Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 26 czerwca 2022
w Esensji w Esensjopedii

Pop Workshop
‹Song of the Pterodactyl›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSong of the Pterodactyl
Wykonawca / KompozytorPop Workshop
Data wydania1974
Wydawca Grammofonverket
NośnikWinyl
Czas trwania47:00
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
Winyl1
1) Prehistoric Bird05:15
2) Song of the Pterodactyl06:46
3) High Priest05:31
4) Dilemma06:52
5) Watusi Dance04:39
6) Mammoth05:15
7) Ozzy Bear05:39
8) Kujaviak Goes Funky07:08
Wyszukaj / Kup

Non omnis moriar: A potem była… ABBA

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj – po raz drugi – międzynarodowy projekt Pop Workshop.

Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: A potem była… ABBA

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj – po raz drugi – międzynarodowy projekt Pop Workshop.

Pop Workshop
‹Song of the Pterodactyl›

EKSTRAKT:90%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSong of the Pterodactyl
Wykonawca / KompozytorPop Workshop
Data wydania1974
Wydawca Grammofonverket
NośnikWinyl
Czas trwania47:00
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
Winyl1
1) Prehistoric Bird05:15
2) Song of the Pterodactyl06:46
3) High Priest05:31
4) Dilemma06:52
5) Watusi Dance04:39
6) Mammoth05:15
7) Ozzy Bear05:39
8) Kujaviak Goes Funky07:08
Wyszukaj / Kup
Pierwszy album formacji Pop Workshop, funkcjonującego w Szwecji projektu dwóch Polaków – mieszkającego już wówczas od ośmiu lat na emigracji pianisty Włodzimierza Gulgowskiego oraz, przybyłego na nagrania z Warszawy, saksofonisty i flecisty Zbigniewa Namysłowskiego – był majstersztykiem jazzu, rocka i funku. Płyta zatytułowana po prostu „Vol. 1” (1973), chociaż od jej powstania minęły już ponad cztery dekady, wciąż broni się znakomicie; można więc sobie wyobrazić, jakie wrażenie musiała zrobić na współczesnych. Nie dziwi więc fakt, że choć od samego początku pomysłodawca utworzenia zespołu, czyli Gulgowski, zakładał jego efemeryczność, postanowił mimo wszystko po roku zdyskontować odniesiony sukces i nagrać drugi album. Do pracy nad nowym krążkiem, oprócz Namysłowskiego i gitarzysty Jannego Schaffera, zaprosił tym razem dwóch nowych muzyków. I to jakich! Na basie zagrał Duńczyk Mats Vinding (rocznik 1948), wcześniej współpracujący między innymi z mającymi już dzisiaj w Skandynawii status kultowych jazzrockowymi grupami Burnin’ Red Ivanhoe („M144”, 1969) oraz Secret Oyster („Furtive Pearl”, 1973); poza tym wspierający swym talentem taki tuzy światowego jazzu, jak Herbie Hancock, Stan Getz, Chet Baker, Gil Evans oraz Johnny Griffin.
Jeszcze większe wrażenie robiło jednak nazwisko perkusisty – Anthony’ego Williamsa, który światową sławę zdobył jako muzyk kwintetu Milesa Davisa. Z wielkim trębaczem nagrał tak wybitne płyty, jak „Miles Smiles” (1966), „Sorcerer” (1967), „Nefertiti” (1967), „Water Babies” (1968), „Miles in the Sky” (1968), „Filles de Kilimanjaro” (1968) i – nade wszystko – „In a Silent Way” (1969), a potem stanął na czele własnej, fenomenalnej jazzrockowej formacji Tony Williams Lifetime. Spod rąk takich muzyków nie mogła wyjść płyta słaba, ba! nawet średnia. Słowem: album „Song of the Pterodactyl” – zarejestrowany w sztokholmskim Europa Film Studio i opublikowany ponownie przez Grammofonverket – skazany był na wielkość. I wielkim się okazał. Na płytę, podobnie jak w przypadku „Vol. 1”, trafiło osiem kompozycji – po cztery autorstwa Gulgowskiego i Namysłowskiego. Otwiera ją utwór „Prehistoric Bird”, będący klasycznym przykładem muzyki fusion spod znaku Weather Report oraz Return to Forever. Mimo że wyszedł on spod ręki pianisty, na plan pierwszy wybija się w nim saksofon altowy, dla którego tło tworzą najpierw syntezatory, a następnie fortepian elektryczny. Uwagę przykuwa także gra perkusista, zwiewna, ale trzymająca w ryzach wszystkich pozostałych instrumentalistów. Mniej do powiedzenia ma tutaj gitarzysta, choć to jednak on – grając unisono z saksofonistą – stawia końcowy akcent.
Numer tytułowy, „Song of the Pterodactyl”, skomponowany został przez Namysłowskiego, więc pewnie dlatego – w formie rewanżu – od pierwszych sekund prym wiodą instrumenty klawiszowe. Ale nie tylko one. Świetną jazzrockową solówką popisuje się Schaffer; z kolei Gulgowski z czasem coraz bardziej „odpływa”, serwując słuchaczom prawdziwie kosmiczne syntezatorowe dźwięki. Ostatnie minuty, gdy całość dodatkowo nabiera niezwykłej dynamiki, to już fusion na najwyższym światowym poziomie. Nie inaczej jest w przypadku drugiej na liście kompozycji Gulgowskiego „High Priest”, która zaczyna się od mocnego wejścia bębnów; Williams tym samym zaprasza do pracy resztę muzyków. Dzieje się w tym utworze bardzo dużo, głównie dzięki temu, że artyści pozwalają sobie na improwizacje, którym ton nadają kolejno Gulgowski na fortepianie elektrycznym i Schaffer na gitarze. Gdy, wyszalawszy się, wracają do wpadającego w ucho motywu przewodniego, lider „przesiada” się na syntezatory, by udowodnić, że i z nimi potrafi wyczyniać cuda. Stronę A winylowego krążka zamyka utrzymany w nostalgicznym nastroju utwór Namysłowskiego „Dilemma”. Zapada on w pamięć przede wszystkim za sprawą rozbudowanej partii solowej na saksofonie, w której pan Zbigniew poczyna sobie z ogromną pewnością siebie, wyczarowując tony przenoszące nas w zupełnie inny wymiar, a na pewno odrywające od myślenia o tym, co dopada nas tu i teraz.
Po przełożeniu albumu na stronę B otrzymujemy skomponowany przez Gulgowskiego „Watusi Dance” – kawałek w największym stopniu nawiązujący do tego, co znalazło się na „Vol. 1”. Dominuje tu bowiem rozkołysany funkowy groove, co dodatkowo podkreślone jest przez klangującego basistę i liczne przeszkadzajki. W zupełnie inny nastrój pianista wprawia w kolejnym numerze – „Mammoth”. Po wyjątkowo spokojnym początku, znaczonym subtelną sekwencją fletu, Gulgowski wprowadza syntezatorami nastrój niepokoju, co mocno kontrastuje z ogniście rockową solówką Schaffera. To gitarzysta przydaje temu utworowi mocy, ciągnąć za sobą pozostałych instrumentalistów. Dopiero w finale muzycy odpuszczając, a całość klamrą spina flet. Energii nie brakuje również utworowi „Ozzy Bear”, w którym ponownie grający na flecie Namysłowski (jego autor) toczy intrygujący dialog z Schafferem. A później smaczków jest jeszcze więcej: najpierw dochodzi saksofon, następnie fortepian elektryczny, na dalszym planie z kolei aż kipi podskórnie energia produkowana przez sekcję rytmiczną. Na zamknięcie płyty polscy liderzy wybrali utwór „Kujaviak Goes Funky”, którym Namysłowski – wzorem wydanej rok wcześniej w kraju płyty „Winobranie” – zdecydował się połączyć jazz z brzmieniami folkowymi. Udało mu się to rewelacyjnie. Przy okazji dał możliwość wykazania się pozostałym instrumentalistom, eksponując i bas, i klawisze. Rewelacyjną partię na pianie Fendera zagrał Gulgowski.
„Kujaviak Goes Funky” okazał się jedną z najważniejszych kompozycji w całym – bardzo przecież bogatym – dorobku Zbigniewa Namysłowskiego. Artysta pracował zresztą nad nią dalej i już rok później została ona rozbudowana do rozmiarów dwudziestominutowej, dwuczęściowej suity, która wypełniła jedną stronę tak właśnie zatytułowanego albumu (wraz z „Winobraniem” uważanego za opus magnum saksofonisty). Zarówno „Vol. 1”, jak i „Song of the Pterodactyl” okazały się arcydziełami jazz-rocka; dla Gulgowskiego wiązały się z zaproszeniem na artystyczne salony. W 1975 roku pianista skorzystał z zaproszenia, które zza Oceanu przysłał mu Michał Urbaniak i wyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby wspomóc go przy nagraniu płyt „Funk Factory” i „Fusion III”. Po powrocie do Szwecji wydał pod własnym nazwiskiem jazzrockowy album „Soundcheck” (1976) oraz wziął udział w rejestracji ostatniego krążka psychodeliczno-progresywno-folkowej formacji Georga Wadeniusa Made in Sweden – „Where Do We Begin” (1976). A potem – jako aranżer i instrumentalista (wraz z Jannem Schafferem) – nawiązał współpracę z… kwartetem ABBA. Skręt ku muzyce popowej (a nawet dyskotekowej) Gulgowski przypieczętował, przystępując do akompaniującej Ralphowi Lundstenowi grupy Andromeda All Stars, która na przełomie lat 70. i 80. XX wieku wydała kilka zapomnianych już dzisiaj – chyba słusznie – krążków. Powrotem do świata jazzu okazał się natomiast solowy album „Home”, który w 1987 roku opublikowała polska wytwórnia Poljazz (co tłumaczy tytuł). I to by było na tyle w temacie.
koniec
16 maja 2015
Skład:
Zbigniew Namysłowski – saksofon altowy, wiolonczela, flet (6,7)
Włodzimierz Gulgowski – syntezatory, fortepian elektryczny
Janne Schaffer – gitara elektryczna
Mats Vinding – gitara basowa
Anthony Williams – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Wylęgarnia talentów
Sebastian Chosiński

25 VI 2022

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj debiutancka płyta norweskiej jazzrockowej formacji Moose Loose.

więcej »

Pink Floyd w XXI wieku: Oko z monitora wciąż patrzy
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

22 VI 2022

W XXI wieku zespół Pink Floyd praktycznie przestał istnieć. Panowie jeśli już nagrywali, to raczej na swój rachunek, a o koncertach mowy być nie mogło. Niemniej fani niemal co roku są uszczęśliwiani kolejnymi albumami sygnowanymi nazwą formacji. Dziś jednak skupimy się na reedycji solowego dzieła byłego lidera grupy Rogera Watersa „Amused to Death” z 2015 roku.

więcej »

Non omnis moriar: Siły zmierzone na zamiary
Sebastian Chosiński

18 VI 2022

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj jedyna płyta niezwykłego norweskiego kwartetu stworzonego przez Håkona Grafa, Sveinunga Hovensjø, Jona Ebersona oraz Jona Christensena.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.