Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 9 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup

10 wokalistów, którzy godnie zastąpili poprzedników

Esensja.pl
Esensja.pl
Wokalista jest twarzą zespołu i często świadczy o jego marce. Zdarza się jednak, że musi opuścić grupę ze względów osobistych, zdrowotnych, w wyniku konfliktu interesów czy po prostu schodząc z tego padołu. Reszta kolegów często kontynuuje działalność pod starym szyldem, ale tylko nielicznym udaje się osiągnąć sukces. Oto lista dziesięciu takich przypadków.

Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

10 wokalistów, którzy godnie zastąpili poprzedników

Wokalista jest twarzą zespołu i często świadczy o jego marce. Zdarza się jednak, że musi opuścić grupę ze względów osobistych, zdrowotnych, w wyniku konfliktu interesów czy po prostu schodząc z tego padołu. Reszta kolegów często kontynuuje działalność pod starym szyldem, ale tylko nielicznym udaje się osiągnąć sukces. Oto lista dziesięciu takich przypadków.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
10. Quidam
Na początek proponuję coś z rodzimego podwórka. Zespół Quidam trzema pierwszymi płytami – „Quidam”, „Sny aniołów” i „Pod niebem czas” – zdobył sobie uznanie w środowisku artrockowym zarówno w Polsce, jak i za granicą. Duży w tym udział mieli świetni muzycy, ale tym, co najbardziej charakteryzowało tę grupę, był aksamitny głos Emilii Derkowskiej. W 2003 roku postanowiła jednak poświęcić się życiu rodzinnemu i opuściła kolegów. Wtedy zespół postanowił zdefiniować się na nowo, obsadzając za mikrofonem Bartosza Kossowicza. Decyzja ta była na pewno ryzykowna, ale trafna, o czym świadczą dwa bardzo udane albumy – „surRevival” i „Alone Together”. Więcej o Quidam w recenzji ich płyty „…bez półPRĄDU… halfPLUGGED…”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
9. Alice in Chains
Tę legendę grunge’u w 1987 roku założyli gitarzysta Jerry Cantrell i wokalista Layne Staley. Ich największym osiągnięciem jest płyta „Dirt” z 1992 roku. Styl grupy stanowiła mroczna, mocna muzyka i pełen bólu śpiew Staleya. Niestety frontman z biegiem czasu coraz głębiej pogrążał się w narkotykowym nałogu, który doprowadził do jego śmierci w 2002 roku. Wydawało się, że to koniec Alice in Chains. O dziwo Cantrell, uwolniony od problemów kolegi, złapał wiatr w żagle; na nowo skompletował skład z wokalistą Williamem DuVallem i ruszył w trasę (przeczytaj o wizycie w Polsce). Okazała się tak inspirująca, że wkrótce doczekaliśmy się nowej studyjnej płyty zespołu „Black Gives Way to Blue” (nasza recenzja), która stała się jednym z najważniejszych wydarzeń 2009 roku.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
8. Marillion
Dzięki grupie Marillion rock progresywny w latach 80. złapał drugi oddech, a takie albumy jak „Fugazi” czy „Misplaced Childhood” mają dziś status kultowy. Osobą odpowiedzialną w głównym stopniu za sukces zespołu był wokalista Fish, który autorytarnie dzierżył ster Marillion. W 1988 roku postanowił jednak działać jedynie na własny rachunek i do dziś tworzy bardzo udane albumy. Tymczasem Marillion pozostał nie tylko bez frontmana, ale i głównego ideologa. Panowie wzięli się jednak w garść, zastąpili Fisha obdarzonym ciekawym głosem Steve’em Hogarthem i po chwilowym kryzysie odzyskali dawną świetność, co przypieczętował genialny album „Brave” z 1994 roku. Zespół prężnie działa do dziś i ma na koncie kilka prawdziwych perełek, jak „Anoraknophobia” (2001), „Marbles” (2004) czy „Happiness is the Road” (2008).
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
7. Pink Floyd
W przypadku tego zespołu zmiana za mikrofonem nastąpiła nim osiągnął on międzynarodowy sukces. Dość drastycznie jednak wpłynęła na styl grupy. Za czasów fonograficznego debiutu Pink Floyd, którym był krążek „The Piper at the Gates of Dawn” z 1967 roku, za największego twórcę i osobowość w grupie uznawano Syda Barretta. Jego niekonwencjonalne spojrzenie na muzykę bez wątpienia przyczyniło się do popularności, jaką Floydzi zaczęli cieszyć się w obrębie fanów rocka psychodelicznego. Niestety, stosowane w ilościach hurtowych przez Barretta używki wkrótce doprowadziły do pogłębienia się jego schizofrenii, przez co musiał całkowicie wycofać się z tworzenia muzyki. Jego miejsce zajął śpiewający gitarzysta David Gilmour, bez którego udziału dziś nikt chyba sobie nie wyobraża powstania „The Dark Side of the Moon”. W ostatnim etapie działalności formacji stał się jej liderem, dzięki czemu dziś możemy cieszyć się albumami „A Momentary Lapse of Reason” (1987) i „The Division Bell” (1994) (szerzej o najlepszych albumach zespołu przeczytasz tutaj).
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
6. Iron Maiden
Dziś kiedy mówi się o Iron Maiden, natychmiast przychodzi skojarzenie z potężnym głosem Bruce’a Dickinsona. Trzeba jednak pamiętać, że nie zawsze tak było. Nim objął mikrofon w Żelaznej Dziewicy w 1981 roku, należał on do Paula Di’Anno. Nie był on tak dobrym wokalistą jak Bruce, ale można zauważyć jego wpływ na rozwój formacji, o czym świadczą jej dwa pierwsze albumy – „Iron Maiden” z 1980 roku i „Killers” z 1981. Cały czas można spotkać fanów zespołu, którzy to właśnie te dwa krążki wymienią jako najlepsze w dorobku formacji.
Z obowiązku wspomnę jeszcze, że w 1993 roku Dickinson na kilka lat opuścił szeregi grupy, a jego miejsce zajął Blaze Bayley. Choć płyty z jego udziałem mają mocne momenty, to jednak w rankingu frontmanów Ironów stawiany jest niżej niż poprzednicy (więcej na ten temat tutaj).
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
5. Dżem
Czas na kolejny polski akcent na niniejszej liście. Ryszard Riedel jest dziś legendą polskiej sceny muzycznej, a jego śmierć w 1994 roku idealnie wpisała się w rockandrollowy etos „żyj szybko, umrzyj młodo”, tak jak zgony innych wielkich gwiazd z Jimem Morrisonem i Jimim Hendriksem na czele. Jego zastępcą w szeregach Dżemu został Jacek Dewódzki, który pokierował grupą w całkiem nowe rejony. Nie wszystkie innowacje jednak okazały się sukcesem, a ostatnia płyta z udziałem Dewódzkiego „Być albo mieć” z 2000 roku jest chyba najsłabszą w historii Dżemu. O wiele lepiej zarówno ze starym materiałem, jak i nowym, poradził sobie kolejny wokalista Maciej Balcar. Mimo że grupa nagrała z nim tylko jeden krążek „2004”, to wciąż wydaje się, że lepszego zmiennika za Ryśka Riedla panowie znaleźć nie mogli, natomiast pochodzący z tego wydawnictwa utwór „Do kołyski” można śmiało postawić obok największych dokonań Dżemu.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
4. Deep Purple
Z tym zespołem sprawa jest bardziej skomplikowana, ponieważ przechodził on tyle roszad personalnych, że w zasadzie ciężko stwierdzić, kto tu kogo zastępuje. Najbardziej kanoniczny jest Mark II, czyli drugi skład, z Ianem Gillanem przy mikrofonie. Zastąpił on Roda Evansa, z którym Purple wcześniej nagrali trzy albumy. Gdy w 1973 roku Ian opuścił skład w wyniku konfliktów personalnych, jego miejsce zajęło aż dwóch wokalistów – David Coverdale i Glenn Hughes. Choć to wcielenie Deep Purple na pewno nie było wciąż tak dobrze naoliwioną maszyną do produkcji nieśmiertelnych rockowych hymnów, to w pamięci fanów pozostawiło trwały ślad w postaci rewelacyjnego krążka „Burn” z 1974 roku. Później niestety było już znacznie gorzej, a płyt „Stormbringer” i „Come Taste the Band” nie można uznać za tak udane. Po ponownej reaktywacji w najsłynniejszym składzie w 1984 roku, za mikrofonem stanął Ian Gillan i śpiewa w Purplach do dziś, zaliczając tylko małą przerwę w latach 1989-1991, w czasie której zastąpił go Joe Lynn Turner – ale wolałbym przemilczeć ten moment, a zwłaszcza nagraną w tym czasie płytę-wpadkę „Slaves & Masters”.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
3. Genesis
W przeciwieństwie do Deep Purple, Genesis miał szczęście do wokalistów. Pierwszym – przez niektórych uznawany za najlepszego – był Peter Gabriel. Jego teatralny styl doskonale pasował do progresywnego i artrockowego stylu, jaki wtedy reprezentowała grupa. Po tym, jak opuścił formację w 1975 roku, jego miejsce zajął „najlepszy wokalista wśród perkusistów (i być może odwrotnie)” Phil Collins. Poprowadził on grupę w stronę większej przebojowości, ale w tym wypadku, mówiąc o szlifie komercyjnym, ma się na myśli jego szlachetną odmianę. Albumy „Genesis” (1983) czy „We Can’t Dance” (1991) to dziś klasyka. A to nie koniec! Collins w 1996 roku ogłasza, że opuszcza Genesis. Pozostali członkowie nie poddają się jednak i zatrudniają innego znakomitego wokalistę, Raya Wilsona (z grupy Stiltskin), z którym nagrywają świetny, aczkolwiek w swoim czasie bardzo niedoceniony krążek „Calling All Stations”. Jednak ze względu na brak komercyjnych sukcesów (bo artystyczne były na pewno) Genesis w 1999 roku zawiesza działalność i schodzi się ponownie w 2006 roku, tyle że z Philem Collinsem – i daje serię koncertów na całym świecie, które cieszą się ogromną popularnością. O planach nagraniowych na razie nic się nie mówi.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
2. Black Sabbath
Mówi się, że bez tego zespołu heavy metal by nie istniał. Spółka Ozzy Osbourne – Tony Iommi – Geezer Butler – Bill Ward wydawała się ideałem i chyba nikt nie wyobrażał sobie, by miała się rozpaść. A jednak stało się to w 1977 roku, kiedy to alkoholowe uzależnienie Ozzy’ego uniemożliwiło mu dalsze funkcjonowanie w zespole. Wydawało się, że Black Sabbath nie ma racji bytu, ale kiedy za mikrofon chwycił Ronnie James Dio, wszystko stało się możliwe, a nagrana z nim płyta „Heaven and Hell” (1980) stanowi arcydzieło. Następny krążek „Mob Rules” z 1981 roku nie był już może takim osiągnięciem, ale i tak był lepszy niż ostatnie dokonania grupy w składzie z Ozzym. Rok później wokalista rozstał się z Black Sabbath, by rozpocząć karierę solową. Jak się okazało – nie na zawsze, gdyż powrócił do niej w latach 1991-1992, by nagrać album „Dehumanizer”. Odnotować należy również powstanie projektu Heaven And Hell, w skład którego weszli Dio, Iommi, Butler i Vinny Aplice (czyli osoby odpowiedzialne za „Mob Rules” i „Dehumanizer”). Panowie grali utwory Black Sabbath, ale ponieważ nie mieli praw do używania nazwy macierzystej formacji, użyli powyższej. Muzycy nagrali jeden krążek („The Devil You Know” – nasza recenzja) i dali serię świetnie przyjętych koncertów.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
Dalsze plany przerwała jednak choroba Ronniego. Pod koniec 2009 roku zdiagnozowano u niego raka żołądka i choć początkowo diagnozy były pomyślne, choroba okazała się silniejsza. Ronnie James Dio zmarł 16 maja bieżącego roku o godzinie 7:45 rano.
Należy odnotować, że w Black Sabbath po odejściu Osbourne’a co chwila następowały zmiany wokalistów. Poza Dio zastępowali go: nasi znajomi Ian Gillan i Glenn Hughes, David Donato, Ray Gillen i Tony Martin. Żaden z nich nie miał jednak takiego wpływu na rozwój Black Sabbath jak Ozzy i Dio.
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
Wyszukaj / Kup
1. AC/DC
Śmierć Bona Scotta, pierwszego wokalisty AC/DC, mogła gwałtownie zakończyć karierę grupy. Zespół był wtedy u progu sławy, świeżo nagrany album „Highway to Hell” stał się co prawda przepustką do pierwszej ligi hard rocka, ale brakowało czegoś, co by tę pozycję umocniło. Wtedy wydarzyła się tragedia. 19 lutego 1980 roku Bon Scott ostro imprezował w londyńskim klubie Music Machine. Do domu zawiózł go kumpel Alistair Kinnear, ale ponieważ nie mógł go dobudzić, zostawił go śpiącego w samochodzie. Rano znalazł go martwego. Scott udusił się podczas snu własnymi wymiocinami. To wydarzenie było ciosem dla całego zespołu; bracia Malcolm i Angus Young, odpowiedzialni w głównym stopniu za muzykę formacji, postanowili ukoić ból, pracując intensywniej niż zwykle. Stworzyli w tym czasie wyśmienite kompozycje… brakowało tylko równie charakterystycznego co Scott wokalisty. Wybór padł na Briana Johnsona, o którym już wcześniej wspominał Bon Scott – grali razem w formacji Fraternity. Lepiej trafić nie mogli: zachrypnięty głos Johnsona doskonale pasował do szorstkiej muzyki AC/DC. Nowy krążek, wydany jeszcze w 1980 roku „Back in Black”, okazał się komercyjnym i artystycznym sukcesem, a także dowodem na to, że publiczność w pełni zaakceptowała Briana. Do dziś zespół wyprodukował całe tony hitów i ma na koncie kilka rewelacyjnych płyt w postaci „For Those About to Rock (We Salute You)” (1981), „The Razors Edge”(1990), czy chociażby „Black Ice” sprzed dwóch lat (nasza recenzja). O tym, jak Brian Johnson radzi sobie na żywo, publiczność polska będzie mogła przekonać się po raz drugi (pierwszy był w 1991 roku) już 27 maja w czasie koncertu na lotnisku Bemowo. Obecność obowiązkowa!
koniec
26 maja 2010

Komentarze

26 V 2010   12:25:06

Moim zdaniem spokojnie można by dodać do tego zestawienia Buldoga z nową płytą.

26 V 2010   13:24:33

W kwestii Marillion, zawsze będę powtarzał że "Brave" ssie. W kwestii Black Sabbath, prawa do nazwy zespołu posiada Tony Iommi, występowanie jako Heaven & Hell było jego świadomym wyborem mającym na celu zdystansowanie się do działalności z epoki Ozziego.

27 V 2010   11:34:27

Co do tego godnego zastąpienia Petera Gabriela przez Collinsa i Fisha przez Hogartha to bym się jednak kłócił. Muzycznie Marillion może i nie stracił ale głos Hogartha dla wielu jest nie do zaakceptowania. Dla mnie Marillion po odejściu Fisha nie istnieje.
Natomiast Genesis po odejściu Gabriela zaczął z czasem grać po prostu zwykły popik. Jasne jest, że nie mogli grać cały czas rocka progresywnego ale jeśli porównamy płyty Genesis z Collinsem do muzyki Gabriela to dzieli je przepaść.

09 VI 2010   14:59:33

Ośmielam się zwrócić uwagę na fakt, że w Pink Floyd śpiewał Gilmour, ale także Waters i Wright, wszyscy trzej będący wokalistami, oględnie mówiąc, podłymi :) Zdanie wiążące Gilmoura z DSOTM jest zabawne o tyle, że to pierwszy poważny koncept Watersa, tyle że wtedy nie było jeszcze Roga zamordysty, więc każdy z panów swoje dołożył. Ale Dave wcale nie był tu najważniejszy. Jeśli bez czegoś nie można sobie Ciemnej Strony wyobrazić, to raczej będą to gitarowe solówki :)

Kosowicz jako godny zastępca Derkowskiej? O tu mnie boli od śmiechu. Możliwe, że teraz sie już nieco wyrobił, ale na "Surrevival" ssał. Miałem też wątpliwą przyjemność słuchania nowego Quidam na żywo i to była wokalna tragedia.

17 IX 2012   13:17:29

Dobrym przykładem byłby tu jeszcze zespół Faith No More

07 IX 2014   01:35:56

Scott nie był pierwszym wokalistą AC DC

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Stulecie Stanisława Lema: Pogrzeb pośród mgławic
Mieszko B. Wandowicz

2 XII 2021

Ani myślę oceniać płyty ni całej twórczości. Od dekady pisuję co najwyżej o koncertach, pozostawiając nagrania recenzentom właściwszym: nawet jeśli miałem jakiekolwiek kompetencje, z pewnością już nie mam. Są jednak, i w to nie wątpię, muzycy, którzy się marnują i przez złe podejście tracą potencjał. Niekiedy, ze względu na nadzwyczajną inspirację, mogą na chwilę niewykorzystanych zdolności użyć, a nawet je przekroczyć. Jak Maleńczuk w „Lema pamięci kosmicznym pogrzebie”.

więcej »

Nie przegap: Listopad 2021
Esensja

30 XI 2021

Na coraz dłuższe wieczory proponujemy lekturę naszych listopadowych recenzji.

więcej »

Non omnis moriar: Eksperymenty nieformalne
Sebastian Chosiński

20 XI 2021

Muzyczna archeologia? Jak najbardziej. Ale w pełni uzasadniona. W myśl Horacjańskiej sentencji: „Nie wszystek umrę” chcemy w naszym cyklu przypominać Wam godne ocalenia płyty sprzed lat. Albumy, które dawno już pokrył kurz, a ich autorów pamięć ludzka najczęściej wymazała ze swoich zasobów. Dzisiaj drugi z bootlegów freejazzowego projektu The German All Stars.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Inne recenzje

Pot i Kreff: Rozmowa dwóch stołków
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Koncert marzeń: Black Sabbath
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jacek Walewski

Prezenty świąteczne 2011: Muzyczne zachcianki
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff: Rockowy Dream Team cz. 1
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff: Prawdziwy fan kupi wszystko
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff – Made in Poland: Wianek Marillion
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff: 5 najlepszych płyt koncertowych 2009
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Podsumowanie muzyczne roku 2009 (2)
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Jacek Walewski

Podsumowanie muzyczne roku 2009 (1)
— Jakub Stępień, Mieszko B. Wandowicz

50 płyt na 50-lecie polskiego rocka
— Esensja

Tegoż twórcy

To się nie może tak skończyć
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Niechęć do nieśmiertelności i lęk przed śmiercią
— Jacek Walewski

Symfonia o Victorii
— Paweł Lasiuk

Esensja słucha: Wrzesień 2012
— Sebastian Chosiński, Paweł Lasiuk, Michał Perzyna, Przemysław Pietruszewski

Tu miejsce na labirynt…: Wszystkie pory roku i kolory tęczy
— Sebastian Chosiński

Pot i Kreff: Nie tylko klawo jak cholera…
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Esensja słucha: Trzeci / czwarty kwartał 2010
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski, Michał Perzyna, Kuba Sobieralski, Jakub Stępień

Ostateczna granica?
— Przemysław Dobrzyński

Pot i Kreff – Made in Poland: Statek z nowym kapitanem
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pot i Kreff: Rockowy Dream Team cz. 2
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tegoż autora

Przygoda, humor i oldschool
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Ach, ta Cicca!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Starzeć się z godnością
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Tradycja i postmodernizm
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Poznajmy ich jeszcze raz
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

12 najbardziej szokujących morderstw Michaela Myersa
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

A Ty co robiłeś tamtego dnia?
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Zielona skóra, w której żyje
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Pęknięta porcelana
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Prawdziwy Venom, to ten z Eddiem Brockiem!
— Piotr ‘Pi’ Gołębiewski

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.