Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 lipca 2019
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

50… 40… 30… 20… 10…: Sierpień 2012

Esensja.pl
Esensja.pl
The Gun, Arachnoïd, Kino, Apocalyptica oraz Co.In. Właśnie płyty z dorobku tych kapel zmieściliśmy w sierpniowym „50… 40…”. Miłego przypominania bądź poznawania niezwykłych dźwięków sprzed lat.

Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz

50… 40… 30… 20… 10…: Sierpień 2012

The Gun, Arachnoïd, Kino, Apocalyptica oraz Co.In. Właśnie płyty z dorobku tych kapel zmieściliśmy w sierpniowym „50… 40…”. Miłego przypominania bądź poznawania niezwykłych dźwięków sprzed lat.
1968 – The Gun, „The Gun”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Co łączy takie utwory jak – by pozostać jedynie przy kilku najbardziej znanych – „(I Can’t Get No) Satisfaction” The Rolling Stones, „Whole Lotta Love” Led Zeppelin, „Smoke on the Water” Deep Purple, „Back in Black” AC/DC i „Run to the Hills” Iron Maiden? Udzielenie poprawnej odpowiedzi nie powinno nastręczać kłopotów – to charakterystyczny riff gitarowy, dzięki któremu wspomniane powyżej piosenki po wsze czasy wpisały się w historię światowej muzyki rockowej. Listę tę oczywiście można by jeszcze znacząco wydłużyć, nie zapominając o umieszczeniu na niej liczącego już sobie 44 lata kawałka „Race With the Devil” brytyjskiej grupy The Gun. Jej źródła tkwią w powstałym w połowie lat 60. XX wieku zespole The Knack, który powołali do życia bracia Paul (bas) i Adrian (gitara, śpiew) Curtisowie. Po wydaniu sześciu singli w 1967 roku kapela zmieniła nazwę na The Gun, a jej twórcy krótko potem powrócili do swego oryginalnego nazwiska – Gurvitz. Debiutancki album bandu, zatytułowany po prostu „The Gun”, ujrzał światło dzienne na początku 1968 roku, a promował go prawdziwie wystrzałowy singiel z „Race With the Devil” na stronie A i „Sunshine” na stronie B. W nagraniu krążka wziął udział jeszcze trzeci muzyk – perkusista Louis Farrell. Oraz niezidentyfikowane sekcje dęta i smyczkowa…
„The Gun” przynosi muzykę bardzo zróżnicowaną. Można, co prawda, odnaleźć jeszcze na płycie wpływy garażowego brytyjskiego beatu połowy lat 60. (co było dziedzictwem The Knack), ale prym wiodą już przede wszystkim znacznie ostrzejsze dźwięki – z pogranicza hard rocka, psychodelii i progresu. „Race With the Devil” to prawdziwie porażający i zniewalający kawałek – jeden z tych, które potrafią wryć się w mózg i nie odpuszczać przez długie lata. Nie mniej emocji dostarczają też jednak inne kompozycji braci Gurvitzów: „The Sad Saga of the Boy and the Bee” urzeka smutkiem i psychodeliczną motoryką, w „Rupert’s Travels” o ciarki przyprawia partia dęciaków, z kolei „Yellow Cab Man” to znaczony wiercącą dziurę w głowie gitarą rock and roll, a „It Won’t Be Long (Heartbeat)” mógłby zachwycić każdego fana bluesa. W „Sunshine” nie brakuje natomiast – zwłaszcza w warstwie wokalnej – nawiązań do popu, podobnie zresztą jak w przepięknej balladzie „Rat Race”. Za to zamykająca podstawową wersję albumu minisuita „Take Off” to już rock progresywny – ze szczyptą psychodelii – w najbardziej klasycznym wydaniu. I nie tylko dlatego, że kawałek ten trwa jedenaście minut. Debiut The Gun do dzisiaj zachwyca pomysłami, zwłaszcza na wykorzystanie w prawdziwie rockowych kompozycjach orkiestry symfonicznej, która nie pełni wcale roli zmiękczacza brzmienia, ale jeszcze przydaje ognia.
Zespół nagrał jeszcze tylko jeden krążek („Gunsight”), po czym w 1970 roku przeszedł do historii. Paul i Adrian odnaleźli się niebawem w grupie Three Man Army (1971-1974), a następnie – po zwarciu szeregów z Gingerem Bakerem – w Baker Gurvitz Army (1974-1976). Adrian Gurvitz występował też z The Graeme Edge Band (1975-1977), by potem rozpocząć, znacznie mniej udaną, karierę solową. Paul gra po dziś dzień – pod szyldem… The New Army. Warto wspomnieć jeszcze, że album „The Gun” w 1971 roku ukazał się także w Polsce (choć z inną okładką) nakładem Polskich Nagrań.
Sebastian Chosiński
1978 – Arachnoïd, „Arachnoïd”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Niewiele francuskich zespołów z kręgu rocka progresywnego lat 70. wpisało się na trwałe do klasyki gatunku. Magma, Ange, Heldon, Pulsar… Mniej zaangażowani w poznawanie archiwaliów i tak kojarzyć będą tylko tę pierwszą kapelę, istniejącą zresztą i nagrywającą po dziś dzień. A kto słyszał o paryżanach z Arachnoïd? Zespół, choć funkcjonował praktycznie przez całą dekadę, pozostawił po sobie zaledwie jeden album. W jego nagraniu wzięło udział sześciu muzyków podstawowego składu – Marc Meryl (śpiew), Nicolas Popowski (gitara, śpiew), Patrick Woindrich (bas, śpiew, gitara), François Faugieres (klawisze, śpiew), Pierre Kuti (klawisze) i Bernard Mini (perkusja) – oraz kilkoro zaproszonych gości, którzy przyczynili się do instrumentalnego urozmaicenia pojedynczych kawałków (jak chociażby flecista i saksofonista Philippe Honore). Sześć zamieszczonych na płycie kompozycji układa się w trwającą mniej więcej czterdzieści pięć minut suitę, w której doszukać można się zarówno wpływów bardzo modnego w tamtym czasie awangardowego jazz-rocka (właśnie spod znaku Magmy), jak i klasycznego progresu (z okolic King Crimson) wymieszanego z nutą psychodelii (przywodzącej na myśl wczesne dokonania Pink Floyd). Powie ktoś: Nic zaskakującego, jak na tamte czasy. Owszem. Ale jednak pojawia się w twórczości Arachnoïd pewna nuta osobna, czyniąca z francuskiego ansamblu zjawisko dość nietypowe – to unoszący się nad całym materiałem mrok. Nie, nie smutek czy nostalgia, nie melancholia czy tęsknota, lecz właśnie nieprzenikniony mrok – niepokojący i ekscytujący.
Dobrą próbką stylu Francuzów jest już otwierająca płytę najdłuższa w całym zestawie kompozycja „Le Chamadère”, w której najpierw szept, a następnie owładnięty szaleństwem krzyk Meryla z trudem przedostaje się przez świdrujące dźwięki gitary Popowskiego oraz gęste brzmienia klawiszy Faugieres’a. Dopiero w drugiej części utworu nastrój klaustrofobii nieco ustępuje, dzięki czemu robi się miejsce na solówkę gitary. Nie mniej mroku spowija też kolejne numery: „Piano Caveau” (w którym na plan pierwszy wybija się fortepian i syntezatory Kutiego), najbliższe chyba klasycznemu rockowi progresywnemu instrumentalne „Toutes ces images” oraz odlatujące w kierunku fusion prawie dziewięciominutowe „La Guêpe” (kłania się Return to Forever). Największy potencjał komercyjny ma utwór „In the Screen Side of Your Eyes” – nie tylko dlatego, że został zaśpiewany po angielsku, ale głównie z uwagi na swą melodyjność, podkreśloną dodatkowo partią fletu Philippe’a Honore. Całość wieńczy numer zatytułowany „Final” (w pierwotnym wydaniu powiązany w jedno z poprzedzającą go miniaturą „L’adieu au Pierrot”), który spina klamrą to wszystko, co można było usłyszeć wcześniej. Następuje więc powrót do mrocznych brzmień i wywołujących ciarki na plecach dźwięków. Pierwsze kompaktowe wydanie „Arachnoïd” (sprzed szesnastu lat) zostało poszerzone o trzy kawałki koncertowe (nagrane w grudniu 1976 i w marcu 1977 roku) oraz pozbawioną wokalu wersję „Piano Caveau”, które pozwalają poznać nieco odmienne, choć raczej nie ciekawsze, oblicze grupy.
Sebastian Chosiński
1988 – Kino, „Группа крови”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Gdyby nie zakończony tragicznie wypadek samochodowy, do którego doszło 15 sierpnia 1990 roku około trzydziestu kilometrów od Rygi, Wiktor Coj dwa miesiące temu obchodziłby swoje pięćdziesiąte urodziny. Swoją drogą ciekawe, czy żyjąc po dziś dzień, wciąż cieszyłby się tak wielkim autorytetem jak przed ćwierćwieczem, kiedy to dla milionów młodych obywateli Związku Radzieckiego stał się postacią kultową. Wydana w 1988 roku „Группа крови” była szóstym oficjalnym albumem w dyskografii leningradzkiego zespołu Kino. Pierwotnie wydano go jedynie na kasetach magnetofonowych i taśmach szpulowych, na edycję winylową fani w Kraju Rad musieli poczekać jeszcze trzy lata, a na kompaktową – kolejnych pięć. Na płytę – pozostańmy przy tym nazewnictwie – trafiło dziewięć utworów, które nagrane zostały w latach 1986-1988 w domowym studiu zaprzyjaźnionego z muzykami kompozytora, wokalisty i reżysera dźwięku Aleksieja Wiszni. Mimo partyzanckich metod pracy, nagrania po remasteringu brzmią bardzo przyzwoicie i praktycznie nie znać po nich upływu czasu. Inna sprawa, że „Группа крови” to kawał znakomitej muzyki z pogranicza post-punka i nowej fali.
Na albumie zadebiutował w szeregach Kina nowy basista – Igor Tichomirow (z jazzowo-awangardowej grupy Dżungli); zastąpił on Aleksandra Titowa, który postanowił skupić się na występach w innym nie mniej znanym radzieckim ansamblu, Akwarium Borisa Griebienszczikowa. W warstwie muzycznej zmiana ta nie jest jednak szczególnie słyszalna, głównie dlatego, że za całość repertuaru odpowiadał i tak tylko jeden człowiek – Wiktor Coj. „Группа крови” naszpikowana jest przebojami, względnie utworami, które zyskały sławę już po śmierci lidera. Do tych najbardziej rozpoznawalnych należy zaliczyć: utwór tytułowy (który w 1988 roku trafił do ścieżki dźwiękowej kultowej „Igły” Raszida Nugmanowa z Cojem w roli głównej), balladę „Спокойная ночь”, pełen agresji kawałek „Война” oraz post-punkowe „В наших глазах” (wszystkie trzy reżyser Siergiej Bodrow wykorzystał po latach w znakomitym dramacie sensacyjnym „Córki mafii”). Lecz i inne numery nie ustępują tym najsłynniejszym – zwłaszcza „Закрой за мной дверь, я ухожу”, „Попробуй спеть вместе со мной” czy „Дальше действовать будем мы”. Kryją one w sobie ten rebeliancki urok punk-rocka lat 80. ubiegłego wieku, który sprawia, że młodzież rosyjska (jak również z innych krajów powstałych na gruzach Kraju Rad) do dzisiaj chętnie utożsamia się z twórczością Kina. Irytować może jedynie całkowicie odmienny w stylu, radosno-reggae’owy „Бошетунмай”, który zainspirowany został dokonaniami… UB40. Ale przecież zawsze można go pominąć.
Sebastian Chosiński
1998 – Apocalyptica „Inquisition Symphony”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Kiedy nastają czasy, że wszystko w muzyce już było, należy chwytać się nieoczywistych pomysłów. Tą drogą poszło czterech Finów z Apocalyptiki, którym, mimo klasycznego wykształcenia, zamarzyło się granie agresywnego metalu. I chociaż porywanie się na kawałki Metalliki, będąc uzbrojonymi jedynie w cztery wiolonczele, mogło wydawać się pomysłem cokolwiek szalonym, okazało się jednak strzałem w dziesiątkę. Debiut Apocalyptiki „Plays Metallica by Four Cellos” z 1996 roku przyniósł zespołowi w rodzimej Finlandii Platynową Płytę, ale cieszył się popularnością i w innych krajach (u nas zasłużył na Złoto). Dwa lata późniejszy „Inquisition Symphony” co prawda nie przyniósł zaskoczenia, ale był o wiele lepszym albumem niż poprzednik, zarówno pod względem aranżacyjnym, jak i produkcyjnym. Zaryzykuję stwierdzenie, że obok następnego krążka „Cult”, to najciekawsze dzieło wiolonczelistów. Po pierwsze Apocalyptica coveruje tu nie tylko Metallikę, ale znacznie poszerza zakres poszukiwań. Mamy więc obłędne wersje „Refuse/Resist” i „Inquisition Symphony” Sepultury, bujającą, zwłaszcza przy odsłuchiwaniu na słuchawkach, „Domination” Pantery i o wiele bardziej melodyjne, niż wersja oryginalna, „From Out of Nowhere” Faith No More. Niczego nie można zarzucić również interpretacjom Metalliki, ze szczególnym wskazaniem na subtelne „Fade to Black” i „One”, który wydaje się stworzony do grania go na wiolonczelach. Mimo wszystko covery są tylko dodatkami (choć przeważającymi ilościowo) do właściwej części płyty, a więc własnych utworów, które stanowią prawdziwy popis wiolonczelistów. Choć są to tylko trzy kawałki, każdy robi piorunujące wrażenie. Takich miażdżących riffów, jak w „M.B.”, „Toreadorze” i „Harmageddon” (jeden z najlepszych utworów w dorobku zespołu), nie powstydziłaby się żadna kapela metalowa. Udane próby zaprezentowania autorskiego materiału ośmieliły Finów i na kolejny album przygotowali aż 10 swoich kompozycji, a z czasem całkiem odeszli od grania „cudzesów”. Niestety w pewnym momencie muzycy bardzo się pogubili. Na kolejnych płytach pojawił się perkusista (gościnnie Dave Lombardo ze Slayera, a na stałe Mikko Sirén, który został oficjalnie członkiem zespołu), aż wreszcie wokaliści (tu lista nazwisk jest długa, m.in. Sandra Nasic, Nina Hagen, Ville Valo, Corey Taylor, Till Lindemann czy Cristina Scabbia). Zbytnie nagromadzenie tych dodatków przyćmiło pierwotny pomysł na wykorzystanie wiolonczeli. Tym bardziej należy pamiętać o „Inquisition Symphony”, które prezentuje Apocalyptikę w czystej, najbardziej efektownej formie.
Piotr „Pi” Gołębiewski
2008 – CO.IN., „Plan B”
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Jedyny jak dotąd pełnowymiarowy album wrocławskiej formacji, powołanej do życia w 2001 roku przez Szymona Danisa (wokal, produkcja), znanego również pod pseudonimem d’, oraz Dawida Sosnowskiego jako projekt studyjny. Dwa lata później CO.IN. rozrósł się do regularnego zespołu i istnieje do dziś. Ostatnio jednak, mimo zapowiedzi drugiego longplaya, więcej słychać o nowej kapeli – Idiothead, w skład której weszli Danis, Rafał Zaremba, Sylwia Kamińska (członkowie CO.IN.) i Patryk Mroziński. Wracając jednak do poprzedniego muzycznego wcielenia d’ i spółki, warto na początku wspomnieć o samej formie dystrybucji „Planu B”. Niechętni wytwórniom fonograficznym muzycy wszystkie swoje nagrania rozprowadzali (i dalej to robią) za pośrednictwem internetu; po kilku miesiącach od ukazania się wersji elektronicznej pojawiła się jednak płyta kompaktowa z albumem. Podstawową listę utworów na kompakcie uzupełniał jeden „bonus” w postaci utworu „Papierosy”.
„Plan B” jest ostatnią płytą CO.IN. z polskimi tekstami i między innymi ten fakt zwiększa stopień oryginalności materiału względem nagrań kapel, które obracają się w podobnej stylistyce. W dużym uogólnieniu można by ją określić jako połączenie wpływów metalowych i industrialno-elektronicznych, z dominującym, dość nieszablonowym męskim wokalem. Warstwa liryczna w dużej mierze koncentruje się na ciemnej stronie ludzkiej natury, nonkonformizmie i niedopasowaniu do współczesnych, betonowych dżungli. Tego rodzaju poetyka znakomicie koresponduje z mocnymi, elektronicznymi bitami, ciężkimi gitarami i głośnym, szarpiącym wnętrzności basem. W przeważającej większości na „Planie B” znajdziemy właśnie takie klimaty, ale znalazło się też miejsce na kilka odmiennych fragmentów. „Nitropolis” bliżej do trip-hopu, a w instrumentalnym „Hya.Aph-trib.02/+B.int.” jest nieco „plemiennych” rytmów. Nie brakuje też swego rodzaju hymnu – „Toniemy” brzmi jak manifest wrażliwców, stojących w opozycji do galopującego konsumpcjonizmu. Podczas nagrywania albumu zaproszono kilka osób związanych z niezależną, polską muzyką. Z utworów z udziałem gości najbardziej w pamięć zapada agresywny, elektroniczno-metalowy kawałek „Władco mój ty”, w którym swojego głosu użyczyła wokalistka Hetane, Magda Oleś. Te osiem (lub dziewięć, w zależności od formy wydania) kompozycji to niezbyt wesoły obraz dzisiejszego świata, jednak z całą pewnością z tą propozycją CO.IN. warto się zapoznać. Przede wszystkim, żeby usłyszeć, co ma do powiedzenia jeden z najciekawszych polskich zespołów ostatnich kilku lat – zanim na dobre się rozpadnie.
Dawid Josz
koniec
29 sierpnia 2012

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Powstaje świat i rodzi się ludzkość
Sebastian Chosiński

13 VII 2019

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz jedenasty jazzrockowa formacja Passport Klausa Doldingera.

więcej »
pl.wikipedia.org

Zagraj to jeszcze raz Sam: To jest Gość
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

10 VII 2019

Dziś będzie o prawdziwej, niezależnej sztuce i wyjątkowym artyście. A także o tym, że w muzyce również może istnieć zjawisko prymitywizmu wzorem twórczości Nikifora. Wszystko to na podstawie przeróbki przeboju Chłopców Z Placu Broni „O! Ela”.

więcej »

Non omnis moriar: Równowaga ducha w latynoskim słońcu
Sebastian Chosiński

6 VII 2019

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz dziesiąty jazzrockowa formacja Passport Klausa Doldingera.

więcej »

Polecamy

To jest Gość

Zagraj to jeszcze raz Sam:

To jest Gość
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Black pop
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

O rajdowcu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Echa – suplement
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Prawdziwe talenty znajdziemy na ulicy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Melinda na kwasie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Cała ta miłość
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stylowe, jak Chevrolet El Camino z 1968
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dajesz Rudolf, dajesz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Z tego cyklu

Podsumowanie
— Esensja

Listopad 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Mateusz Kowalski, Przemysław Pietruszewski

Październik 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Przemysław Pietruszewski

Wrzesień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna

Lipiec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Michał Perzyna

Czerwiec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Dawid Josz, Michał Perzyna

Maj 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Kwiecień 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Marzec 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Luty 2012
— Sebastian Chosiński, Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Jakub Stępień

Tegoż twórcy

Esensja słucha: …rosyjskiego rocka!
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Tu miejsce na labirynt…: Uważajcie na to, co lata nad naszymi głowami
— Sebastian Chosiński

Batmany, Które Są Złe
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stary Thanos nie rdzewieje
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Lepiej byłoby już pozostać w Paryżu!
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Jak to jest być niedostosowanym Iwanem
— Sebastian Chosiński

Marvel: Ubogi klon
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Non omnis moriar: Powstaje świat i rodzi się ludzkość
— Sebastian Chosiński

Krótko o muzyce: Czerwony Mór w domu Usherów
— Sebastian Chosiński

Klasyka kina radzieckiego: Nam latać nie kazano!
— Sebastian Chosiński

Zagraj to jeszcze raz Sam: To jest Gość
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.