Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 17 czerwca 2019
w Esensji w Esensjopedii

Niagara

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNiagara
Wykonawca / KompozytorNiagara
Data wydania1971
Wydawca United Artists Records
NośnikWinyl
Czas trwania39:45
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Klaus Weiss, Udo Lindenberg, Cotch Blackmon, Juan Romero, Keith Forsey
Utwory
Winyl1
1) Sangandongo19:06
2) Malanga20:38
Wyszukaj / Kup

Non omnis moriar: Silna grupa pod światłym przywództwem

Esensja.pl
Esensja.pl
Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Tym razem Niagara – międzynarodowy projekt perkusyjny Klausa Weissa.

Sebastian Chosiński

Non omnis moriar: Silna grupa pod światłym przywództwem

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Tym razem Niagara – międzynarodowy projekt perkusyjny Klausa Weissa.

Niagara

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNiagara
Wykonawca / KompozytorNiagara
Data wydania1971
Wydawca United Artists Records
NośnikWinyl
Czas trwania39:45
Gatunekjazz, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Klaus Weiss, Udo Lindenberg, Cotch Blackmon, Juan Romero, Keith Forsey
Utwory
Winyl1
1) Sangandongo19:06
2) Malanga20:38
Wyszukaj / Kup
W latach 70. ubiegłego wieku muzykom rockowym i jazzowym z zachodnich Niemiec nie brakowało wyobraźni. Na fali krautrocka wypłynęło co najmniej kilkadziesiąt (jeśli nie więcej) zespołów, których twórczość nie zestarzała się do dzisiaj. Ba! które znacząco wyprzedzały swoją epokę, mając wpływ na kształtowanie się gustów muzycznych w kolejnych dekadach. Ale nawet na tle najlepszych z najlepszych pojawiały się formacje potrafiące zaskoczyć tych, którym wydawało się, że widzieli i słyszeli już wszystko. Takim ewenementem była bez dwóch zdań – przynajmniej w początkach swojej kariery – grupa o nazwie Niagara. Jej twórcą był, urodzony w lutym 1942 roku w miejscowości Gevelsberg (w Nadrenii Północnej-Westfalii), perkusista Klaus Weiss. Jako dorosły już człowiek zamieszkał w Bawarii i stał się częścią nadzwyczaj płodnej monachijskiej jazzrockowej bohemy.
Karierę zaczynał jeszcze w latach 60., grając w Kwartecie Klaus Doldingera – artysty, bez którego trudno byłoby wyobrazić sobie współczesną europejską scenę fusion. Dość powiedzieć, że w następnej dekadzie stanął on na czele zespołu Passport! Artysty istotnego także z tego powodu, że u jego boku szlify zdobywało wielu innych wpływowych w późniejszych latach instrumentalistów. Klaus Weiss był jednym z nich. I właśnie kiedy występował razem z Doldingerem, zaczął przemyśliwać o powołaniu do życia własnego bandu. Tak narodziła się Niagara – formacja ze wszech miar nietypowa. W jej pierwszym składzie znaleźli się bowiem sami… perkusiści i perkusjoniści. Pięciu w podstawowym i dwóch dodatkowych jako goście. Dwóch spośród głównej piątki, podobnie jak Weiss, wcześniej pobierało staż u Doldingera, w jego kolejnej – po Kwartecie – grupie Motherhood.
To Niemiec Udo Lindenberg, który krótko potem rozpoczął nadzwyczaj udaną karierę solową, oraz Brytyjczyk Keith Forsey, który pierwsze kroki na scenie stawiał pod koniec lat 60. w wyspiarskim popowo-psychodelicznym zespole The Spectrum. Potem jednak postanowił porzucić ojczyznę i przenieść się do Niemiec; tu z kolei dał się poznać jako muzyk takich formacji, jak Amon Düül II, 18 Karat Gold i Hallelujah. Poza wspomnianą powyżej trójką skład Niagary uzupełnili jeszcze Amerykanin Cotch Blackmon (jednocześnie w Between i Sinto) oraz Wenezuelczyk Juan Romero (Ira Kris Group). W jednym z dwóch utworów, jakie trafiły na debiutancki album formacji prowadzonej przez Weissa, usłyszeć można natomiast dodatkowo Niemca Danny’ego Fichelschera (w przyszłości między innymi Gila i Popol Vuh) oraz kolejnego Amerykanina – George’a Greena (udzielającego się również w zachodnioniemieckiej jazzrockowej grupie Haboob).
Konsolidowanie składu odbyło się zapewne w sposób jak najbardziej dla tamtych czasów typowy, czyli poprzez zapraszanie do współpracy kumpli i znajomych. Dużo bardziej zaskakujące jest jednak dodatkowe kryterium, jakie zastosowano. Wynikało ono z przyjętego przez Weissa założenia, że Niagara ma być… miniorkiestrą perkusyjną. W trakcie nagrań wykorzystano następujące instrumentarium (niekiedy zwielokrotnione): perkusja, kotły, dzwonki, kongi, marakasy i inne instrumenty perkusyjne. I nic ponad to. Żadnych gitar, klawiszy czy dęciaków. Mogłoby się wydawać, że muzyka zarejestrowana w takiej formie musi być bardzo monotonna, prawda? Lecz nic z tego. Zawartość „Niagary” – taki tytuł nadano longplayowi wydanemu przez United Artists Records w 1971 roku – skrzy się mnóstwem barw, zaskakuje polirytmicznymi rozwiązaniami i inspiracjami rozciągniętymi od jazzu, poprzez rock, aż po world music o proweniencji afrykańskiej i latynoskiej. I jest jeszcze wspaniała, choć wywołująca kontrowersje – i wtedy, i dziś (całkiem możliwe, że w XXI wieku taka grafika zostałaby ocenzurowana bądź zakazana) – okładka, na której widnieją (po rozłożeniu) zlane potem ciemne kobiece piersi.
Na album trafiły dwie – w dużej mierze improwizowane – suity perkusyjne. Stronę A wypełniło dziewiętnastominutowe „Sangandongo”. Na otwarcie rozbrzmiewa motoryczny rytm bębnów, którego zadaniem jest wprowadzenie w nastrój albumu, wskazanie, z czym będziemy mieć do czynienia. Po kilkudziesięciu sekundach muzycy zwalniają nieco tempo i wzbogacają brzmienie o kongi i dzwonki. Każdy z nich ma do wypełnienia inne zadanie, które normalnie przypadłoby artystom grającym na instrumentach strunowych czy klawiszowych. W każdym razie aranżacyjny przepych jest wyraźnie słyszalny. Mimo to udaje się uniknąć wrażenie chaosu, perkusjoniści idealnie bowiem ze sobą współpracują. W odpowiednich momentach spowalniają i dają wytchnienie, w innych – kiedy już słuchacz dochodzi do siebie – przyspieszają i wprowadzają w trans. Jak w klasycznym free jazzie wiedzą też, kiedy doprowadzić do przesilenia, aby podbiwszy emocje do zenitu, móc rozpocząć nowy wątek. Instrumentem przewodnim, organizującym całość są typowe perkusje – gdy tylko się odzywają, dominują nad pozostałymi i skutecznie je sobie podporządkowują.
Jeśli ktoś sądzi, że po (niespełna) dwudziestu minutach takiego grania można mieć już dość – jest w błędzie. „Sangandongo” to jedynie przymiarka do wypełniającego stronę B utworu zatytułowanego „Malanga”. Jest jeszcze dłuższy (o półtorej minuty), ale przede wszystkim – ciekawszy, bardziej eksperymentalny i awangardowy. Brzmieniowo jeszcze bogatszy. Także dzięki temu, że poszczególni muzycy wchodzą ze sobą w bezpośrednie interakcje, prowadzą dialogi. Jak chociażby perkusiści – Klaus Weiss i Udo Lindenberg. To, co my znamy głównie z koncertów SBB (słynne perkusyjne pojedynki Jerzego Piotrowskiego i Anthimosa Apostolisa), Niagara praktykowała już kilka dobrych lat wcześniej. W „Malandze” muzycy nie stronią też od możliwości, jakie dawała elektronika – pojawiają się więc pogłosy, szumy, skrzypienia. Gdyby przełożyć to na język typowo rockowy, wyszedłby z tego niezły noise. Ale to jeszcze nie wszystko. Są bowiem w tym utworze fragmenty, które mogą kojarzyć się ze współczesnym space- i post-rockiem (zapętlony główny rytm i „oplatające” go perkusjonalia).
Nie da się ukryć, że eksperyment Niagary okazał się niezwykle intrygujący. Weiss zdawał sobie jednak sprawę z tego, że jego powtórzenie mogłoby zakończyć się już artystyczną porażką. I tak, jak zaskoczył debiutem, postanowił zaskoczyć także drugim albumem. Tym razem poprzez skompletowanie nowego składu – już „po bożemu” – z którym nagrał płytę różniącą się od „Niagary” diametralnie. Tak naprawdę to zarejestrowała ją zupełnie inna grupa. Jaka? Dowiecie się z kolejnego „Non Omnis Moriar”.
koniec
12 stycznia 2019
Skład:
Klaus Weiss – perkusja, kotły, dzwonki
Udo Lindenberg – perkusja, kotły, instrumenty perkusyjne
Cotch Blackmon – kongi, instrumenty perkusyjne
Juan Romero – krowi dzwonek, marakasy
Keith Forsey – perkusja, instrumenty perkusyjne, talerze perkusyjne
Gościnnie:
George Green – perkusja (1)
Danny Fichelscher – kongi, instrumenty perkusyjne (1)

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Jadą goście, jadą…
Sebastian Chosiński

15 VI 2019

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz siódmy – i drugi w wersji koncertowej – jazzrockowy Passport Klausa Doldingera.

więcej »

Zagraj to jeszcze raz Sam: Echa – suplement
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

12 VI 2019

Człowiek sobie wszystko ładnie zaplanuje, przygotuje, przemyśli… i nagle dzieje się coś, co całkiem burzy jego plany. Dlatego dziś zamiast o tym, co być miało, napiszę o zniewalającym coverze suity „Echoes” Pink Floyd.

więcej »

Non omnis moriar: Powrót do niesztampowej rutyny
Sebastian Chosiński

8 VI 2019

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz szósty jazzrockowa formacja Passport Klausa Doldingera.

więcej »

Polecamy

Echa – suplement

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Echa – suplement
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Prawdziwe talenty znajdziemy na ulicy
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Melinda na kwasie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tango z Morskiego Oka (w Warszawie)
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Cała ta miłość
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Stylowe, jak Chevrolet El Camino z 1968
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dajesz Rudolf, dajesz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zapach muzyki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Życie o świcie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rockabilly dżungli
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Z tego cyklu

Jadą goście, jadą…
— Sebastian Chosiński

Powrót do niesztampowej rutyny
— Sebastian Chosiński

Dwadzieścia lat minęło… jak jeden dzień
— Sebastian Chosiński

Pająk, który nadejdzie
— Sebastian Chosiński

Magiczne rękodzieło
— Sebastian Chosiński

Nepalski kot z korzeniem mandragory
— Sebastian Chosiński

Sabat czarownic na Uranie
— Sebastian Chosiński

Koniec i początek
— Sebastian Chosiński

O muzyku, który zrzuca skórę
— Sebastian Chosiński

Happening na nowej drodze życia
— Sebastian Chosiński

Wkrótce

zobacz na mapie »
Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.