Dołącz do nas na Facebooku

x

Nasza strona używa plików cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej.

Zapomniałem hasła
Nie mam jeszcze konta
Połącz z Facebookiem Połącz z Google+ Połącz z Twitter
Esensja
dzisiaj: 4 grudnia 2021
w Esensji w Esensjopedii

Neil Young
‹Live in Chicago 1992›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLive in Chicago 1992
Wykonawca / KompozytorNeil Young
Data wydania25 czerwca 2011
NośnikCD
Czas trwania102:57
Gatunekkoncert, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Long May You Run4:28
2) From Hank To Hendrix4:51
3) Unknown Legend4:57
4) Love Is A Rose3:02
5) Pocahontas5:21
6) Like A Hurricane7:20
7) War Of Man6:31
8) Needle And The Damage Done3:02
9) Tonight's The Night5:12
10) One Of These Days5:12
CD2
1) Such A Woman4:36
2) Harvest Moon5:24
3) Dreamin' Man4:43
4) Natural Beauty10:43
5) Don't Let It Bring You Down3:49
6) Mr. Soul3:56
7) Powderfinger6:38
8) Sugar Mountain6:25
9) You And Me4:45
10) After The Gold Rush5:51
Wyszukaj / Kup

„Naturalne piękno” gitary i głosu
[Neil Young „Live in Chicago 1992” - recenzja]

Esensja.pl
Esensja.pl
Gitara, harmonijka, od czasu do czasu fortepian, fisharmonia, banjo. I głos. Ten głos! Jedyny i niepowtarzalny. Rozpoznawalny zawsze i wszędzie, bez względu na to, czy płyta jest akustyczno-balladowa, czy ogniście rockowa. „Live in Chicago 1992” to pamiątka po trasie, jaką Neil Young odbył, promując album „Harvest Moon” – jeden z najlepszych w swojej karierze. Poznaliśmy te nagrania po dziewiętnastu latach.

Sebastian Chosiński

„Naturalne piękno” gitary i głosu
[Neil Young „Live in Chicago 1992” - recenzja]

Gitara, harmonijka, od czasu do czasu fortepian, fisharmonia, banjo. I głos. Ten głos! Jedyny i niepowtarzalny. Rozpoznawalny zawsze i wszędzie, bez względu na to, czy płyta jest akustyczno-balladowa, czy ogniście rockowa. „Live in Chicago 1992” to pamiątka po trasie, jaką Neil Young odbył, promując album „Harvest Moon” – jeden z najlepszych w swojej karierze. Poznaliśmy te nagrania po dziewiętnastu latach.

Neil Young
‹Live in Chicago 1992›

EKSTRAKT:80%
WASZ EKSTRAKT:
0,0 % 
Zaloguj, aby ocenić
TytułLive in Chicago 1992
Wykonawca / KompozytorNeil Young
Data wydania25 czerwca 2011
NośnikCD
Czas trwania102:57
Gatunekkoncert, rock
Zobacz w
Wyszukaj wSkąpiec.pl
Wyszukaj wAmazon.co.uk
Utwory
CD1
1) Long May You Run4:28
2) From Hank To Hendrix4:51
3) Unknown Legend4:57
4) Love Is A Rose3:02
5) Pocahontas5:21
6) Like A Hurricane7:20
7) War Of Man6:31
8) Needle And The Damage Done3:02
9) Tonight's The Night5:12
10) One Of These Days5:12
CD2
1) Such A Woman4:36
2) Harvest Moon5:24
3) Dreamin' Man4:43
4) Natural Beauty10:43
5) Don't Let It Bring You Down3:49
6) Mr. Soul3:56
7) Powderfinger6:38
8) Sugar Mountain6:25
9) You And Me4:45
10) After The Gold Rush5:51
Wyszukaj / Kup
Po okresie twórczego zagubienia, które przypadło na połowę lat 80. ubiegłego wieku, pod koniec dekady Neil Young odzyskał zarówno wigor, jak i miłość fanów. Dowodem na powrót do ostrych brzmień był już album „Freedom” (1989), z którego pochodzi nieśmiertelna pieśń „Rockin’ in the Free World”, a potwierdzeniem obranej drogi była następna płyta – nagrane z towarzyszeniem tria Crazy Horse „Ragged Glory” (1990). I kiedy mogło się wydawać, że tym razem sympatyczny Kanadyjczyk na dłużej zagości w świecie rocka, zaskoczył wszystkich, wydając w końcu października 1992 roku country-folkowy krążek „Harvest Moon”. Ta nagła zmiana stylu, do czego zdążył już zresztą przyzwyczaić swoich najwierniejszych fanów w latach 70., nie odbiła się jednak wcale negatywnie na jego popularności. Wręcz przeciwnie. Wielbiciele rockowego Younga odkryli nagle jego drugie oblicze i wielu z nich szczerze w nim zagustowało. Trasa promująca „Harvest Moon”, w którą udał się sam, bez żadnego zespołu akompaniującego, okazała się pasmem sukcesów. Do tego stopnia, że trzymająca jeszcze wtedy rękę na pulsie życia muzycznego w Stanach Zjednoczonych (i nie tylko) stacja MTV poprosiła artystę, by dał w jej studiu koncert „bez prądu”. Występ – z grupą starych przyjaciół, którzy pomogli mu w nagraniu ostatniej płyty, a którzy ukryli się pod nazwą The Stray Gators – odbył się siódmego lutego 1993 roku, a dokumentujący go album „Unplugged” (jeden z najlepszych w całej, sygnowanej przez MTV, serii) ukazał się cztery miesiące później. W menu znalazły się nie tylko kawałki z „Harvest Moon”, ale również dużo starsze piosenki – z lat 60. i 70. – które Neil wykonywał podczas niedawnych solowych koncertów.
O tournee sprzed dziewiętnastu lat krążyły wśród fanów Younga legendy. Jak wyglądały tamte występy, dowiedzieliśmy się jednak – mowa o tych, którzy z różnych powodów nie mieli szczęścia w nich uczestniczyć – dopiero niedawno. W grudniu 2009 roku Reprise Records (firma-córka Warner Music) opublikowała – w ramach projektu „Archives Performance Series” – album „Dreamin’ Man Live ’92”, zawierający dziesięć utworów wybranych z całej trasy koncertowej, nagranych między styczniem (Portland) a listopadem (Minneapolis) 1992 roku. Kilkanaście tygodni temu natomiast światło dzienne ujrzało dwupłytowe wydawnictwo „Live in Chicago 1992”, dokumentujące jeden, ale za to cały, występ – ten, który miał miejsce siedemnastego listopada. Kanadyjczyk zagrał i zaśpiewał wówczas dwadzieścia piosenek, w tym prawie cały repertuar „Harvest Moon” (zabrakło tylko ewidentnie najsłabszej kompozycji z tego krążka, czyli króciutkiego „Old King”). Akompaniował sobie przede wszystkim na gitarze akustycznej i harmonijce, w kilku utworach zasiadł za fortepianem, sięgnął też po banjo. Spotkanie z wierną publicznością rozpoczął od klasyka – skomponowanego przed laty dla zespołu The Stills-Young Band „Long May You Run”, przepięknej ballady country, którą – co wyraźnie słychać – fani przyjęli z ogromnym aplauzem. Dwie kolejne piosenki „wyjął” z „Harvest Moon”, tyle że zamienił ich kolejność: najpierw zaśpiewał „From Hank to Hendrix” (drugi utwór na płycie), a następnie otwierające ją „Unknown Legend”. Sporym zaskoczeniem – i to nawet dla osób dobrze obeznanych z twórczością artysty – musiał być utwór numer cztery: skoczny, wykonany przy akompaniamencie banja, „Love is a Rose”, który powstał osiemnaście lat wcześniej i miał się znaleźć na – jak się okazało, nigdy nie wydanym – albumie „Homegrown”. I choć ostatecznie numer ten trafił na składankę „Decade” (1977), to jednak w koncertowym repertuarze Younga był rzadkością.
Po tej ciekawostce kulinarnej przyszła pora na danie główne, czyli hity nad hitami z lat 70.: folkowe „Pocahontas”, absolutnie genialne, przejmujące „Like a Hurricane” (z dźwiękami fisharmonii i harmonijki ustnej), countrowe „Needle and the Damage Done” (z płyty „Harvest”) oraz przearanżowane na wersję akustyczną „Tonight’s the Night” (z albumu o tym samym tytule), w którym Young ponownie odłożył gitarę i siadł do fortepianu. A potem nastąpił powrót do „Harvest Moon”. Po transowym, hipnotyzującym „War of Man” (które przeplatało przeboje sprzed lat), słuchacze otrzymali większą porcję najnowszych kompozycji Kanadyjczyka: nostalgiczne „One of These Days”, dedykowaną ukochanej żonie piękną balladę „Such a Woman”, subtelne „Harvest Moon”, zamyślone „Dreamin’ Man” i w końcu monumentalne – choć w wersji „bez prądu” jednak jakby mniej – proekologiczne „Natural Beauty”. Dotarłszy do końca batalii o środowisko naturalne, artysta ponownie wybrał się w podróż w zamierzchłe czasy. Na pewno zaskoczył wyborem „Don’t Let it Bring You Down”, które przed laty umieścił na solowym „After the Gold Rush” (1970), ale z równym powodzeniem wykonywał też z kwartetem Crosby, Stills, Nash & Young. Miłą niespodzianką był natomiast na pewno zadziorny „Mr. Soul”, który reprezentował lata 60., powstał bowiem jeszcze z myślą o Buffalo Springfield. Gdy już Neil rozochocił się na dobre, podarował fanom country-bluesowy evergreen „Powderfinger” oraz – wtedy znane jedynie z występów artysty na żywo – „Sugar Mountain” (skomponowane przezeń w 1964 roku). Przedostatnie w zestawie poetyckie „You and Me” to jeszcze jeden kąsek z „Harvest Moon”. I jednocześnie kolejna ballada poświęcona pani Pegi Young. Artysta zaśpiewał ją bardzo delikatnie, z tak wielką czułością, że gdy słyszymy powtarzany po kilka razy refren „I was thinkin’ ’bout you and me” nie ma możliwości, by się nie wzruszyć. Na pożegnanie Neil wybrał „After the Gold Rush” – nieśmiertelny hymn do Matki Natury, urzekający brzmieniem harmonijki i organów.
„Live in Chicago 1992” to ponad sto minut swoistego misterium, podróży do świata jednego z najbardziej oryginalnych i jednocześnie najbardziej wszechstronnych artystów w dziejach muzyki rozrywkowej. Czarodzieja, który potrafi łączyć ogień z wodą – folk i country z grunge’em i hard rockiem. Co prawda, ta płyta przedstawia tylko jedno jego oblicze. Dlatego warto sięgnąć też po inne koncertówki Younga. Choćby po to, aby przekonać się, jak mogą zabrzmieć wykonane w największym mieście stanu Illinois kompozycje w wersjach elektrycznych, gdy artysta ma za plecami jeden z akompaniujących sobie bandów (na przykład wyśmienite Crazy Horse).
koniec
10 listopada 2011

Komentarze

Dodaj komentarz

Imię:
Treść:
Działanie:
Wynik:

Dodaj komentarz FB

Najnowsze

Tu miejsce na labirynt…: Paryski spleen
Sebastian Chosiński

18 XI 2021

Nie znacie Alco Frisbass? Nie przejmujcie się tym. Ja też do niedawna ich nie znałem. Ale kiedy już poznałem – polubiłem. Jak pewnie powinni polubić to francuskie trio wszyscy, którzy gustują w rocku symfonicznym z lat 70. XX wieku. Jeżeli bowiem o ciarki na plecach przyprawiają Was wszechobecne w muzyce rockowej syntezatory – album „Le mystère du Gué Pucelle” okaże się stworzony wprost dla Was.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Dobrzy rzemieślnicy z Mexico City
Sebastian Chosiński

16 XI 2021

Można odnieść wrażenie, że meksykański gitarzysta (i nie tylko) Carlos Bolivar to bardzo niespokojny duch. Co rusz tworzy nowe projekty, z którymi nagrywa kolejne płyty. Ten najnowszy to… Klochard – trochę (neo)progresywny, trochę metalowy, w najmniejszym stopniu krautrockowy. „Mundus est Domus” na kolana nikogo nie rzuci, ale zapewni czterdzieści minut ciekawej muzycznej podróży.

więcej »

Tu miejsce na labirynt…: Twardziele z Zagłębia Ruhry
Sebastian Chosiński

11 XI 2021

Postindustrialne krajobrazy różnie wpływają na mieszkańców regionów uprzemysłowionych – jednych przyprawiają o myśli depresyjne, innym dają kopa do aktywnej działalności. W przypadku muzyków zespołu Plaindrifter, który narodził się w niemieckim Gelsenkirchen, mamy do czynienia z tym drugim. Czego najjaskrawszym dowodem pełnowymiarowy debiut tria – album „Echo Therapy”.

więcej »

Polecamy

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku

A pamiętacie…:

Murray Head – Judasz nocą w Bangkoku
— Wojciech Gołąbowski

Ryan Paris – słodkie życie
— Wojciech Gołąbowski

Gazebo – lubię Szopena
— Wojciech Gołąbowski

Crowded House – hejnał hejnałem, ale pogodę zabierz ze sobą
— Wojciech Gołąbowski

Pepsi & Shirlie – ból serca
— Wojciech Gołąbowski

Chesney Hawkes – jeden jedyny
— Wojciech Gołąbowski

Nik Kershaw – czyż nie byłoby dobrze (wskoczyć w twoje buty)?
— Wojciech Gołąbowski

Howard Jones – czym właściwie jest miłość?
— Wojciech Gołąbowski

The La’s – ona znowu idzie
— Wojciech Gołąbowski

T’Pau – marzenia jak porcelana w dłoniach
— Wojciech Gołąbowski

Zobacz też

Tegoż twórcy

Krótko o muzyce: Stu lat, Mistrzu!
— Sebastian Chosiński

Muzyczny list do domu
— Łukasz Izbiński

W hołdzie Ameryce
— Sebastian Chosiński

Subiektywny Przegląd Muzyczny: Paprykowy industrial w wersji Mono
— Sebastian Chosiński

Tegoż autora

Poobiednie lenistwo
— Sebastian Chosiński

Śpij, kochanie, po słonecznej stronie ulicy
— Sebastian Chosiński

Ballady i impro-romanse
— Sebastian Chosiński

Puma skacząca do gardeł wampirów
— Sebastian Chosiński

Mroczna zatoka
— Sebastian Chosiński

Zdradzona i porzucona
— Sebastian Chosiński

Znaki na niebie i ziemi
— Sebastian Chosiński

Noir w kolorze… żółtym
— Sebastian Chosiński

Miłość w cieniu katastrofy
— Sebastian Chosiński

Na Dzikim Zachodzie i w kraju Łokietka
— Sebastian Chosiński

Copyright © 2000- – Esensja. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Jakiekolwiek wykorzystanie materiałów tylko za wyraźną zgodą redakcji magazynu „Esensja”.