Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 sierpnia 2022
w Esensji w Esensjopedii

Rolf Kühn Jazzgroup
‹Devil in Paradise›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDevil in Paradise
Wykonawca / KompozytorRolf Kühn Jazzgroup
Data wydania1971
Wydawca MPS Records
NośnikWinyl
Czas trwania38:15
Gatunekjazz
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Rolf Kühn, Joachim Kühn, Wolfgang Dauner, Alan Skidmore, Albert Mangelsdorff, Eberhard Weber, Tony Oxley
Utwory
Winyl1
1) Diathyaminoathyl06:58
2) Devil in Paradise06:45
3) More, More, More and More05:29
4) Wind in the Willows12:10
5) Clowny06:51
Wyszukaj / Kup

Non omnis moriar: Braterska miłość ponad „żelazną kurtyną”

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj międzynarodowy (niemiecko-angielski) projekt klarnecisty Rolfa Kühna.

Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Braterska miłość ponad „żelazną kurtyną”

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj międzynarodowy (niemiecko-angielski) projekt klarnecisty Rolfa Kühna.

Rolf Kühn Jazzgroup
‹Devil in Paradise›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDevil in Paradise
Wykonawca / KompozytorRolf Kühn Jazzgroup
Data wydania1971
Wydawca MPS Records
NośnikWinyl
Czas trwania38:15
Gatunekjazz
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Rolf Kühn, Joachim Kühn, Wolfgang Dauner, Alan Skidmore, Albert Mangelsdorff, Eberhard Weber, Tony Oxley
Utwory
Winyl1
1) Diathyaminoathyl06:58
2) Devil in Paradise06:45
3) More, More, More and More05:29
4) Wind in the Willows12:10
5) Clowny06:51
Wyszukaj / Kup
Bracia Kühnowie – Rolf i Joachim – to jedne z największych legend niemieckiego modern jazzu, free jazzu i fusion. Na przestrzeni dekad przeżywali bowiem fascynację różnymi odmianami muzyki jazzowej i w każdej z nich potrafili doskonale się odnaleźć. Chętnie, choć w różnych konstelacjach, grywali wspólnie, co – z racji pokrewieństwa – wydaje się dzisiaj oczywiste. Niewiele jednak brakowało, aby – z przyczyn politycznych – do ich współpracy nigdy nie doszło. Pierwszy na świat, w 1929 roku, przyszedł Rolf (klarnecista i saksofonista). Rodzina mieszkała wtedy w Kolonii, ale jeszcze przed wojną zdążyła przeprowadzić się do Lipska, gdzie urodził się Joachim (pianista). Był o piętnaście lat młodszy od Rolfa; gdy dopiero uczył się chodzić, starszy brat uczył się już od paru lat gry na instrumentach dętych. Los sprawił, że kiedy w 1945 roku obróciła się w gruzy III Rzesza, Lipska zajęty został przez wojska radzieckie i tym sposobem pod koniec lat 40. XX wieku znalazł się w granicach Niemieckiej Republiki Demokratycznej. W epoce stalinowskiej muzyka jazzowa była niemile widziana, traktowano ją jako przejaw barbarzyńskiej kultury „zgniłego Zachodu”. A Rolf kochał jazz. W efekcie, gdy tylko stało się to możliwe, w 1956 roku wyjechał na koncerty do Stanów Zjednoczonych i postanowił nie wracać już do komunistycznej ojczyzny.
Rolf przez sześć lat mieszkał w USA; dopiero na początku lat 60. zdecydował się przyjechać na stałe do Europy i zamieszkać w Hamburgu. W tym czasie w NRD, a więc po drugiej stronie „żelaznej kurtyny”, karierę zaczął robić jego młodszy brat. Początkowo Joachim grywał w big bandzie Klausa Lenza, potem założył własne trio. Często koncertował w krajach bloku wschodniego; w latach 1964 i 1965 pojawił się nawet na festiwalu Jazz Jamboree w Warszawie (za pierwszym razem nawet w towarzystwie Rolfa). W końcu – usilnie namawiany przez brata – podjął decyzję o emigracji. Najpierw osiadł w Hamburgu, później przeniósł się do Paryża. W tym czasie Kühnowie prowadzili bardzo intensywne życie artystyczne, nagrywając razem – pod różnymi nazwami – kilka bardzo ważnych dla współczesnego jazzu płyt: „Re-Union in Berlin” (1965), „Transfiguration” (1967), „Impressions of New York” (1968), „The Kühn Brothers and The Mad Rockers” (1969), „Bloody Rockers” (1969) oraz „Monday Morning” (1969). Nic więc dziwnego, że gdy w 1970 roku Rolf przymierzył się do stworzenia freejazzowej międzynarodowej supergrupy, to kompletowanie składu zaczął od Joachima.
A dopiero potem zaprosił kolejnych muzyków: dwóch Amerykanów (pianistę Chicka Coreę i basistę Petera Warrena) oraz trzech Brytyjczyków (saksofonistów Johna Surmana i Alana Skidmore’a oraz perkusistę Tony’ego Oxleya). W tym składzie formacja, która przyjęła nazwę Rolf Kühn Jazzgroup, w połowie grudnia 1970 roku zarejestrowała materiał na debiutancki album „Going to the Rainbow”. Nagrano go w kolońskim studiu Cornet, a światło dzienne ujrzał dzięki operatywności wytwórni MPS (Musik Produktion Schwarzwald) Records w Villingen. Niestety, na dłuższą metę utrzymanie takiego składu było nierealne; „odpadli” przede wszystkim – z powodu odległości – Amerykanie, których Rolf zdecydował się zastąpić swoimi, nie mniej doświadczonymi, rodakami: za Coreę przyszedł Wolfgang Dauner, a za Warrena – Eberhard Weber; dodatkowo miejsce Surmana zajął puzonista Albert Mangelsdorff. Cała trójka znała się doskonale, a Dauner i Weber – wręcz jak łyse konie (mieli już wtedy za sobą sesje do płyt „The Oimels”, „Rischka’s Soul”, „Rischka’s Light Faces”, „Output” oraz „Et Cetera”).
Odnowiona Grupa Jazzowa Rolfa Kühna niemal dokładnie pół roku po pierwszej sesji – 20 i 21 czerwca 1971 – weszła ponownie do tego samego studia (Cornet w Kolonii), aby nagrać materiał na drugi album, który wydała zresztą ta sama firma (MPS Records). Intrygujący był już tytuł wydawnictwa – „Devil in Paradise”. A jaka okazała się jego zawartość? Najkrócej mówiąc: porywająca! Album otwiera kompozycja autorstwa Wolfganga Daunera o „chemicznym” tytule „Diathyaminoathyl”. Wykorzystując formułę free jazzu, zespół serwuje tu porcję bardzo energetycznej muzyki, w której pojawia się zarówno pełna motoryki improwizacja fortepianu akustycznego, jak i potężne wstawki grających unisono dęciaków (klarnetu, puzonu i saksofonu). Do tego należy dorzucić jeszcze solowy popis Rolfa oraz pojawiający się w końcowej fazie delikatny fortepian elektryczny w tle. Trudno byłoby o bardziej wyrazisty przykład spotkania dwóch muzycznych światów – klasycznego modern jazzu rodem z lat 60. z free jazzem charakterystycznym dla następnej dekady. Jeszcze swobodniejszą strukturę ma jednak utwór tytułowy, w którym – przynajmniej w części środkowej – każdy solista (Joachim Kühn, Mangelsdorff, a nawet Oxley) zdaje się ciągnąć w swoją stronę, a i tak wszystko idealnie się zazębia, co nade wszystko jest – pod „nieobecność” Tony’ego – zasługą starającego się trzymać pieczę nad całością Eberharda Webera.
Stronę A winylowej płyty zamyka kompozycja lidera grupy – „More, More, More and More”. Mocny początek – z wyeksponowanym klarnetem i nieco schowanym fortepianem elektrycznym – przywodzi na myśl rodzący się wówczas jazz-rock (z którym bracia Kühnowie będą nadzwyczaj chętnie flirtować w następnych latach). Rockowa jest motoryka utworu, który przez kilka minut rozkręca się i nabiera mocy, aby bliżej końca wytracić impet i doczekać się zwieńczenia w postaci stonowanej solówki Wolfganga Daunera. Drugą stronę albumu wypełniają zaledwie dwa numery. Pierwszy z nich – „Wind in the Willows” (ponownie autorstwa Rolfa) – trwa ponad dwanaście minut. Zbudowany jest na zasadzie kontrastu: refleksyjnemu fortepianowi akustycznemu towarzyszą ekspansywne zagrywki instrumentów dętych, które w dalszych fragmentach wybijają się zresztą na niezależność, dzięki czemu raczeni jesteśmy bardzo intensywnymi partiami solowymi. Szczególnie ważną rolę ma tu do odegrania Alan Skidmore (w tym samym czasie, gdy grał u boku Kühnów, związany również z legendą brytyjskiej sceny Canterbury, grupą Soft Machine), przez kilka minut niepodzielnie władający „sceną” w kolońskim studiu. Doprowadzając słuchaczy do stanu wrzenia, oddaje w końcu pałeczkę Joachimowi, który jednak wcale nie zamierza spuszczać z tonu.
A że Joachim Kühn potrafi „dać czadu”, udowodnił wielokrotnie. Wystarczy posłuchać wydanego kilkanaście miesięcy wcześniej jego solowego (koncertowego) longplaya „Paris is Wonderful”, który jest tak bardzo free, że bardziej – jak na tamte czasy – chyba się już nie dało. W „Wind in the Willows”, nawet jeśli nie jest aż tak ekstremalnie, pianista zbliża się do tej formuły. Postanawia też wyzwać na pojedynek Daunera – w efekcie na finał mamy do czynienia z dialogiem obu fortepianów (akustycznego i elektrycznego). Płytę zamyka „Clowny”, stylizowana na orkiestrową (bigbandową) kompozycja Alberta Mangelsdorffa. Sprawia ona wrażenie stworzonej z lekkim przymrużeniem oka, chociaż pojawiająca się w niej solówka Daunera, a przede wszystkim orgiastyczna partia sekcji rytmicznej zdają się przeczyć temu przekonaniu. Tym bardziej że im bliżej końca, tym większy zakrada się chaos. Cóż, nie bez powodu Mangelsdorff po dziś dzień (chociaż nie żyje już od jedenastu lat) uważany jest za jednego z najbardziej wpływowych niemieckich artystów modern- i freejazzowych. Zapracował na to miano właśnie takimi utworami, jak „Clowny”. Album „Devil in Paradise” okazał się więc być fascynującą, aczkolwiek pełną niebezpieczeństw, podróżą po morzu jazzu improwizowanego. W kontekście tego zaskakiwać może, że okazał się zarazem ostatnim przejawem działalności Grupy Jazzowej Rolfa Kühna, której żywot był nader krótki. Szkoda!
koniec
5 listopada 2016
Skład:
Rolf Kühn – klarnet
Joachim Kühn – fortepian
Wolfgang Dauner – fortepian elektryczny
Alan Skidmore – saksofon tenorowy
Albert Mangelsdorff – puzon
Eberhard Weber – gitara basowa
Tony Oxley – perkusja

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Subtelny ornament krewnego z prowincji
Sebastian Chosiński

13 VIII 2022

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj drugi album Terjego Rypdala nagrany w ramach projektu The Chasers.

więcej »

Pink Floyd w XXI wieku: Wczesne kiełkowanie
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

10 VIII 2022

W XXI wieku zespół Pink Floyd praktycznie przestał istnieć. Panowie jeśli już nagrywali, to raczej na swój rachunek, a o koncertach mowy być nie mogło. Niemniej fani niemal co roku są uszczęśliwiani kolejnymi albumami sygnowanymi nazwą zespołu. Na przykład opublikowanym osobno fragmentem boksu „The Early Years 1965-1972” pod tytułem „1968: Germin/ation” z 2017 roku.

więcej »

Non omnis moriar: U boku Terjego na jazzowe salony…
Sebastian Chosiński

6 VIII 2022

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka nierzadko wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj pierwszy (z trzech) album Terjego Rypdala nagrany w ramach projektu The Chasers.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.