toola
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dzień dobry, digliśmobry
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Z tego cyklu

Podsumowanie
— Esensja

Listopad 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Mateusz Kowalski, Przemysław Pietruszewski

Październik 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Przemysław Pietruszewski

Wrzesień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Sierpień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz

Lipiec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Michał Perzyna

Czerwiec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Michał Perzyna

Kwiecień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Marzec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Luty 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Tegoż twórcy

Muzyczny list do domu
— Łukasz Izbiński

W hołdzie Ameryce
— Sebastian Chosiński

„Naturalne piękno” gitary i głosu
— Sebastian Chosiński

Pot i Kreff: Grunge w światłach sceny
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff – Made in Poland: Dwa światy w Chorzowie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

It's Pearl Jam babe!
— Krzysztof Czapiga

Pot i Kreff – Made in Poland: Wszyscy święci na koncercie Pearl Jam
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Bez ciśnienia
— Jakub Stępień

Subiektywny Przegląd Muzyczny: Paprykowy industrial w wersji Mono
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Marvel: Dyrektor z pazurami
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Sam: Szalony świat smutnego clowna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tu miejsce na labirynt…: Stara forma, nowa treść
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Rozciągnięty w czasie wideoklip
— Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Jak wypromować hinduskiego żółtodzioba
— Sebastian Chosiński

Marvel: Jestem Groot!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Sam: Szwajcaria dla świata
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tu miejsce na labirynt…: Jeszcze więcej radości
— Sebastian Chosiński

Thanos kopie tyłki!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

East Side Story: Western i T-34
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.