Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 19 grudnia 2018
w Esensji w Esensjopedii

Dżem
‹Detox›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułDetox
Wykonawca / KompozytorDżem
Data wydaniaczerwiec 1991
NośnikWinyl
Czas trwania41:55
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Paweł Berger, Adam Otręba, Benedykt „Beno” Otręba, Jerzy Piotrowski, Ryszard Riedel, Jerzy Styczyński
Utwory
CD1
1) Jak malowany ptak04:31
2) Mamy forsę, mamy czas05:02
3) Ostatnie widzenie08:22
4) Śmiech czy łzy02:51
5) Detox06:46
6) Sen o Victorii05:44
7) List do M.06:36
8) Letni spacer z Agnieszką02:03
Wyszukaj / Kup

50 płyt na 50-lecie polskiego rocka

Esensja.pl
Esensja.pl
« 1 3 4 5

Esensja

50 płyt na 50-lecie polskiego rocka

Kult
‹Tata Kazika›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułTata Kazika
Wykonawca / KompozytorKult
Data wydania1993
Wydawca S.P. Records
NośnikCD
Czas trwania56:29
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Celina6:46
2) Dziewczyna się bała pogrzebów4:32
3) Baranek4:22
4) Notoryczna narzeczona3:06
5) Królowa życia5:03
6) Inżynierowie z Petrobudowy2:45
7) Knajpa morderców4:46
8) W czarnej urnie4:34
9) Wróci wiosna, baronowo5:43
10) Marianna5:02
11) Kurwy wędrowniczki4:21
12) Bal kreślarzy3:06
13) Dyplomata2:23
Wyszukaj / Kup
10. KULT – TATA KAZIKA (1993)
Paradoksalnie płyta, która okazała się największym sukcesem komercyjnym „Kultu”, rodziła się z totalnej negacji. Kazik przez wiele lat programowo odrzucał dorobek artystyczny swego ojca, tak jak i jego odniesienie do człowieka, który porzucił rodzinę, gdy Kazik miał kilka lat, i wyemigrował do Francji, utrzymując tylko sporadyczne kontakty, było mocno negatywne. W tym czasie piosenki Stanisława Staszewskiego jednak funkcjonowały w wersjach gitarowych, promował je na swoich koncertach zwłaszcza Jacek Kaczmarski. Do nagrania płyty z piosenkami swego ojca Kazik dojrzewał długo, ostatecznie przekonał go do tego Jerzy Zalewski, który chciał nakręcić film o Staszku Staszewskim. Film otrzymał tytuł „Tata Kazika” i takie miano dostała też płyta. Jej sukces przekroczył oczekiwania wszystkich – sprzedała się w 700 000 egzemplarzy.
Na czym polegał sukces? Bez wątpienia w dużej mierze na starannej aranżacji. Piosenki Staszewskiego egzystowały do tej pory w prościutkich wersjach gitarowych, Kult dodał do tego własne ciekawe aranże. Perkusja, basy, obowiązkowa Kultowa waltornia, motywy rockowe, zapożyczenia z muzyki hiszpańskiej, z przedwojennych piosenek (w których estetyce ballady Staszewskiego w jakiś sposób egzystowały) – to pozwoliło utworom z „Taty Kazika” (z „Barankiem” i „Celiną” na czele) stać się superprzebojami i koncertowymi evergreenami.
Ale oczywiście najważniejsze były teksty. Teksty jakby z innej epoki, z innego świata, jednocześnie nietypowe, obce, zupełnie inne od tego, co w Polsce śpiewano, ale z drugiej strony swojskie, bo wyrażane przez polską duszę. Są tu teksty humorystyczne („Celina”, „Baranek”, „Inżynierowie z petrobudowy”), są teksty poetyckie („W czarnej urnie”), są teksty mądre historycznie („Knajpa morderców”, „Marianna”) i, tak po prostu, życiowe („Królowa życia”, genialny „Bal kreślarzy”). Znamienne jest to, że „Taty Kazika” słucha się najpierw poprzez pryzmat tych największych przebojów, a potem odkrywa wiele innych wspaniałych utworów, których tekst zaczyna z wiekiem być coraz bardziej zrozumiały, coraz bardziej poruszający.
Konrad Wągrowski

Republika
‹Nowe sytuacje›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNowe sytuacje
Wykonawca / KompozytorRepublika
Data wydania1983
NośnikCD
Czas trwania38:35
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Grzegorz Ciechowski, Sławomir Ciesielski, Zbigniew Krzywański, Paweł Kuczyński
Utwory
CD1
1) Nowe Sytuacje4:26
2) System Nerwowy3:40
3) Prąd4:21
4) Arktyka4:07
5) Śmierć w Bikini4:23
6) Będzie Plan3:37
7) Mój Imperializm3:39
8) Halucynacje3:20
9) Znak 2:48
10) My Lunatycy4:19
Wyszukaj / Kup
9. REPUBLIKA – NOWE SYTUACJE (1983)
Republika to nie był zwykły rockowy zespół. W latach 1982-1985 to jedno z najbardziej ekscytujących zjawisk kultury masowej w Polsce. Począwszy od image’u, poprzez teksty Grzegorza Ciechowskiego, aż po samą muzykę, zjawisko tak oryginalne jak nigdy dotąd. I do dziś trudno szukać czegoś tak kompletnego na naszym rodzimym podwórku. Skład i styl muzyczny Republiki ukształtował się ostatecznie w roku 1981, po kilku latach przekształceń toruńskiej formacji Res Publica. Kilka elementów z macierzystej, artrockowej grupy Grzegorza Ciechowskiego zostało zaanektowanych przez nowy twór, jak chociażby kojarzący się z Jehtro Tull flet.
Nowy zespół, w którym, oprócz wspomnianego lidera, znaleźli się Sławomir Ciesielski (perkusja), Zbyszek Krzywański (gitara) oraz Paweł Kuczyński (gitara basowa) obrał bardziej nowoczesny (lata 80. już się wszakże zaczęły) kierunek. Wyrosła z punkowych korzeni nowa fala stała się gruntem, na którym Ciechowski z kolegami stworzył repertuar mogący, nie bez szans, stawać w szranki z czołówką brytyjskich kapel. W latach 1982-83 zespół wydał kilka singli, a zainteresowanie fanów wzbudzał także charakterystyczny image – czarne ubiory, oryginalne fryzury, sceniczny, kojarzący się z Joy Division wygląd oraz dojrzałe i niestandardowe teksty.
W 1983 roku na półkach pojawiła się debiutancka płyta „Nowe Sytuacje”. Pierwszym zaskoczeniem jest brak wszystkich, dotychczas wydanych na małych krążkach, przebojów. I uwaga – album na tym nic nie stracił. Począwszy od „Nowych sytuacji” i na „My lunatycy” skończywszy, płyta trzyma w napięciu jak rasowy thriller. A same utwory niczym nie ustępują wcześniejszym, które zdobywały listy przebojów radiowej trójki. Ciechowski skomponował i zaaranżował całość tak, by układała się w jednolity twór. Słuchacza uderzają agresywne klawisze, mocny pulsujący bas i surowe brzmienie gitary. Punkowe solówki i zagrywki Krzywańskiego oraz pojawiające się dźwięki fletu świetnie uzupełniają zarówno szybkie, jak i wolniejsze fragmenty, tworząc charakterystyczną całość opartą na klawiszowych motywach, czasem dublujących bas, czasem gitarę. To właśnie te klawisze nadają utworom specyficzny, nerwowo rozedrgany charakter. Flet ciekawie i oryginalnie urozmaica i tak „zakręcone” kawałki. Agresywny i paranoiczny śpiew lidera dopełnia dzieła, które w każdym momencie, każdym dźwiękiem, potwierdza swoją kompletność. Mistrzowskie operowanie emocjami i dynamiką oraz poetyckie, futurystyczne teksty nie pozwalają słuchaczom nawet na chwilę oderwać się od płyty.
„Nowe sytuacje” to bez wątpienia jeden z najlepszych debiutów w historii polskiego rocka i bezsprzecznie płyta roku 1983. Nie tylko w Polsce. Dzięki świetnym melodiom (choć podanym w sposób niełatwy do przełknięcia), oryginalnemu brzmieniu oraz zimnemu i surowemu nowofalowemu podłożu płyta ta nadal brzmi bardzo świeżo i aktualnie, tym bardziej, że moda na lata 80. i postpunkowe kapele znów święci triumfy.
Jakub Stępień

Anawa

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułAnawa
Wykonawca / KompozytorAnawa
Data wydania1973
Wydawca Polskie Nagrania
NośnikCD
Czas trwania43:10
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Andrzej Zaucha, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Zbigniew Frankowski, Anna Wójtowicz, Zygmunt Kaczmarski, Jan Gonciarczyk, Tadeusz Kożuch, Eugeniusz Makówka, Benedykt Radecki
Utwory
CD1
1) Kto wybiera samotność 1:07
2) Człowiek miarą wszechrzeczy 3:18
3) Abyś czuł 5:32
4) Widzialność marzeń 4:34
5) Ta wiara 4:27
6) Będąc człowiekiem 3:26
7) Stwardnieje ci łza 3:20
8) Tańcząc w powietrzu 4:21
9) Uwierz w nieznane 6:08
10) Kto tobie dał 3:34
11) Nie przerywajcie zabawy 3:23
Wyszukaj / Kup
8. ANAWA – ANAWA (1973)
Anawa bez Marka Grechuty?! Brzmi obrazoburczo i nieprawdopodobnie. A jednak na początku 1972 roku stało się faktem. Zaledwie kilka miesięcy po wydaniu legendarnego już dzisiaj „Korowodu” wokalista opuścił zespół i związał się z zupełnie nowymi muzykami, do tej pory kojarzonymi raczej z krakowskim środowiskiem jazzowym. Zostawszy na lodzie, Jan Kanty Pawluśkiewicz nie miał jednak zamiaru rozwiązywać kapeli i zabrał się za poszukiwania nowego głosu. Szczęście mu sprzyjało, ponieważ w tym samym czasie, po serii koncertów w bratniej Czechosłowacji, rozpadła się inna grupa rodem z grodu Kraka, czyli Dżamble (znani w całej Polsce i krajach demokracji ludowej dzięki świetnemu albumowi „Wołanie o słońce nad światem”) – lider Anawy sięgnął więc po, chwilowo bezrobotnego, Andrzeja Zauchę. Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Efekt współpracy obu panów przerósł bowiem oczekiwania wszystkich – zarówno wielbicieli talentu kompozytorskiego Pawluśkiewicza, jak i wokalnego Zauchy. I nic w tym dziwnego, bo nieżyjący już od osiemnastu lat wokalista był artystą światowego formatu, potęgą głosu ustępującym chyba jedynie Czesławowi Niemenowi.
Płyta „Anawa”, przez wiele lat zapomniana, znajdująca się w cieniu wcześniejszych i późniejszych krążków zespołu nagranych z Grechutą, jest prawdziwym diamentem. Znajdziemy na niej zarówno piękne piosenki bliskie estetyce pop-rocka („Widzialność marzeń”, „Nie przerywajcie zabawy”), jak i eksperymenty awangardowo-jazzowe („Abyś czuł”, „Uwierz w nieznane”); nie brakuje też typowych dla wcześniejszych dokonań grupy songów („Stwardnieje ci łza”) ani psychodeliczno-akustycznych ballad („Będąc człowiekiem”, „Kto tobie dał”). A wszystko to podlane zostało progresywnym sosem! Pawluśkiewicz – kompozytor i aranżer – osiągnął na tej płycie prawdziwe mistrzostwo. Potęga i bogactwo brzmienia (w nagraniach, poza typowo rockowym instrumentarium, wykorzystano między innymi fortepian, wiolonczelę, skrzypce, altówkę, kontrabas i trąbkę) momentami wręcz zapierają dech w piersiach, a partie wokalne i chórki dopracowane są do najdrobniejszego szczegółu.
Płyta miała dwie edycje kompaktowe. W 1993 roku wydano ją w formie dokładnej repliki winylowego oryginału, jedenaście lat później stanowiła natomiast jeden z pięciu krążków boksu Andrzeja Zauchy „C’est La Vie”. Drugą wersję uzupełniono o – nagraną pierwotnie z Grechutą na „Korowodzie” – „Kantatę”, pochodzącą z programu telewizyjnego zrealizowanego w 1978 roku. Porównanie obu wykonań wypada na korzyść… sami zresztą posłuchajcie! „Anawa” nie miała, niestety, ciągu dalszego. Wkrótce po wydaniu albumu drogi Pawluśkiewicza i Zauchy się rozeszły – ze stratą dla wszystkich, ponieważ na rockowym poletku żaden z nich nie nagrał już niczego wartościowszego.
Czytaj też recenzję: „Anawa” (1973).
Sebastian Chosiński

Siekiera
‹Nowa Aleksandria›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNowa Aleksandria
Wykonawca / KompozytorSiekiera
Data wydania1986
NośnikCD
Czas trwania38:36
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Idziemy przez las3:45
2) Ludzie wschodu4:17
3) Bez końca3:21
4) Idziemy na skraj3:25
5) Na zewnątrz6:00
6) Nowa Aleksandria3:11
7) To słowa3:11
8) Już blisko2:42
9) Tak dużo, tak mocno4:00
10) Czerwony pejzaż4:44
Wyszukaj / Kup
7. SIEKIERA – NOWA ALEKSANDRIA (1986)
Pierwsze oblicze grupy to muzyka prosta i brutalna, tworzona przez – jeśli przytoczyć pojawiający się w co drugim tekście o zespole cytat z ulotki jarocińskiego festiwalu – „czterech uroczych bestialców”, „najbardziej ortodoksyjnych punków”, jakich znali organizatorzy imprezy. Ta część historii Siekiery, mimo niewielkiej wówczas aktywności puławskiej ekipy, obrosła już legendą. Nie początki wszakże zaowocowały jedną z najbardziej intrygujących płyt w dziejach polskiego rocka. Dopiero bowiem po odejściu wokalisty (Tomasz Budzyński, który chwilę potem założył Armię) i ewolucji muzycznych zapatrywań lidera grupy – Tomasza Adamskiego – powstała „Nowa Aleksandria” – rzecz zupełnie inna niż wcześniejsza twórczość zespołu.
To prawda, że ten album wydany został za późno – tak, jak kilka lat po zachodnich kolegach grała Siekiera punk rocka, tak swoją postpunkowo-nowofalową stronę pokazała, kiedy przebrzmiały już echa Joy Division i Bauhaus, a Killing Joke mogli uważać się za weteranów sceny. Jednak najbliższa dokonaniom ostatniej ze wspomnianych formacyj „Aleksandria”, nawet będąc nieco anachroniczna, jest wizją własną, co więcej zaś – wizją niezwykle interesującą. Skoro grupa rozstała się z „Budzym”, za mikrofon trafił szarpiący dotychczas cztery struny Dariusz Malinowski. Decyzja okazała się trafna – nowy głos puławian wybitnym wokalistą nie był i być nie próbował, ale jego ponure, prawie recytowane partie idealnie wpasowały się nieskomplikowane utwory formacji. Dzięki zaś klawiszom nowego w zespole Pawła Młynarczyka stępiło się trochę rockowe ostrze Siekiery, zarazem jednak muzyka kwartetu nabrała wybitnie „zimnego” brzmienia. I wcale nie stała się przyjazna. Jaką atmosferę potrafią wytworzyć numery grupy, najlepiej ukazują utwory instrumentalne – „Na zewnątrz” i „Czerwony pejzaż” – proste, oparte na niepokojących dźwiękach syntezatora i mocnym rytmie perkusji. Ta ostatnia zresztą wiodącą rolę odgrywa na całej płycie, czasem wybijając naprawdę ciekawe takty; za bębnami także nastąpiła zmiana – Krzysztofa Grelę zastąpił Zbigniew Musiński. Rwane partie gitary przypominają nieraz o bardziej ekstremalnym rodowodzie, zupełnie więc nie zaskakuje, gdy w tle ostrego riffu w numerze „To słowa” kąsa szorstki, elektroniczny hałas. Nie zaskakuje, a wręcz zlewa się – to nie zarzut! – z resztą minimalistycznej muzyki Siekiery. Bo taki jest cały krążek: spójny, ponury, z pozoru utrzymany w monotonnej szarości… Niejednego wszakże może zdziwić, ile odcieni może mieć ta barwa.
By obraz „Nowej Aleksandrii” był pełny, wspomnieć trzeba jeszcze o specyficznych, psychodelicznych tekstach Adamskiego. Niekiedy zresztą tych samych, co we wcześniejszych utworach grupy, które na jej jedyną studyjną płytę nie trafiły. Siekiera była na tyle alternatywna, że nie zajmowała się sprawami tak oczywistymi, jak walka z systemem: wszak o wiele bardziej frapujące od politycznych manifestów może być choćby powtarzane jak mantra zdanie „Idziemy przez las”. Trudno przecież nie dać się zahipnotyzować, gdy na tle rytmicznej, pulsującej muzyki dudni grobowy głos Malinowskiego: „Czy tu się głowy ścina? / Czy zjedli tu murzyna? (…) / Czy w nocy dobrze śpicie? / Czy śmierci się boicie?”. Nic, tylko dopytać: Czy krążek ten już znacie? Czy uczuciem pałacie?
Mieszko B. Wandowicz

Czesław Niemen
‹Niemen (Czerwony album)›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułNiemen (Czerwony album)
Wykonawca / KompozytorCzesław Niemen
Data wydania1971
Wydawca Polskie Nagrania
NośnikCD
Czas trwania74:43
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Człowiek jam niewdzięczny20:32
2) Aerumnarum Plenus7:35
3) Italiam, Italiam4:58
4) Enigmatyczne impresje7:27
5) Nie jesteś moja8:15
6) Wróć jeszcze dziś3:47
7) Mój pejzaż5:13
8) Sprzedaj mnie wiatrowi4:27
9) Zechcesz mnie, zechcesz3:34
10) Chwila ciszy5:01
11) Muzyko moja3:54
Wyszukaj / Kup
6. CZESŁAW NIEMEN – NIEMEN [CZERWONY ALBUM] (1970-1971)
Niemen grający hard rocka? Niemożliwe?! Jeśli chodzi o Czesława Niemena, nie było rzeczy niemożliwych! Pożegnawszy się, po nagraniu trzeciego w swojej karierze solowego albumu „Czy mnie jeszcze pamiętasz”, z czysto piosenkowym wizerunkiem, Wydrzycki wkroczył na nową drogę artystycznego rozwoju. Wydany w 1969 roku „Niemen Enigmatic” spowodował eksplozję, głównie za sprawą monumentalnej kompozycji „Bema pamięci żałobny – rapsod”, która była zarazem pierwszym artystycznym spotkaniem kompozytora, wokalisty i klawiszowca z postromantyczną poezją Cypriana Kamila Norwida. „Znajomość” ta okazała się być trwałą, Niemen wracał bowiem do twórczości autora „Mojej piosnki II” również na następnych płytach.
W rok po przełomowym – nie tylko dla Wydrzyckiego, ale również dla całego polskiego rocka – krążku „Niemen Enigmatic” ukazał się pierwszy w historii rodzimej fonografii dwupłytowy album zatytułowany po prostu „Niemen” (przez fanów szybko jednak ochrzczony, od koloru okładki, mianem „Czerwonego”; w edycji kompaktowej noszący za to – zapożyczony od najdłuższej kompozycji tego wydawnictwa – tytuł „Człowiek jak niewdzięczny”). Wokalista zaprosił do jego nagrania częściowo tych samych muzyków, z którymi współtworzył „Rapsod”, a więc jazzowego perkusistę Czesława Bartkowskiego (mającego już na koncie między innymi wielce udaną współpracę z Krzysztofem Komedą), kolejną legendę polskiego jazzu – saksofonistę Zbigniewa Namysłowskiego, basistę Janusza Zielińskiego oraz gitarzystę Tomasza Jaśkiewicza (którego doskonale znał jeszcze z okresu współpracy z Akwarelami); nowymi postaciami byli natomiast drugi perkusista Janusz Stefański oraz grający – w zastępstwie samego lidera – na organach Hammonda Jacek Mikuła.
Pierwszą płytę zestawu można określić mianem norwidowskiej, znalazły się bowiem na niej trzy kolejne kompozycje Niemena do wierszy Wieszcza. Dwudziestominutowa suita „Człowiek jam niewdzięczny” spokojnie mogłaby konkurować z „Rapsodem”, choć – nie chcąc wprowadzać elementu rywalizacji – należałoby raczej stwierdzić, że idealnie go dopełnia. To rock progresywny w najczystszej postaci, w którym jest miejsce na wirtuozerskie popisy zarówno organisty, gitarzysty, jak i perkusisty. A wszystko to zwieńczone przestrzennym wokalem Niemena, śpiewającego: „A wokoło Wszechświat / bezgraniczny / niepojęty / nieskończony ogród żyzny / myśli wiecznej / Arcydzieło!”. „Aerumnarum plenus” zachwyca przede wszystkim niepowtarzalnym, pełnym smutku klimatem i partią fletu, którą nagrał sam wokalista. „Italiam, Italiam” brzmi, dla odmiany, bardzo lekko i zwiewnie, chociaż i tutaj nie brakuje ostrzejszych momentów (hardrockowe organy!). „Enigmatyczne impresje” to instrumentalna kompozycja Mikuły, której nie powstydziłby się nawet sam Jon Lord. Na drugiej płycie znalazły się utwory nieco tylko lżejsze, ale równie fascynujące. „Nie jesteś moja” ma typowo hardrockowy podkład i takąż solówkę gitary, o większej przystępności tej piosenki dla słuchacza decydują jednak chórki Partity. „Wróć jeszcze dziś”, „Mój pejzaż”, „Sprzedaj mnie wiatrowi” (z partią fletu a la Ian Anderson z Jethro Tull) i „Zechcesz mnie, zechcesz” – mimo prawdziwie rockowej proweniencji – zahaczają o jazz i soul. Prawdziwym wykopem okazuje się natomiast nomen omen „Chwila ciszy”, zaczynająca się bluesowo, a kończąca jak najklasyczniejszy heavy prog (ze świetnym tekstem Wojciecha Młynarskiego). Świetny gitarowy riff zdobi też zamykającą „Czerwony Album” „Muzykę moją” – nie wiedzieć czemu, tak nagle wyciszoną.
„Niemen” nie był jednak końcem eksperymentatorskich zapędów Wydrzyckiego. W następnym roku skompletował on nową formację, w której znalazło się miejsce dla ekscentrycznego kontrabasisty Helmuta Nadolskiego oraz muzyków ze śląskiego tria Silesian Blues Band (czyli przyszłego SBB) – Józefa Skrzeka, Antymosa Apostolisa i Jerzego Piotrowskiego. Z nimi właśnie Czesław Niemen w latach 1972-1973 nagrał swoje najbardziej awangardowe płyty („Strange is This World”, „Ode to Venus”, „Requiem dla Van Gogha” i „Marionetki”).
Sebastian Chosiński

Breakout
‹Blues›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułBlues
Wykonawca / KompozytorBreakout
Data wydania1971
NośnikCD
Czas trwania36:59
Gatunekblues, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
W składzie
Tadeusz Nalepa, Dariusz Kozakiewicz, Jerzy Goleniewski, Józef Hajdasz, Tadeusz Trzciński
Utwory
CD1
1) Ona poszła inną drogą3:37
2) Kiedy byłem małym chłopcem3:10
3) Oni zaraz przyjdą tu3:01
4) Przyszła do mnie bieda2:00
5) Pomaluj moje sny2:47
6) Usta me ogrzej4:09
7) Gdybym był wichrem7:58
8) Co się stało kwiatom6:17
9) Dzisiejszej nocy4:33
Wyszukaj / Kup
5. BREAKOUT – BLUES (1971)
W roku 1970 Breakout, rockowy zespół wywodzący się w prostej linii z formacji Blackout, po nagraniu pierwszego stricte rockowego albumu w Polsce – „Na drugim brzegu tęczy” – padł ofiarą PRL-owskiej nagonki. Kapela została oskarżona o propagowanie zachodnich wzorców oraz skrytykowana za głośną muzykę i długie włosy (takie czasy). Co prawda zespół zdążył wydać jeszcze album „70a” z Mirą Kubasińską, ale niestety media przestały emitować utwory grupy, a organizatorzy festiwali pomijali formację w zaproszeniach. Nie przejmując się tym, Nalepa postanowił zaprezentować stojącej za nim murem publiczności kolejną dawkę „zachodniej” muzyki. Do pracy nad materiałem zaprosił gitarzystę Dariusza Kozakiewicza, Jerzego Goleniewskiego na bas oraz grającego na harmonijce ustnej Tadeusza Trzcińskiego; za perkusją usiadł znany z pierwszego składu Breakoutu Józef Hajdasz. Pierwszym owocem współpracy muzyków jest wydany w 1971 roku album o znaczącym tytule „Blues”. Nie ma co ukrywać: Panie i Panowie, tej płyty nie mogło zabraknąć w pierwszej piątce.
Tadeusz Nalepa uczy jak poruszać się po bluesowej skali. Oparta na molowej pentatonice większość numerów z tej płyty broni się po latach znakomicie. Wspomagający „ojca polskiego bluesa” na gitarze Kozakiewicz oraz pozostała trójka muzyków są klasą samą dla siebie. Nie wychodząc poza ramy stylistyczne tytułowego bluesa, zespół zaproponował ówczesnej publice muzykę, jakiej wtedy się u nas nie grało.
Album otwiera kroczący motyw basu, perkusja wybijająca rytm na cztery czwarte i standardowe gitarowe zagrywki. Z utworu na utwór robi się coraz ciekawiej. „Kiedy byłem” z przepiękna grą Trzcińskiego i Kozakiewicza to dziś prawdziwy evergreen. Riff kolejnego „Oni zaraz przyjdą tu” należy do najbardziej rozpoznawalnych rodzimego rocka – te kilka dźwięków podstawowej bluesowo-rockowej skali to ścisły kanon, a utwór jest najchętniej granym coverem w kraju, który można stawiać obok takich klasyków jak „Satisfaction” The Rolling Stones, „Paranoid” Black Sabbath, „Whole Lotta Love” Led Zeppelin czy „Breadfan” Budgie. Oczywiście Breakout serwuje także bardziej nastrojowe granie, czego przykładem może być „Przyszła do mnie bieda” z jazzującym Goleniewskim i urzekającą gitarą albo „Usta me ogrzej” z wciągającym motywem, hipnotyzującą grą Hajdasza i przepełnioną smutkiem gitarową solówką. Majstersztykiem pod tym względem jest „Co się stało kwiatom” z pięknie poprowadzoną linią basu, przejmującym wokalem i cudownymi, natchnionymi zagrywkami Tadeusza Trzcińskiego oraz przywodzącą na myśl „Since I’ve been Loving You” Zeppelinów solówką Kozakiewicza. Prawdziwą lekcją bluesa jest natomiast numer „Gdybym był wichrem”, zaczynający się tłustym basem i gitarowymi przygrywkami. Ta prawie ośmiominutowa kompozycja zawiera wszystko to, co charakteryzuje takie osiadłe w bluesie granie – wpadający w ucho, rytmiczny motyw przewodni, momenty wyciszenia, energiczne wejścia gitary, równie i mocno nabijającą rytm perkusję, basową solówkę i, przede wszystkim, proste, lecz powalające gitarowe solo, zagrane z tak wielkim wyczuciem, że szczęka opada.
Nie można pominąć tekstów napisanych, standardowo, przez Bohdana Loebla (współpraca tego Pana z Nalepą początek miała w Blackoucie). Przemyślane i doskonale dobrane słowa i tematy pasują do bluesowej, surowej muzyki jak ulał (świetny monolog mordercy w „Oni zaraz przyjdą tu”). Szóstka z dużym plusem. Niech za przykład posłuży fragment „Co się stało kwiatom”: „Czemu milczy ptak / Czemu milczy swoją pieśń / Może z sobą wzięłaś ją / Może wzięłaś kwiatów woń / Jedną starą suknię wzięłaś / Jedne stare buty stąd”.
Całość zamyka hipnotyzujące „Dzisiejszej nocy”. Utwór oparty na świetnym basowo-gitarowym riffie jest jak dla mnie kwintesencją twórczości tego składu Breakoutu, a tekst jednym z najciekawszych i najbardziej zaskakujących puentą w całej historii naszego rocka.
„Blues” w niczym nie ustępuje klasykom ówczesnego bluesrocka; jest to pozycja, bez której trudno byłoby sobie wyobrazić muzykę rockową w naszym kraju. I, co ciekawe, również na Węgrzech. Podobno odwiedzający Polskę nasi bratankowie masowo kupowali ten album – a później obrodziło u nich zespołami rockowymi jak grzybami po deszczu. Wystarczy wspomnieć znane u nas Lokomotiv GT czy Skorpio. A i słynna Omega umieściła w 1972 roku na swojej płycie utwór zatytułowany „Blues” – przypadek?
Jakub Stępień

SBB
‹Memento z banalnym tryptykiem›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułMemento z banalnym tryptykiem
Wykonawca / KompozytorSBB
Data wydania1980
Wydawca Polskie Nagrania
NośnikCD
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Moja ziemio wyśniona8:36
2) Trójkąt radości7:46
3) Strategia Pulsu3:27
4) Memento z banalnym tryptykiem 20:56
Wyszukaj / Kup
4. SBB – MEMENTO Z BANALNYM TRYPTYKIEM (1980)
SBB zawsze kojarzyło się i po dziś dzień kojarzy ze składem trzyosobowym. W 1979 roku jednak, kiedy to – z powodu problemów zdrowotnych – ograniczył nieco swą koncertową i nagraniową aktywność Antymos Apostolis, pozostali dwaj członkowie zespołu postanowili dokoptować czwartego muzyka – gitarzystę Sławomira Piwowara (współpracującego w przeszłości między innymi z Czesławem Niemenem). Jako kwartet w lutym następnego roku w opolskim studiu Polskiego Radia SBB nagrało album „Memento z banalnym tryptykiem”. Była to piąta – po koncertowym debiucie (1974), „Nowym horyzoncie” i „Pamięci” (obie z 1975 roku) oraz „Ze słowem biegnę do ciebie” (1977) – płyta formacji przeznaczona na polski rynek. Do tego należałoby jeszcze doliczyć cztery krążki nagrane w latach 1977-1978 w Czechosłowacji, RFN i NRD oraz oficjalną kasetę magnetofonową „Jerzyk” (1977). Wszyscy fani zastanawiali się, jak też kapela zabrzmi z dwoma gitarzystami i czy poszerzenie składu wpłynie istotnie na zmianę muzyki? Wielu miało nadzieję, że od tej pory będzie… bardziej rockowo.
Czy było? Niekoniecznie. Gitarę, owszem, słychać częściej niż na poprzednich płytach, ale muzyka nie stała się z tego powodu wcale ostrzejsza. Otwierająca album kompozycja Skrzeka do tekstu Juliana Mateja „Moja ziemio wyśniona” zaczyna się wprawdzie od motorycznej perkusji, szybko też włącza się jazzrockowo brzmiąca gitara Piwowara, ale na pewno nie jest to początek na miarę „Presence” Led Zeppelin i niezapomnianego „Achilles Last Stand”. Co zresztą wcale nie jest wyrzutem pod adresem zespołu. Ten prawie dziewięciominutowy kawałek pięknie się rozwija, aż do dynamicznego finału, w którym nowy nabytek SBB toczy, jak równy z równym, ognisty pojedynek z klawiszami Skrzeka. „Trójkąt radości” – z akustycznym wstępem gitarowym i granym przez lidera na polymoogu podkładem w tle – jest bardzo klimatycznym przerywnikiem i chwilą oddechu przed kończącą pierwszą stronę winyla progresywno-bluesową „Strategią pulsu”. W nagraniu tym gościnny udział zaliczył młodszy brat Józefa, harmonijkarz Jan Skrzek. Dla SBB było to zapewne miłe wspomnienie z czasów Silesian Blues Band, kiedy to na przełomie lat 60. i 70. stałym czwartym członkiem kapeli był, grający właśnie na harmonijce ustnej, Ireneusz Dudek (w przyszłości między innymi w Apokalipsie, Irjanie i Shakin’ Dudi). Na stronie B płyty znalazła się tylko jedna, ale za to trwająca ponad dwadzieścia minut kompozycja tytułowa. To utwór, który można zestawić w jednym rzędzie z „Wizjami”, „Wolność z nami”, „Pamięć w kamień wrasta”, „Odejściem”, „Going Away” czy „Ze słowem biegnę do ciebie”. Słowem: to kolejna typowa dla SBB suita skrząca się bogactwem brzmień i form muzycznych, w której fragmenty dynamiczne płynnie przechodzą w balladowe, a radosna, skoczna melodia ustępuje miejsca dźwiękom znacznie mroczniejszym. Końcówka zaś dosłownie miażdży jak walec – tuż po śpiewanej przez Skrzeka przejmującej frazie: „Córko, zabici leżą pośród jabłek w sadzie”, rozbrzmiewa jedna z najpiękniejszych i niezapomnianych gitarowych solówek w dziejach polskiego rocka.
Płyta ujrzała światło dzienne ponad rok po nagraniu, gdy zespół już… nie istniał. Załamanie nastąpiło podczas jesiennej trasy (1980) po Niemczech Zachodnich. Skrzek wspominał: „Przyszedł taki stres, że powiedzieliśmy sobie, że to nie ma już sensu, wyrzuciliśmy z siebie wszystko to, co nas bolało. To była bardzo krótka rozmowa”. Tym sposobem wydanie „Mementa…” ostatecznie zamknęło pierwszy etap działalności SBB. Na szczęście, nie był to definitywny koniec formacji.
Sebastian Chosiński

Kult
‹Spokojnie›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułSpokojnie
Wykonawca / KompozytorKult
Data wydania1988
Wydawca S.P. Records
NośnikCD
Czas trwania45:25
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Czarne słońca
2) Patrz!
3) Arahja
4) Jeźdźcy
5) Axe
6) Do Ani
7) Niejeden
8) Landy
9) Tan
10) Wstać!
Wyszukaj / Kup
3. KULT – SPOKOJNIE (1988)
Kazik zawsze potwierdzał, że muzyczną edukację rozpoczął od Pink Floydów. Zapewne i reszta załogi Kultu zafascynowana była twórczością zespołów z przełomu lat 60. i 70. Inspiracje te znalazły ujście w nowych kompozycjach, przed nagraniem których do grupy dołączył kolejny muzyk. Krzysztof Banasik, popularny „Banan”, wcześniej wspomagający Armię, miał wzbogacić brzmienie kapeli jeszcze jednym instrumentem dętym – waltornią. Do udziału w nowej płycie zaproszony został także gitarzysta Sławomir Pietrzak i grający na harmonijce ustnej Marek Jaszczur. Na miejsce nagrań wybrano poznańskie Studio „Giełda”, w którym artyści spędzili dwa tygodnie z dala od rodzin i znajomych.
Dotychczasowe punkowe („Kult”) i nowofalowe („Posłuchaj to do Ciebie”) doświadczenia muzycy przełożyli na psychodelicznego rocka, tworząc barwną mozaikę, pozostając jednak ciągle tym samym Kultem. W tej stylistyce zespół wymieszał wszystkie swoje muzyczne inklinacje (rock, jazz, folk) nadając im zwartą formę muzycznej epopei o dramacie jednostki w zniewolonym społeczeństwie.
Łącznikiem między starym a nowym jest otwierający płytę utwór „Patrz!” z szybkim biciem perkusji i charakterystyczną partią saksofonu. Kolejny – „Arahja” – zmienia oblicze grupy. Mimo nowofalowej linii basu, użyte organy nadają kawałkowi – nomen omen – organiczny klimat. Podobnie jest także w numerach „Czterej jeźdźcy” i „Niejeden”. Ten swoisty eklektyzm „Spokojnie” urzeka niepowtarzalną atmosferą. Kompozycje są dodatkowo wzbogacone o bicie dzwonów („Arahja”), kawiarniane dźwięki („Do Ani”) czy odgłosy ptaków („Landy”). Duży wpływ na brzmienie całości mają takie instrumenty jak organy Hammonda (Grudziński), tabla (gościnnie Jerzy Pomianowski – późniejszy ambasador w Japonii) czy kontrabas i waltornia (Banasik). Na płycie zespół zamieścił najdłuższy w swojej karierze utwór. „Tan” – stylowo rozwijający się od dźwięków kotłów i delikatnych gitarowych akordów, nabierający rozmachu poprzez wejścia kolejnych partii, między innymi czarującej waltorni „Banana”, kończy się niemalże punkowym czadem. Prawdziwie epickie, hipnotyzujące arcydzieło. Kolejnym mocnym akcentem krążka jest piękna, liryczna ballada „Do Ani”. Ta na poły jazzowa i swingująca kompozycja również oparta jest na narastającym napięciu, któremu dorównuje przejmujące, miłosne wyznanie. Dużym osiągnięciem Kultu jest „Axe” – świetnemu w formie i treści tekstowi, towarzyszy muzyka powalająca aranżacją, pełna awangardowych dźwięków, a greckie rytmy spotykają się z „surf music” à la Beach Boys – SZALEŃSTWO!
Mimo specyficznej aranżacji nie jest to do końca psychodeliczna płyta. Zespół podejmuje raczej dialog z tą stylistyką, nadając utworom postać pastiszu, jak chociażby w folkowym „Landy” z charakterystycznym hipisowskim tekstem. Słowa Staszewskiego na tej płycie są jak najbardziej poważne i mocno osadzone w rzeczywistości. Nawiązują do tematów poruszanych na poprzednich płytach. Ukazują nieczułość na krzywdę, ślepe poddanie się schematom, zakłamanie kleru („Patrz!”, „Niejeden”, „Tan”), a także przywołują biblijne historie („Czterej jeźdźcy”). W ostatnim, punkowym kawałku „Wstać!” Kazik wzywa do przebudzenia się z tego marazmu. Teksty lidera mogą być odczytane w dwójnasób, czego przykładem jest „Arahja” – z jednej strony to opis stanu rozdarcia i cierpienia po rozstaniu, utracie czegoś ważnego, z drugiej – można ją odnieść do obrazu podzielonego Berlina.
Muzycy oderwani od codzienności, w nie swoim mieście, mający studio do dyspozycji na kilka tygodni, postawili na eksperyment, który w całości się udał. Materiał wciąga, intryguje już od pierwszego przesłuchania, a każde kolejne dostarcza nowych wrażeń. Bogactwo i magia tego krążka trudne są do opisania w kilku zdaniach. Album, któremu fanów przybywa z każdym rokiem, jak najbardziej zasługujący na miejsce w pierwszej trójce największych płyt polskiego rocka, jest dziełem ponadczasowym i pokoleniowym. Swoim trzecim dzieckiem Kult na stałe wpisał się w historię rodzimej muzyki popularnej. Do dziś ciarki przechodzą po plecach podczas słuchania rzeczy skromnie zatytułowanej „Spokojnie”.
Na początku lat 90., przy okazji reedycji, dołączono do zestawu kompozycję „Czarne słońca”, napisaną na potrzeby filmu Jerzego Zalewskiego o tym samym tytule. Gdy zastanowić się, czy ten utwór wzbogaca album i pasuje do „Spokojnie”, przypomnieć się może powiedzenie „gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania”…
Jakub Stępień

SBB
‹Wołanie o brzęk szkła›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułWołanie o brzęk szkła
Wykonawca / KompozytorSBB
Data wydania1977
NośnikCD
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Wołanie o brzęk szkła19:10
2) Odejście19:47
Wyszukaj / Kup
2. SBB – WOŁANIE O BRZĘK SZKŁA (1977)
Trudno w to uwierzyć, ale najlepszy naszym zdaniem album najliczniej prawie reprezentowanej w zestawieniu grupy, zajmujący miejsce na podium, został nagrany nie na polski, ale na czechosłowacki rynek. „Wołanie o brzęk szkła” to perełka klasycznego rocka progresywnego (czy też: space rocka), której jedyną wadą jest – jakżeby inaczej – brzmienie niedorównujące zachodnim konkurentom. Jednak pod względem kompozytorskim i wykonawczym ta płyta to ścisła światowa czołówka.
Krążek – jeśli nie liczyć utworów dodanych na kompaktowej reedycji – składa się z dwu dwudziestominutowych suit: tytułowej i „Odejścia”. Pierwsza z nich rozpoczyna się powtarzalną syntezatorową frazą i subtelną gitarową solówką w tle. Już tutaj widać świetną formę Apostolisa Anthimosa (zwanego także Antymosem Apostolisem lub po prostu Lakisem). Józef Skrzek śpiewa, jak zwykle, miękko, może bez nadzwyczajnej mocy w głosie, ale z niebywałym wyczuciem; miejsce na pokazanie swoich umiejętności ma także Jerzy Piotrowski, niekiedy grający bardziej jazzowo niż rockowo. Niewiele po dziesiątej minucie przypominają się korzenie formacji ze Śląska: syntezatorowe efekty zmieszane z jazzującymi gitarowymi przygrywkami ustępują miejsca całkiem tradycyjnemu, opartemu na prostym rytmie i ustnej harmonijce bluesowi, spod którego przebija się czasami delikatna elektronika. W końcu współcześniejsze dźwięki znów zaczynają dominować, najpierw przywodząc trochę na myśl Floydów z okresu „Animals”, później zmieniając się w rozpędzone jamowanie. „Odejście” rozpoczyna się pojedynczymi, dość chaotycznymi dźwiękami gitary akustycznej, którym akompaniują delikatne szumy, przypominające odgłosy natury; całość ma trochę orientalno-folkowy posmak, z czasem jednak nabiera bardziej energicznego, rockowego kształtu. Wreszcie pojawiają się delikatne wokalizy, które ewoluują w wyśpiewywane przez Skrzeka słowa Juliana Mateja. W utworze nie brak klawiszowych pasaży i „kosmicznych” eksperymentów, a ostatecznie – mocnego rocka, opartego na gitarze i syntezatorze. Wspomnieć także trzeba iście psychodeliczne zakończenie „Odejścia” – szaleńczą improwizację, przechodzącą w tony przywodzące na myśl samolot zbliżający się do prędkości ponaddźwiękowej.
Na wznowieniu dołożono cztery nadprogramowe kompozycje – krótkie i szybkie „Bitwy na obrazach” oraz „Uścisk w dołku”, a także dwa jazzujące, trwające każdy około kwadransa utwory z udziałem saksofonisty Tomasza Szukalskiego: „Fikołek” i „Muzykowanie latem”. Również dodatki prezentują śląskie trio w godnej pozazdroszczenia dyspozycji. Trudno tedy uwierzyć, że „Wołanie o brzęk szkła” powstało jako jeden z pięciu krążków wydanych w okresie mniej więcej roku – dziś taka muzyczna płodność raczej się nie zdarza.
Mieszko B. Wandowicz

Marek Grechuta & Anawa
‹Korowód›

WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułKorowód
Wykonawca / KompozytorMarek Grechuta & Anawa
Data wydania1971
Wydawca Polskie Nagrania
NośnikCD
Czas trwania39:42
Gatunekrock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Widzieć więcej
2) Kantata
3) Chodźmy
4) Świecie nasz
5) Nowy radosny dzień
6) Dni, których nie znamy
7) Ocalić od zapomnienia
8) Korowód
9) Niebieski młyn
Wyszukaj / Kup
1. MAREK GRECHUTA & ANAWA – KOROWÓD (1971)
Marek Grechuta był człowiekiem renesansu. Z zawodu – architekt, z zamiłowania – artysta (wokalista, poeta, kompozytor, później również malarz). Jako dwudziestodwulatek w 1966 roku założył, do spółki z pianistą i kompozytorem Janem Kantym Pawluśkiewiczem, Kabaret Architektów Anawa, z którego rok później wypączkował zespół Anawa. Grupa zadebiutowała na krakowskim Ogólnopolskim Konkursie Piosenkarzy Studenckich i od razu odniosła sukces. Pierwsza EP-ka, zawierająca cztery utwory: „Serce”, „Niepewność”, „Tango Anawa” i „Wesele”, ukazała się w 1969 roku; trzy z nich rok później znalazły się na debiutanckim krążku kapeli. Płyta odniosła wielki sukces, będąc prawdziwą kopalnią nieśmiertelnych przebojów (poza wyżej wymienionymi, również: „Będziesz moją panią”, „Nie dokazuj”, „W dzikie wino zaplątani”, „Twoja postać”, „Piosenka”). Wieńczył ją „Korowód”, a mówiąc dokładniej: pierwsza, króciutka wersja utworu skomponowanego przez Pawluśkiewicza do tekstu Leszka Aleksandra Moczulskiego, który – gruntownie przerobiony i rozbudowany przez Grechutę – nie tylko dał tytuł drugiemu wydawnictwu Anawy, ale jednocześnie stał się jednym z kamieni milowych w dziejach polskiego rocka.
Pierwsza płyta zawierała urocze i ambitne, pełne liryzmu piosenki, druga – chociaż stylistycznie nawiązywała do debiutu – była bardzo odważnym krokiem naprzód. Zespół, wciąż pozostając wiernym poezji śpiewanej, wkroczył w zupełnie nowe rejony z pogranicza rocka progresywnego i jazzu, w czym była duża zasługa dwóch młodych muzyków – basisty Jacka Ostaszewskiego i gitarzysty Marka Jackowskiego (w przyszłości Osjan). Album otwiera niepokojąca introdukcja autorstwa drugiego z nich; komponując ją, przyszły lider Maanamu pełnymi garściami zaczerpnął z kultury Wschodu. Następująca po „Widzieć więcej” „Kantata” Pawluśkiewicza (z poetyckim tekstem Jana Zycha) to dzieło niezwykłe – prawdziwa pięciominutowa minisuita, w której dzieje się znacznie więcej niż na całych płytach setek innych wykonawców. Skomplikowana forma muzyczna idealnie oddała wielowymiarowość wiersza, ze słynnym, dramatycznym zawołaniem wokalisty w finale: „Nie chcę, by okradano mnie z mojego życia”. Po krótkim – dla odmiany bardzo optymistycznym – przerywniku w postaci „Chodźmy tam”, zaczyna się pierwszy wielki (protest-)song Grechuty, zaśpiewany z gościnnym udziałem Alibabek – „Świecie nasz” (na kolejnych płytach dołączą jeszcze do niego między innymi „Może usłyszysz wołanie o pomoc” i „Na szarość naszych nocy”). Stronę A wersji winylowej zamykał podniosły instrumentalny „Nowy radosny dzień” – z marszowym rytmem perkusji i monumentalnie brzmiącą sekcją dętą, nagraną z pomocą Orkiestry Symfonicznej warszawskiego Teatru Wielkiego. Druga strona albumu zaczyna się od dwóch evergreenów – „Dni, których nie znamy” (w chórkach znów słychać Alibabki) oraz – skomponowanego przez Grechutę do wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – „Ocalić od zapomnienia”. Drugi z nich to modelowy wręcz przykład piosenki kompletnej, w której melodia, tekst i śpiew pasują do siebie idealnie. Tytułowy „Korowód” to opus magnum albumu. Rozedrgana, hipnotyczna linia basu, wspaniały chór, pełen improwizacji środek utworu z brawurowym, ponownie quasi-orientalnym, popisem Ostaszewskiego na flecie prostym (co można potraktować jako zapowiedź Osjanu), wreszcie melodeklamacja Grechuty, słowami Moczulskiego zadającego podstawowe pytania o istotę człowieczeństwa. Finałowy „Niebieski młyn”, z pacyfistycznym tekstem poety Tadeusza Śliwiaka, nawiązuje do „Nowego radosnego dnia” (vide dęciaki) i przynosi nieco ukojenia po psychodeliczno-progresywnej podróży, w jaką zabrał słuchaczy „Korowód”.
W 2000 roku Pomaton EMI w poświęconej twórczości Marka Grechuty serii „Świecie nasz” wydał reedycję „Korowodu”. Do oryginalnego albumu dorzucono osiem kompozycji: studyjną, pastiszową „Letnią przygodę” (zrealizowaną dla radiowej „Trójki” w 1971 roku), koncertową wersję utworu tytułowego (z Opola 1971) oraz recital Anawy nagrany 26 czerwca 1970 roku w sali opolskiej Państwowej Wyższej Szkoły Pedagogicznej (który był imprezą towarzysząca festiwalowi). Zespół zagrał wówczas kilka piosenek, które wykonywał wówczas tylko podczas występów na żywo, jak na przykład „W chłodzie osiczyn, w dymie traw” (do wiersza Tadeusza Nowaka), „Pomarańcze i mandarynki” (z tekstem Juliana Tuwima) oraz „Nie chodź dziewczyno do miasta”.
„Korowód” nie bez powodu uznawany jest za jeden z najważniejszych – a według „Esensji” najważniejszy – albumów w historii polskiego rocka. Anawie udało się bowiem stworzyć dzieło niemające odpowiednika w dziejach muzyki – nie tylko polskiej, ale i zachodniej. Niezwykłe połączenie poezji śpiewanej i rocka progresywnego dało efekt piorunujący i niepowtarzalny. Przynajmniej po dziś dzień nikomu nie udało się tego powtórzyć. Kilka miesięcy po nagraniu płyty Grechuta opuścił Anawę i związał się z zespołem, któremu nadał nazwę WIEM (W Innej Epoce Muzycznej), Pawluśkiewicz natomiast ściągnął na jego miejsce Andrzeja Zauchę. Ale o tym pisaliśmy już wyżej…
Sebastian Chosiński
• • •
Na koniec zapraszamy na garść nikomu niepotrzebnych zestawień podsumowujących ranking:
Najwięcej płyt w naszym zestawieniu zostało nagranych w latach 80. (21).
O dziwo jednak, najlepszym rokiem dla polskiego rocka okazał się 1993, z którego to w rankingu znalazło się aż pięć pozycji.
Najstarszą płytą w zestawie jest „Na drugim brzegu tęczy” Breakoutu (1969). Najmłodszą „Second Life Syndrome” Riverside (2005).
Wykonawcą, który w rankingu posiada najliczniejszą reprezentację, okazał się Kult (pięć płyt).
Na drugim miejscu, czyli z czterema albumami na liście, są SBB i… Alibabki (brały udział w nagraniach „Na drugim brzegu tęczy” Breakoutu, „Enigmatic” Niemena, „Korowodu” Grechuty i Anawy oraz „Cienia wielkiej góry” Budki Suflera).
W zestawie znajdują się trzy albumy koncertowe i wszystkie noszą nazwę „Live” (w przypadku pierwszego krążka SBB, ze względu na brak tytułu, fani zwyczajowo tak go nazywają).
Najdłuższą płytą rankingu jest „Ostateczny krach systemu korporacji” Kultu (76:20).
Najkrótszą – „Na drugim brzegu tęczy” Breakoutu (34:31).
Najdłuższym utworem w zestawie jest „Memento z banalnym tryptykiem” SBB (20:56).
Najkrótszym – pięciosekundowa przerwa, ale opisana jako osobna ścieżka, ze „Statku kosmicznego” Ścianki. Jeśli jednak uznamy, że cisza nie jest muzyką, to następnym w kolejce kandydatem będzie „Zamknięcie Kina Młoda Gwardia” Świetlików (0:19).
Najdłuższy tytuł pojedynczego utworu stanowi „Sprawa 5-ciu pracowników Instytutu Badań Kosmicznych, zbiegłych w kwietniu 1973 z terenu zakładu w Beskid Wschodni i tam doszczętnie zdziczałych” Ścianki ze „Statku kosmicznego”.
Najkrótszy to oczywiście nienazwana przerwa (a właściwie pięć), wspomniana wyżej.
Podsumowując całość, należy jeszcze dodać, że autorom „Esensji” najbliższy jest rock spod znaku progresywnego, bo do tego gatunku można zaliczyć aż 13 znajdujących się w naszej pięćdziesiątce płyt.
• • •
Czytaj Wielkie Rankingi Esensji:
koniec
« 1 3 4 5
25 grudnia 2009

Komentarze

« 1 12 13 14
14 XII 2017   21:00:34

a gdzie KLAUS MITFFOCH ?

15 XII 2017   09:47:41

Z tego co widzę, na 26.

14 XI 2018   17:27:44

Zabrakło mi tutaj po jednej płycie Lady Pank, Maanam, Bajm, czy Turbo, Kat, Acid Drinkers...

« 1 12 13 14

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Non omnis moriar: Na pełnym morzu…
Sebastian Chosiński

15 XII 2018

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj po raz drugi kwartet niemieckiego pianisty Michaela Naury.

więcej »

Zagraj to jeszcze raz Sam: Życie o świcie
Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

12 XII 2018

Ostatnio zrobiła się moda na płyty typu tribute rodzimych wykonawców. Niedawno wspominaliśmy o takim upamiętnieniu Big Cyca, a dziś będzie o T.Love. A wszystko w związku z utworem „Autobusy i tramwaje”.

więcej »

Non omnis moriar: Samotność w zapomnianym ogrodzie
Sebastian Chosiński

8 XII 2018

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj kwartet niemieckiego (choć rodem z Kłajpedy) pianisty Michaela Naury.

więcej »

Polecamy

Życie o świcie

Zagraj to jeszcze raz Sam:

Życie o świcie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Rockabilly dżungli
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Wieś gra i śpiewa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ani w PZU, ani w PKP...
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zagraj to jeszcze raz Stan
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Seria z karabinu maszynowego
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Dobra humppa, tylko z Finlandii
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Mrok i przerażenie
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Potszebujesz krifi
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Knajpiana Kapela Oddech Silnika Sierżanta Hetfielda
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zobacz też

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.