Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 18 lutego 2018
w Esensji w Esensjopedii

Non omnis moriar: „An der schönen blauen Donau”

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz trzeci (a w „Esensji” czwarty) słowacka Fermáta.

Fermáta
‹Dunajská legenda›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDunajská legenda
Wykonawca / KompozytorFermáta
Data wydania1980
Wydawca Opus
NośnikWinyl
Czas trwania39:29
Gatunekjazz, rock
Wyszukaj wMatras.pl
Wyszukaj wKumiko.pl
Wyszukaj w
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Zobacz w
W składzieFrantišek Griglák, Tomaš Berka, Fedor Frešo, Karol Oláh, Peter Baran, Pavol Baran, Pavol Selecký, Ľuboš Šašinka
Utwory
Winyl1
1) Wlkina04:09
2) Chotemir06:09
3) Witemir03:17
4) Unzat05:48
5) Trebiz06:13
6) Žilic03:31
7) Zvemin04:52
8) Koceľ05:22
Po wydaniu trzech, bardzo wysoko ocenionych (zarówno przez krytykę, jak i fanów), płyt długogrających – „Fermáta” (1975), „Pieseň z hôľ” (1976) oraz „Huascaran” (1978) – bratysławska Fermáta wyrosła na jeden z najważniejszych zespołów rockowych (a gwoli ścisłości: jazzrockowo-progresywnych) w dawnej Czechosłowacji. Warto przy tym zaznaczyć, że konkurencja w tej dziedzinie była spora; taki awans należy więc uznać za szczególną nobilitację. Na czele formacji od początku jej istnienia stało dwóch muzyków: gitarzysta (niekiedy sięgający także po syntezatory) František Griglák oraz klawiszowiec Tomaš Berka; zmieniała się za to – i to dość często, bo praktycznie z albumu na album – sekcja rytmiczna. Po publikacji „Huascaran” z grupą rozstał się – swoją drogą, już po raz drugi – basista Laco (Ladislav) Lučenič, który przeniósł się do popowego zespołu Modus. Całkiem prawdopodobne, że ściągnął go do niego Cyril Zeleňák, były perkusista Fermáty, którego usłyszeć można na longplayu „Pieseň z hôľ”.
Na miejsce Lučeniča Griglák i Berka ściągnęli nie byle kogo. Ba! jednego z najwybitniejszych rockowych basistów w kraju – Fedora Frešo. Ten urodzony w Bratysławie w 1947 roku muzyk miał już bardzo bogate curriculum vitae. Karierę rozpoczął jako dwudziestolatek w grupie The Soulmen (u boku wokalisty i gitarzysty Dezidera Ursinego); później znalazł się w zespole Prúdy, z którym nagrał swą pierwszą w karierze płytę długogrającą „Zvoňte, zvonky” (1969). Co ciekawe, jego kompanem był wtedy František Griglák. Ale nie tylko on – również wokalista Pavol Hammel, organista Marián Varga oraz perkusista Dušan Hájek. Dwaj ostatni po rozpadzie Prúdów stworzyli nową formację – Collegium Musicum, w składzie której znalazł się także Fedor. Nagrał z nią w sumie (w trzech podejściach) osiem płyt. Za pierwszym razem były to: „Collegium Musicum” (1970), „Konvergencie” (1971) oraz „Live” (1973). Na drugiej z nich ponownie spotkał się z… Griglákiem – ten jednak, namówiony przez Tomaša Berkę, odszedł wkrótce do Ex We Five, które po paru miesiącach przeobraziło się w Fermátę. Frešo z kolei skorzystał z zaproszenia Radima Hladíka i w połowie lat 70. zasilił prowadzony przez niego Modrý Efekt (a mówiąc precyzyjniej w tym właśnie momencie: M Efekt), z którym nagrał longplay „Svitanie” (1977).
W 1977 roku Marián Varga skompletował stary / nowy skład Collegium Musicum i ponownie znalazło się w nim miejsce dla Fedora. Tym razem przygoda była jednak krótsza, oficjalnie trwała tylko dwa lata. W tym czasie powstały albumy „Continuo” (1978) oraz „On a ona” (1979), chociaż Frešo można usłyszeć także w trzech kompozycjach zarejestrowanych wiosną i latem 1981 roku z myślą o dwupłytowym wydawnictwie „Divergencie”. Był to jednak typowy występ gościnny, ponieważ formalnie basista pozostawał wówczas lojalnym członkiem Fermáty, w której po raz trzeci spotkał się z Františkiem Griglákiem. I z tym właśnie zespołem w sierpniu 1979 roku wszedł do studia wytwórni Opus w podbratysławskim miasteczku Pezinok, aby nagrać materiał, który w roku następnym trafił na czwarty w dyskografii Słowaków longplay „Dunajská legenda”. Skład uzupełnił jeszcze perkusista Karol Oláh oraz kwartet smyczkowy, w którym znaleźli się: Peter Baran, Pavol Baran, Pavol Selecký oraz Ľuboš Šašinka. Przed zespołem stanęło niełatwe zadanie – nagrać płytę, która miała dorównać nie bez powodu uznawanej za arcydzieło fusion, „Huascaran”. Presja była więc na pewno odczuwalna, ale – co najważniejsze – nie spętała muzykom wyobraźni. I chociaż „Dunajská legenda” nie jest może tak wybitna jak jej poprzedniczka, to mimo wszystko prezentuje naprawdę wysoki poziom. I to w czasach kiedy najsłynniejsze nawet formacje jazzrockowe popadały w twórczy kryzys (vide Weather Report), a niekiedy w ogóle rozpadały się (jak chociażby rodzime SBB).
„Dunajská legenda” to kolejny w dorobku Słowaków instrumentalny album koncepcyjny (mimo że pojawiają się w nim wokalizy). Griglák i Berka, którzy ponownie równo podzielili się kompozycjami, rozpisali swoją opowieść na osiem rozdziałów. Zabrakło jednak tym razem utworów rozbudowanych, kilkunastominutowych, co w pewnym sensie było znakiem czasów. Podobnie jak i pewne złagodzenie brzmienia, oparcie go przede wszystkim na dźwiękach syntezatorów. Ale wciąż jest to sama, ekscytująca Fermáta – od pierwszej w zestawie „Wlkiny” po ostatniego na liście „Koceľa”. Utwór otwierający „Legendę” to klasyczny jazz-rock, nieco jednak skręcający w stronę popu, obdarzony tanecznym rytmem, choć wielką odwagą musiałaby popisać się osoba, która zechciałaby do niego zatańczyć. To ukłon w stronę nowych fanów, dawnym za to na pewno mogą przypaść do gustu partie solowe syntezatorów (Berka) i gitary (Griglák). „Chotemir” – dla odmiany – zaczyna się od delikatnych tonów gitary akustycznej, do której po kilkudziesięciu sekundach dochodzą nie mniej subtelne syntezatory, a jeszcze później smyczki. Wszystko to sprawia, że numer zyskuje na rozmachu, który z czasem udziela się całemu zespołowi. Liderzy dają się zaś ponieść tak bardzo, że okraszają go jednymi z najlepszych swoich solówek w karierze.
Nie, to wcale nie przesada. Griglák i Berka to niezwykły wprost przykład muzyków, którym perfekcyjna współpraca pozwalała wznosić się na artystyczne wyżyny, a „Chotemir” jest tego wyrazistym dowodem. Po tym czysto progresywnym zrywie w końcówce panowie podkręcają nieco tempo, ale jednocześnie też – głównie za sprawą fortepianu elektrycznego – wracają do swoich jazzrockowych korzeni. W nieco krótszym od poprzedników „Witemirze” po raz pierwszy pojawiają się natomiast chóralne wokalizy (odpowiadają za nie František, Tomaš i Fedor), idealnie współgrające z gitarowymi wstawkami Grigláka. Stronę A wydawnictwa zamyka „Unzat”, w którym po raz kolejny rock progresywny (za sprawą jeszcze jednej przyprawiającej o ciarki na plecach partii gitary) miesza się z fusion (wstęp na fortepianie elektrycznym i funkujący syntezator w części środkowej). Ale to, co przede wszystkim przykuwa uwagę, to nadzwyczajne wręcz bogactwo brzmieniowe, świadczące również o wielkim talencie aranżacyjnym Słowaków. Kontynuacją tej drogi jest otwierający stronę B „Trebiz”, w którym panowie z Fermáty znajdują miejsce i dla fortepianu akustycznego, i dla sekcji smyczkowej, i dla kilku rodzajów syntezatorów. Ten nieco ponad sześciominutowy utwór przeistacza się tym samym w czteroczęściową minisuitę, w której w pewnym momencie pobrzmiewają nawet echa muzyki reggae.
W dalszej części płyty też nie brakuje niespodzianek. W jazzrockowym, mocno zakręconym rytmicznie „Žilic” ponownie słychać głosy Grigláka, Berki i Frešo, którzy wdają się w dialog z syntezatorami; z kolei w „Zveminie” Fermáta pozwala sobie na wycieczki w stronę boogie i bluesa, za które odpowiada przede wszystkim František. Sprawiają one jednak jedynie wrażenie nieskrępowanych harców, tym bardziej że i Tomaš, bawiąc się różnymi efektami, mruga okiem do słuchacza. Po tych wszystkich „skokach w bok” panowie wracają do głównego nurtu narracji. „Legendę” zamyka bardzo progresywna w wydźwięku kompozycja „Koceľ”. Pełne ręce roboty mają w niej nie tylko liderzy zespołu, ale także członkowie sekcji rytmicznej; dzięki aranżacyjnej wyobraźni Grigláka, Karol Oláh sięga tu po perkusjonalia, natomiast Fedor Frešo ma okazję zagrać na kontrabasie. Wszystkich godzi zaś podniosłą partią syntezatorów Berka, który sprawia, że album ma nadzwyczaj szlachetny finał. Choć od wydania „Huascaran” do publikacji „Legendy” minęły zaledwie dwa lata, w rzeczywistości zmienił się w tym czasie cały muzyczny świat. Młodzież zainteresowana rockiem zwróciła się w stronę punka i nowej fali, wielką popularność zyskiwał też heavy metal; z drugiej strony – estrady w krajach „bloku wschodniego” opanowane były przez artystów popowych i dyskotekowych. Grono odbiorców muzyki granej przez Fermátę w naturalny sposób kurczyło się. Jakby na przekór temu, zespół wszedł wreszcie w okres stabilizacji, nie mając najmniejszej ochoty poddać się dyktatowi rynku.
koniec
1 lipca 2017
Skład:
František Griglák – gitara elektryczna, gitara akustyczna, syntezatory, wokaliza
Tomaš Berka – fortepian elektryczny, fortepian, syntezatory, wokaliza
Fedor Frešo – gitara basowa, kontrabas, wokaliza
Karol Oláh – perkusja, instrumenty perkusyjne
gościnnie:
Kwartet smyczkowy (Peter Baran, Pavol Baran, Pavol Selecký, Ľuboš Šašinka)
dodajdo

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Najnowsze

Non omnis moriar: Świat cały w lustrze
Sebastian Chosiński

17 II 2018

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj solowy projekt Charliego Mariano zrealizowany w ojczystych Stanach Zjednoczonych.

więcej »

Zagraj to jeszcze raz Sam: Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

14 II 2018

Czarny Ziutek (szef killerów) to tragiczny bohater ballady Stanisława Staszewskiego „Celina”, rozpropagowanej przez jego syna i formacje Kult oraz Kazik Na Żywo. Ale Czarny Ziutek z Killerami to także nazwa zespołu coverującego utwory Kazika Staszewskiego z każdego przejawu jego działalności artystycznej.

więcej »

Non omnis moriar: Czy marokańskie dziewczyny śnią o amerykańskich i niemieckich chłopcach?
Sebastian Chosiński

10 II 2018

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz szósty niemiecka formacja Embryo.

więcej »

Polecamy

Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Sikory złote pod mankietem odmierzają sekund bieg
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

99 czerwonych balonów
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Anna z dalekiej północy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Drugi najpiękniejszy cover Stinga
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Nauczyli się latać
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Polacy na metalowo
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Śniegu płoń!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Z tego cyklu

Świat cały w lustrze
— Sebastian Chosiński

Czy marokańskie dziewczyny śnią o amerykańskich i niemieckich chłopcach?
— Sebastian Chosiński

Ojciec, Syn i święte duchy
— Sebastian Chosiński

Gimnazjalny egzamin radiowy
— Sebastian Chosiński

Zemsta na caudillo Franco
— Sebastian Chosiński

W poszukiwaniu własnego języka
— Sebastian Chosiński

Pre-Embryo w epoce niewinności
— Sebastian Chosiński

Jeden za czterech, czterej za jednego!
— Sebastian Chosiński

Gdy trudno się zdecydować…
— Sebastian Chosiński

Free w granicach rozsądku
— Sebastian Chosiński

Tegoż twórcy

Tu miejsce na labirynt…: Słowacy nie gęsi, też swój jazz-rock mają!
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Tu miejsce na labirynt…: Fragmentaryczność na dwa (kontra)basy
— Sebastian Chosiński

Zdrada czai się pod wodą
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Tam i z powrotem, czyli najpierw na Bali, potem do Sztokholmu
— Sebastian Chosiński

Wróblewski był pierwszy!
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Chrześcijański fundamentalizm vs. agnostycyzm
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Gdy jazzmani zaczynają grać krautrocka…
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Trylogia, która krzepi uszy (i serca zresztą też)
— Sebastian Chosiński

East Side Story: Kto ratuje jedno życie… musi porzucić marzenia
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Trzech na jednego – i co z tego wyszło…
— Sebastian Chosiński

Tu miejsce na labirynt…: Dłonie… usta… serce…
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.