Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 25 lutego 2021
w Esensji w Esensjopedii

Sens życia według Cohena

Esensja.pl
Esensja.pl
Liryczny nastrój, dużo dowcipów i jeszcze więcej dobrej muzyki – tak wyglądał poniedziałkowy koncert Leonarda Cohena we wrocławskiej Hali Stulecia, która była wypełniona niemal do ostatniego miejsca.

Michał Hernes

Sens życia według Cohena

Liryczny nastrój, dużo dowcipów i jeszcze więcej dobrej muzyki – tak wyglądał poniedziałkowy koncert Leonarda Cohena we wrocławskiej Hali Stulecia, która była wypełniona niemal do ostatniego miejsca.
Leonard Cohen, Wrocław, 29 września 2008
Leonard Cohen<br> Fot. www.irishtimes.com
Leonard Cohen
Fot. www.irishtimes.com
Cohen rozpoczął od naprawdę mocnego uderzenia – na pierwszy ogień poszło „Dance Me to the End of Love”, które znakomicie wprowadziło publiczność w poetycki i kameralny nastrój poniedziałkowego koncertu. Kanadyjczyk pilnował jednocześnie, żeby nie było zbyt poważnie, i co jakiś czas serwował fanom charakterystyczne dla niego dowcipy. Trzeba przyznać, że dzięki temu w inteligentny sposób balansował pomiędzy powagą a luzem. O skromności nie wspominając, często kłaniał się bowiem wrocławskiej publiczności. Zdarzało się też, że komplementował towarzyszących mu muzyków, chcąc podkreślić, jak wiele jego muzyka im zawdzięcza. Na wielkie brawa zasługują przede wszystkim piosenkarki z chóru – Sharon Robinson i siostry Webb. W pewnym momencie artysta wsłuchał się w ich śpiew i powiedział, że to jest właśnie poezja życia. Coś, czym kończy swój dzień przed snem i czym zaczyna przy porannej toalecie. Wyjaśnił publiczności, że chce jej przedstawić kwintesencję sensu istnienia. Nawoływał, żeby wsłuchać się w te słowa. W końcu zdradził, że sensem jest to, co śpiewają chórzystki: „Duda dam, duda dam”. Mówiąc szczerze, trudno powiedzieć, czy należy to uznać za żart, czy też za próbę uświadomienia wszystkim, że w życiu liczą się niezauważalne na pierwszy rzut oka drobiazgi.
Jak wspominałem, wielki muzyk swoją skromnością urzekł także fanów, którym dziękował za to, że może zaśpiewać we Wrocławiu, to znaczy w mieście, które zaznało w przeszłości wielu cierpień. W ten sposób zrobił wprowadzenie do „Anthem”, w którym ogromnie przejmująco zabrzmiały słowa: „Ring the bells that still can ring”. Wyśpiewując to, odnosił się do wszystkich budowli, które przetrwały minione czasy. Niewykluczone, że kolejny fragment tej piosenki: „Every heart, every heart to love will come but like a refugee” nawiązywał z kolei do jego żydowskich korzeni i pamięci o Żydach, których przepędzono swego czasu z Wrocławia.
Wielokrotnie wspominał przeszłość, jednakże w czasie koncertu nie zabrakło też jego nowszych kawałków, chociażby „I’m Your Man”. Z drugiej strony bodaj największe oklaski dostało „Hallelujah” i zwłaszcza przerobione specjalnie na tę okazję zdanie: „And remember when I moved to Wroclaw”. Sporo osób autentycznie się przy tym wzruszyło. Wzruszenie szybko zastępowała jednak radość, że koncert wciąż trwa. Artysta często zwodził wszystkich tym, że go już kończy, by zaraz potem powrócić efektownie na scenę. Po jednej z takich sytuacji ujął wszystkich słowami piosenki: „I tried to leave you”, na koniec pożegnał zaś fanów tekstem: „Mam nadzieję, że jesteście usatysfakcjonowani”. Nie można tego powiedzieć o wszystkich. „Dwadzieścia trzy lata temu było lepiej” – powiedział po koncercie jeden z melomanów. „Ale był wtedy młodszy” – dodał słusznie ktoś inny. Trzeba przyznać, że jak na swoje lata Cohen trzyma się lepiej niż dobrze. W czasie ponadtrzygodzinnego show udowodnił, że niewiele stracił z młodzieńczej werwy i wciąż potrafi porywać tłumy. Było to widać szczególnie przy klasykach takich jak „Suzanne” czy „So Long, Marianne”. Poza tym usłyszeć można było między innymi „In My Secret Life” i „Bird on the Wire”. Osobiście ubolewam nad tym, że zabrakło kilku moich ulubionych piosenek, na przykład „Sisters of Mercy”, ale w końcu nie można mieć wszystkiego.
koniec
3 października 2008

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Credit: Simon Fowler<br/>fot. howardjones.com

A pamiętacie…: Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
Wojciech Gołąbowski

24 II 2021

Jak na kompozytora i piosenkarza, mającego na koncie trzynaście albumów studyjnych, dziewięć kompilacyjnych i trzy koncertowe, aktywnego na scenie nieprzerwanie od 1983 roku i występującego z wieloma gwiazdami, Howard Jones pozostaje u nas osobą zadziwiająco mało znaną.

więcej »

Non omnis moriar: Ciekawe kto się „zesstresował”…
Sebastian Chosiński

20 II 2021

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj debiutancki album solowy francuskiego pianisty jazzrockowego Benoît Widemanna.

więcej »
The La’s in 1990. Left to right: Lee Mavers, Peter „Cammy” Cammell, Neil Mavers and John Power<br/>Source: Promotional image of The La’s released circa. 1990. Copyright belongs to Go! Discs or the photographer Clare Muller.<br/>Fot. Wikipedia

A pamiętacie…: The La’s – ona znowu idzie
Wojciech Gołąbowski

17 II 2021

The La’s to zespół, który ostatecznie wydał jeden album studyjny, pięć singli oraz… siedem albumów kompilacyjnych. Tylko jeden ich utwór jest znany szerzej, a mimo to zdołali wywrzeć wrażenie na innych – do inspirowania się ich muzyką przyznaje się m.in. Noel Gallagher z Oasis, a także The Stone Roses, The Charlatans i The Libertines.

więcej »

Polecamy

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?

A pamiętacie…:

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Robbie Nevil – takie jest życie
— Wojciech Gołąbowski

Paper Lace – Billy bohater w noc zgonu Chicago
— Wojciech Gołąbowski

Yvonne Elliman – Maria z Magdali od Bee Geesów i Claptona
— Wojciech Gołąbowski

Irene Cara – cóż za uczucie!
— Wojciech Gołąbowski

John Parr – widzę nowy horyzont
— Wojciech Gołąbowski

Feargal Sharkey – od punka do orderu
— Wojciech Gołąbowski

Całuski dla mnie
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż autora

„Interstellar” jak marmolada pomarańczowa
— Michał Hernes

Tina, królowa talk show
— Michał Hernes

„Operetka” jest naga
— Michał Hernes

Grzech nie zobaczyć
— Michał Hernes

Klęska „Baala”
— Michał Hernes

Bluesowa trylogia
— Michał Hernes

Masz talent?
— Michał Hernes

Politycznie poprawne poprawianie
— Michał Hernes

Tysiące pojedynczych słów
— Michał Hernes

Kur…, to nie ten koncert!
— Michał Hernes

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.