Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 15 lipca 2020
w Esensji w Esensjopedii

‹Dream Theater, The Distance Over Time Tour›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Organizator Knock Out Productions
MiejsceWrocław
Od16 lutego 2020

O wirtuozerii, rutynie, a także o sztuce przyzwyczajenia

Esensja.pl
Esensja.pl
Przed laty zasłuchiwałem się w Dream Theater. To nie pierwsza, ostatnia ni największa moja fascynacja, lecz dość ważna, żebym poznawszy zespół po wydaniu „Train of Thought”, zawiódł się „Octavarium”, ale potem często sięgał po wcześniejsze „Images and Words” i „Metropolis, Pt. 2”. A zwłaszcza „Awake”: w mijającej dekadzie regularnie wracałem już tylko do tego albumu. Jednak przed pójściem na wrocławski koncert — z całą „Metropolis” na żywo — trudno mi było się powstrzymać.

Mieszko B. Wandowicz

O wirtuozerii, rutynie, a także o sztuce przyzwyczajenia

Przed laty zasłuchiwałem się w Dream Theater. To nie pierwsza, ostatnia ni największa moja fascynacja, lecz dość ważna, żebym poznawszy zespół po wydaniu „Train of Thought”, zawiódł się „Octavarium”, ale potem często sięgał po wcześniejsze „Images and Words” i „Metropolis, Pt. 2”. A zwłaszcza „Awake”: w mijającej dekadzie regularnie wracałem już tylko do tego albumu. Jednak przed pójściem na wrocławski koncert — z całą „Metropolis” na żywo — trudno mi było się powstrzymać.

‹Dream Theater, The Distance Over Time Tour›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Organizator Knock Out Productions
MiejsceWrocław
Od16 lutego 2020
Trasa, która 16 lutego spowodowała wypełnienie kilkoma tysiącami osób wrocławskiej Hali „Orbita”, odbywa się z okazji dwudziestolecia „Metropolis, Pt. 2: Scenes From a Memory”, wydanej pod koniec 1999 roku. Tematycznie jednolita, muzycznie płynnie połączona całość, jest w zamierzeniu — bądź była — kontynuacją utworu „Metropolis, Pt. 1: The Miracle and the Sleeper” z wydanego siedem lat wcześniej albumu „Images and Words”. Wśród członków grupy zmienił się od tego czasu tylko i aż perkusista. Mike Portnoy, wraz z pozostającymi na swoich miejscach Johnami Petruccim (gitarzystą) i Myungiem (basistą), był współzałożycielem zespołu, ważnym ze względu nie tylko na kompozycje i produkcję, ale także to, z czego Amerykanie są najbardziej chyba znani: instrumentalne — zda się: niekiedy przesadne — popisy. Nie mam jednak wrażenia, by przyjęcie zamiast niego Mike’a Magniniego jako wykonawcy wiązało się ze zmianą na gorsze, a jeśli chodzi o muzyczne nowości, Dream Theater i tak ma już raczej najlepsze lata sporo za sobą. Jordan Rudess, w dzieciństwie obiecujący klasyczny pianista, jako klawiszowiec debiutował właśnie na „Scenes From a Memory”, a na niedawnych solowych płytach pozwolił usłyszeć niebłahe zdolności do poruszania palcami (chociaż czy twórcze? — to pytanie osobne, na które niełatwo odpowiedzieć); główną przeto niepewność budziła, jak często, kondycja wokalisty Jamesa LaBriego, i tak nieraz uważanego za najsłabszy organ zespołu — w dodatku odległy czasami od własnych możliwości.

Dream Theater

NazwiskoDream Theater
WWW
Może trochę dziwić albo i zawodzić, że część druga „Metropolis” nie zostaje podczas trasy poprzedzona częścią pierwszą, za czym nie wydarzyło się tak również we Wrocławiu. Czy owo rozwiązanie wynika z przekory, czy po prostu stąd, że to prawie najczęściej — bo zaraz po „Pull Me Under” — wykonywany jak dotąd na koncertach utwór Dream Theater, zespół mógł więc zapragnąć odmiany? To do rozważenia, nie wydaje się jednak, by wobec całej reszty brak tych dziesięciu minut był dużą stratą. Zresztą oprócz albumu rocznicowego w ogóle nie wybrzmiały dźwięki z lat dziewięćdziesiątych — najstarsze to „In the Presence of Enemies, Pt. 1” (z „Systematic Chaos”; 2007). Poza tym kilkunastominutowe otwarcie płyty „Black Clouds & Silver Linings” (2009), czyli „A Nightmare to Remember”, tutaj zwieńczone dialogiem wokalisty z publicznością, po której reakcjach nie budziło wątpliwości, czego najbardziej oczekuje. A także cztery utwory z ostatniego dzieła, zeszłorocznego „Distance Over Time” — „Untethered Angel” na samym początku, „Barstool Warrior” i „Pale Blue Dot”, a między nimi „Paralyzed”, grane podczas trasy zamiennie z „Fall Into the Light”: jedyny niestały element koncertowych list. Najnowsza płyta wydaje się zresztą nieco ciekawsza od poprzednich, za czym stawianie, prócz „Metropolis”, na twórczość z zeszłego roku jawi się nie tylko zrozumiałym, ale też niezłym pomysłem. A potem? Potem dwadzieścia minut przerwy i oczekiwane przez obecnych sedno.
Fot. Mariusz Danielak, artrock.pl
Fot. Mariusz Danielak, artrock.pl
Należy, jak sądzę, skupić się właśnie na nim. Nie widzę przy tym powodu, żeby wyróżniać konkretny utwór, zwłaszcza że za jedną kompozycję wolno uznać całą płytę, wykonanie zaś, a przynajmniej jego zamysł, raczej nie odbiegło nazbyt od wersji nagranej. Bardzo dobre wrażenie robił Rudess, czy to sięgając po klawisze zawieszone na ramieniu i w ruchu prezentując solówki, czy to swój instrument — już ten zwykły: obok stołka — przechylając tak, by można było go zobaczyć w (prawie) całej jego okazałości. Myung zdawał się po prostu rzetelnie wypełniać swoje zadanie, zanadto się przy tym nie pokazując. Petrucci, głowa zespołu, oraz Magnini, podobnie jak Rudess, ale w mniej efektowny wizualnie sposób, dawali znać o swojej wirtuozerii, zarazem jednak niczym bodaj nie zaskakując. Kłopoty — tu również brak niespodzianki — okazywał LaBrie, to nie dociągając, to tracąc niekiedy głos, to go w wyraźnie niezamierzony sposób podwyższając lub obniżając albo wpadając w chrypę. Trudno mu zarzucić brak żywiołowości czy kontaktu z publicznością, niechby co złośliwsi mogli dostrzec napięcie w akurat jego droczeniu się z widzami o ich zdolności do wołania; akurat jego, bo trudno również ukryć, że nie do końca sobie radził zarówno z ciężkimi i agresywnymi, jak i z łagodnymi, miękkimi partiami — a przecież sporo na „Metropolis” momentów lżejszych, opartych na nastroju. Tak czy owak, wokalista nie wydaje się najważniejszą częścią tej grupy, a na żywo łatwiej o wybaczanie wpadek. Tym, co sprawiało największą różnicę między muzyką z koncertu a tą z albumu, było brzmienie przyjmowane czasami przez niektóre instrumenty, bodajże zwłaszcza klawiszowe, a nadające swoistych mocy i przestrzeni; zarazem wszakże, skoro ująć rzecz ogólniej, nagłośnienie w hali pozostawiało wiele do życzenia.
Fot. Mariusz Danielak, artrock.pl
Fot. Mariusz Danielak, artrock.pl
Później jeszcze „At Wit’s End” — znów z ostatniej płyty — zgodnie z tekstem i tytułem na sam koniec. Dla mnie — dowód, że utwory spoza sedna odstawały klasą od innych, co nie znaczy, że sprawiały nieprzyjemność. Zresztą sama część główna trwała osiemdziesiąt minut, a wszystko razem, jeśli wliczyć przerwę, nieomal trzy godziny. Czy był to świetny koncert? Nie; wiem też, że przynajmniej kilku stałych na ich występach bywalców ten nieco rozczarował. Dowiódł jednak, że „Metropolis, Pt. 2: Scenes From a Memory” to bardzo dobry album, Petrucci zaś, Myung, Rudess oraz Magnini to wybitni instrumentaliści, nawet jeśli niekoniecznie przekłada się to na jakość całości. A James LaBrie? Cóż, można się do niego przyzwyczaić.
koniec
17 lutego 2020

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: W dżungli wielkiego miasta
Sebastian Chosiński

11 VII 2020

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj polska formacja Eden.

więcej »

Non omnis moriar: Supergrupa, o której zapomniano
Sebastian Chosiński

4 VII 2020

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj krautrockowa supergrupa Dennis, która pozostawiła po sobie tylko jeden album.

więcej »

Nie przegap: Czerwiec 2020
Esensja

30 VI 2020

To chyba najobfitsze zestawienie recenzji w historii naszego cyklu. Sprawdźcie, czy a pewno czegoś nie przegapiliście!

więcej »

Polecamy

Na ulicach Babilonu gaz

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Na ulicach Babilonu gaz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Lament zniewolonego ludu
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Perwersyjna poezja miłosna
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Gruby cover
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Z sąsiedzkim pozdrowieniem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Hardkorowa terapia
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ino wpierw ciulnę ją sztachelką
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ups… tak im wyszło
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Do góry, kangury!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Który miś dla której dziewczyny
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Tegoż autora

Dlaczego Kant i Popper nie potrafili wyjść poza fantastykę naukową?
— Mieszko B. Wandowicz

O tym, czego nie boi się Dukaj
— Mieszko B. Wandowicz

O nienawiści; oraz o tym, szczo treba robyty z Lachamy
— Mieszko B. Wandowicz

O niedoskonałościach perfekcji
— Mieszko B. Wandowicz

Powieść o uciekaniu
— Mieszko B. Wandowicz

Dziwne owoce we wrocławskiej synagodze
— Mieszko B. Wandowicz

Mizantropia i makolągwy
— Mieszko B. Wandowicz

Byk kształtuje świadomość
— Mieszko B. Wandowicz

W Geisterwelcie wilki łypią inaczej
— Mieszko B. Wandowicz

Boga najlepiej żuć powoli
— Mieszko B. Wandowicz

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.